Siecz i rąb: Siege – sprawdzamy wersję beta "For Honor"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Siecz+i+r%C4%85b%3A+Siege+%E2%80%93+sprawdzamy+wersj%C4%99+beta+%22For+Honor%22-121545
"To się nie ma prawa udać" – pomyślałem, widząc po raz pierwszy prezentację "For Honor" na E3 w 2015 roku. Wiking, samuraj i rycerz okładający się swym orężem… Krzyżyk na grze postawiłem już tego dnia. Kolejne prezentacje też mnie nie zachwycały, a na dodatek Ubisoft wydał mojego ukochanego "Rainbow Six: Siege", tak więc grę do rozgrywek sieciowych miałem już zapewnioną.


I pewnie bym żył dalej w błogiej nieświadomości, gdyby nie to, że zostałem wybrany do sprawdzenia wersji beta, którą wydawca wypuścił na chwilę przed premierą. "To się nie ma prawa udać" – pomyślałem, uruchamiając po raz pierwszy "For Honor". Intro, w którym dostajemy jakąś dziwną historyjkę o nadnaturalnym zdarzeniu prowadzącym do zderzenia trzech wojowniczych kultur, obejrzałem z musu. Następnie kazano mi opowiedzieć się za jedną z frakcji: rycerzy, wikingów bądź samurajów. Dalej byłem niewzruszony. Tutorial pokazujący podstawy… Trzy postawy, kontrola ruchów przeciwnika, kombinacje ciosów, uniki… Szybko okazało się, że "For Honor" oferuje łatwy do opanowania, ale dość złożony system fechtunku. 


Zabawa nie sprowadza się do prostego masakrowania przycisku odpowiadającego za atak. Żeby być skutecznym, trzeba przede wszystkim skupić się na przeciwniku i szybko wpoić sobie odruchy warunkowe. Trzymając gardę, kluczymy wokół wroga i próbujemy wstrzelić się w "ten" moment, gdy będzie on odsłonięty. Kiedy adwersarz zadaje cios, na prostym schemacie podświetla nam się jedna ze stron, którą będziemy musieli osłonić. Szybki ruch prawą gałką pada w tym kierunku pozwala nam odparować cios. Przechodząc do kontrataku, wybieramy kierunek (lewo, prawo bądź znad głowy) i zadajemy cios silny lub słaby. Możemy też rozpocząć sekwencję niewielkiego combo (na szczęście kombinacje klawiszy są prostsze niż w większości bijatyk) albo spróbować obalić oponenta. Do tego na końcu dochodzą drobne detale związane z finiszerami i to już cała filozofia.

Wydaje się banalnie, ale nie jest tak łatwo. Opanowanie zasad fechtunku wymaga czasu i przyzwyczajenia. Pomimo teoretycznej prostoty jest on dość elastyczny i "w rękach" doświadczonego woja pozwala siać postrach na polu walki. I co najważniejsze, daje dużo satysfakcji.


"For Honor" nastawione jest na zmagania sieciowe i choć mamy tu do czynienia z tematyką średniowiecza, to widać całe mnóstwo wzorców wyniesionych ze wspominanego wcześniej "Rainbow Six: Siege". Nawet więcej. Mam wrażenie, że najnowsza produkcja Ubisoftu została zbudowana na tym wzorze. Widać to na każdym kroku, nawet w poszczególnych sekcjach menu! Oprócz tego mamy po trzech różnych wojów dla każdej frakcji, a każdy z nich dysponuje innym zestawem umiejętności. Zdobywamy różne elementy oręża i zbroi mające pewien wpływa na statystyki postaci, dziesiątki emblematów i ozdobników. Czy to źle? Dla mnie nie. Rozwiązania zastosowane w "Siege" zdały egzamin i nie widzę powodu, dla którego miałby nie sprawdzić się w "For Honor".

Dołączając do jednej z trzech frakcji, bierzemy udział w globalnych zmaganiach. Dostępna "mapa" została podzielona na obszary, gdzie poszczególne strony konfliktu walczą o dominację. Wybierając tryb zabawy, możemy zdecydować się na walkę jednego na jednego, w parach oraz czterech na czterech. Dodatkowo decydujemy się, czy oklepywać będziemy żywych przeciwników czy boty. To drugie to niezłe rozwiązanie na początek, ponieważ bez dodatkowego stresu mamy szansę na trening i zdobycie potrzebnego doświadczenia.


Najbardziej do gustu przypadł mi tryb dominacji (4 na 4). Na niezbyt rozległej mapie są trzy punkty kontrolne. O ile dwa pierwsze szybko padają łupem grających drużyn, o tyle trzeci – środkowy – jest swoistą areną dla głównego starcia. To właśnie w tym miejscu kłębią się wojacy sterowani przez SI i robiący za budujące klimat bitwy mięso armatnie/przeszkadzajki/źródło szybkich punktów. Pomiędzy "minionami" krążą gracze i próbują wzajemnie się zasiekać. Tutaj znów trzeba zacząć myśleć taktycznie i być maksymalnie skupionym na całym otoczeniu. Za wszelką cenę trzeba unikać sytuacji, w której będziemy atakowani przez dwóch adwersarzy – to się najczęściej kończy szybkim zgonem. Z drugiej strony wyszukujemy właśnie takich sytuacji, które to nam dadzą przewagę na polu bitwy.

"To się nie miało prawa udać" – myślałem, czekając na kolejny mecz. "A jednak się udało…". "For Honor" wciągnęło mnie dość mocno i bardzo efektywnie wyeksploatowałem czas przeznaczony na beta testy. Choć na samym początku miałem duży problem z opanowaniem całej scenerii bitwy, nie kontrolowałem wytrzymałości mojego wojownika (co kończyło się zadyszką w trakcie pojedynku) oraz średnio panowałem nad ruchami (przypadłość osobista), to jednak brnąłem dalej. A im głębiej w kolejne bitwy, im bardziej opanowywałem sztukę fechtunku, tym satysfakcja z rozgrywki była większa.


Można pokusić się o stwierdzenie, że beta testy pokazały nam zasadniczo skończona produkcję. W finalnej wersji z całą pewnością zobaczymy więcej niż trzy mapy, być może zmieniona zostanie responsywność postaci na ruchy padem, ale jako całość mieliśmy do czynienia z finalnym produktem. Co ważne, podczas testów nie natrafiłem na żadne większe problemy z działaniem. Raz na jakiś czas występowały drobne kłopoty z połączeniem, ale po kilku sekundach gra się "odpauzowywała" i można było kontynuować rzeź. Z gry, którą kompletnie zignorowałem w chwili ogłoszenia, "For Honorstał się pozycją, na którą zacząłem czekać z większym entuzjazmem. Jeśli lubicie klimaty średniowieczne, a także oczekujecie od gry nie tylko bezmyślnego klepania w przycisk ataku, ale bardziej taktycznego podejścia, to też powinniście czujnie wyczekiwać "For Honor"

Otwarte beta testy "For Honor" wystartują już 9 lutego i potrwają do 12 lutego. Premiery gry ma za to miejsce w walentynki, czyli 14 lutego.
Udostępnij: