WFF, dzień 6: Zgniłe jaja w mrocznym gnieździe

Filmweb / autor: , , /
https://www.filmweb.pl/news/WFF%2C+dzie%C5%84+6%3A+Zgni%C5%82e+jaja+w+mrocznym+gnie%C5%BAdzie-55209
Zapraszamy Was do przeczytania kolejnej relacji z Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Tym razem nasza redakcja ocenia m.in. "Dom zły", "Zdobycie bieguna" i "Mamuta". Więcej informacji o tegorocznej imprezie znajdziecie na specjalnej filmwebowej stronie.
 


Dwa bieguny życia

Wielka Brytania była ojczyzną wielu wyjątkowych ludzi, mężów stanu, artystów, wydała też wielu słynnych odkrywców i podróżników. "Zdobycie bieguna" opowiada pełną szlachetnego patosu historię dwóch dumnych śmiałków, którzy postanowili porzucić domowe pielesze i wyruszyć szlakiem swoich słynnych poprzedników…Nie, to zupełnie nie tak! Jeszcze raz.

Mark Bark-Jones i Brian Tongue są Brytyjczykami, oddanymi sobie przyjaciółmi i mają po 32 lata. Poza tym, nie mają z sobą wiele wspólnego, reprezentują dwa sposoby życia, dwa bieguny charakteru. Mark jest idealistą, wrażliwcem, świadomym ekologicznie wegetarianinem i niespokojnym duchem; Brian to zwyczajny gość, który lubi dobrą zabawę. Ma przeciętnej urody (jak na brytyjskie standardy) dziewczynę, przeciętną pracę, sam jest przeciętnie przystojny i raczej mniej niż bardziej elokwentny.

Pewnego dnia, Mark rozczarowany powszechnie panującą biernością wobec problemów ochrony środowiska naturalnego, pragnie zaprotestować przeciw degradacji planety i czynem dowieść swoich ekologicznych przekonań. I co najważniejsze – poprzez podjęcie spektakularnych działań zwrócić uwagę na potrzebę zmian ludzkich, jakże niepożądanych z punktu widzenia planety, zachowań. O jakie działania chodzi? Otóż, Mark namawia Briana do wspólnej pieszej wyprawy na biegun północny. Oczywiście, zgodnie z linią programową Marka, wyprawa będzie wegetariańsko-organiczna, całkiem niezależna i prowadzona bez wsparcia. To nie żart, przyjaciele naprawdę wybierają się na biegun, Mark sprzedał już nawet swoje mieszkanie…

Williams opowiada o wyprawie arktycznej dwóch pomyleńców w konwencji paradokumentu, bawiąc się opowiadaną historią, bohaterami i kinową formą (ciekawe jest zaznaczanie ciągłej obecności mediów w filmie oraz autotematyczne żarty). Film jest bardzo skromny (sam sprawia wrażenie produkcji po ekologicznemu ubogiej i zrealizowanej bez wsparcia), ale jest szczery i dość przekonujący.

"Zdobycie bieguna" jest zabawne, oparte w dużej mierze na sytuacyjnym humorze i niezłych dialogach, czyli na tym, z czego brytyjskie kino słynie. Reżyserowi jednak, nie udało się utrzymać przez cały film równie szybkiego tempa, przez co trud wyprawy na biegun jest miejscami odczuwalny również przez widzów. Ale na szczęście film ma więcej do zaoferowania niż tylko beztroską zabawę i zgrywę.  (MB)

Kobiety za kolczastym drutem

Największą wartością filmu "Granaty i mirra" jest to, że zrealizowała go kobieta i że opowiada o kobietach. Daje to zupełnie inne spojrzenie na to, co też wyprawia się w Izraelu.

Główną bohaterką jest Kamar, która właśnie wyszła za mąż za Zaïda. Połączyła ich miłość, choć bardzo się od siebie różnią. Ona jest z miasta, jej pasją jest taniec. On uprawia gaj oliwny, ziemia jest dla niego wszystkim. Kiedy więc pod byle pretekstem jego posiadłość zostaje skonfiskowana, by mogło powstać kolejne osiedle osadników, nie może się z tym pogodzić i zostaje aresztowany. Teraz Kamar musi wejść w rolę, która jest jej obca. Tymczasem do miasta przybywa przystojny Kaïs, który w zasadzie ucieleśnia wszystkie jej marzenia. Pojawia się pokusa, która zmusi Kamar do określenia kim jest i jakie są jej priorytety.

"Granaty i mirra" grzeszą uproszczoną i bardzo naiwną fabułą. Najwa Najjar jednak potrafi się wybronić tworząc płynną narrację, pełną delikatnych muśnięć, co tworzy odpowiedni nastrój. Ogląda się to przyjemnie, a dla osoby z zewnątrz wiele rzeczy będzie naprawdę intrygujących. Można więc zapomnieć, że fabuła jest jak z taniego romansu dla grzecznych panienek. (MP)

Piekło pieniądza

Ta chwila musiała kiedyś nadejść. Nie spodziewałem się jednak, że spotka mnie to na seansie najnowszego filmu Lukas Moodysson. "Mamut" okazało się największym rozczarowaniem festiwalu i naprawdę nie sądzę, żeby przez pozostałe kilka dni trafiło mi się drugie tak zgniłe jajo. Angielskojęzyczny debiut Szweda to film pusty, nabzdyczony, z przedziwnie banalnym przesłaniem, które nie zostało nawet rozbudowane o poprawną fabułę.

"Mamut" przypomina zacinającą się płytę gramofonową bądź też autystyczne dziecko, które w kółko powtarza to sam zdanie. Moodysson też ma jedną myśl, którą raz za razem nam prezentuje w różnych odsłonach: a to lekarki, która powoli przestaje być matką dla swojej córki, a to niani, która dla dobra materialnego dzieci wyjechała z Filipin do Stanów, podczas gdy dla jej synów liczy się tylko jej powrót, nie pieniądze. Szwed przyznaje, że mamona jest niezbędna (czasem), lecz że zarazem jest niebezpiecznym narkotykiem, przez który traci się najbliższych. I myśl ta mogła być pretekstem do zrobienia naprawdę dobrego filmu.

W tym wszystkim szkoda mi tylko aktorów. Moodysson to reżyser dobry i grający u niego Bernal i Williams mogli liczyć na sporo pozytywnych doświadczeń i interesujący efekt końcowy. Jakże musieli się rozczarować tym, co ostatecznie zobaczyli na ekranie. (MP)

Stan strachu

Po pierwszych pokazach niektórzy krytycy zaczęli porównywać "Dom zły" do "Fargo" braci Coen. Szczerze mówiąc, oprócz śniegu i policjantki w ciąży film Wojciecha Smarzowskiego ma niewiele wspólnego z historią porwania żony pewnego sprzedawcy samochodów. No, oba tytuły łączy również to, że są kinem najwyższej próby. Już w swoim poprzednim dziele ("Wesele", 2004) Smarzowski udowodnił, że potrafi napisać precyzyjny niczym szwajcarski zegarek scenariusz, w którym komedia z mocno koszarowym humorem płynnie przechodzi w thriller, a potem tragedię.

Akcja "Domu złego" rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych. Mamy rok 1978. Po śmierci żony zootechnik Środoń (Arkadiusz Jakubik) decyduje się przenieść do PGR-u w Bieszczadach. Bohater trafia do położonego niedaleko nowego miejsca pracy gospodarstwa należącego do bimbrownika Dziabasa (Marian Dziędziel). Zakrapiana alkoholem noc będzie miała krwawy finał. Cztery lata później grupa milicjantów próbuje ustalić szczegóły zdarzeń, do których doszło tamtego wieczoru. Smarzowski po mistrzowsku miesza oba plany, do samego końca trzymając widza w niepewności. "Dom zły" co chwila przekracza granicę pomiędzy pozornym realizmem a dziką fantasmagorią. Problem w tym, że film w niektórych miejscach za bardzo przypomina "Wesele". Smarzowski czuje się chyba wyjątkowo dobrze w wykreowanym przez siebie uniwersum polskiego wychodka, aby je opuścić. Wizyta w "Domu złym" jest mimo to cholernie mocnym przeżyciem. (ŁM)

Zasuszone fakty

Niewiele lepszym od "Mamuta" był amerykański dokument o pedofilii i nieletniej prostytucji "Plac zabaw". Temat okazał się zbyt ambitny dla debiutującej w roli reżyserki Libby Spears. Dała się ona przytłoczyć wadze problemu i nie zdobyła nad nim kontroli. W efekcie otrzymaliśmy bezwładną masę złożoną z suchych faktów i wyznań młodocianych prostytutek. Spears zdawała sobie sprawę z toporności swojego obrazu, więc dodała wstawki animowane. Efekt jest niestety koszmarny i wygląda jak kwiatek przypięty do kożucha.

W przypadku tak poważnych tematów jak pedofilia, reżyser nie może pozwolić sobie na chwilę słabości. Musi być twardy, podejść do tematu z szacunkiem, ale bez lęku. Spears najwyraźniej mocno wstrząśnięta całą sprawą bała się wtrącać, bała się zagłębić, by z jednej strony nie pobrudzić się za bardzo, a z drugiej by nie wyjść na osobę pozbawioną szacunku. Jednak głaskaniem po głowie niczego nie zwojuje. Jej film jest tak nudny, że ważne przesłanie po prostu gdzieś ginie. Tymczasem miała prawie gotową fabułę filmu, wystarczyło tylko wszystko odpowiednio połączyć. Zamiast rzucać ogólnikami powinna była przybliżyć życie jednej z bohaterek, pokazać spustoszenie, jakie molestowanie pozostawia po sobie i dramat, którym jest ciągły powrót na drogę przestępstwa i wprowadzanie na nią swoich najbliższych. Tymczasem to ostatnie pojawia się jedynie jako przypis, jakby Spears nie do końca rozumiała, że z ofiary można stać się sprawcą, że bycie sprawcą często jest objawem wcześniej doznanej krzywdy, z której nie sposób się wyleczyć. (MP)

Déjà vu

Francuski film "Welcome" porusza ważny problem, z jakim Europa zmaga się po raz pierwszy od dobrych 500-lat: wędrówka ludów. Owszem, migracje zdarzają się cały czas, lecz w przypadku Europejczyków do niedawna był to przede wszystkim problem emigracji ze Starego Kontynentu. Teraz jednak postrzegane bogactwo Europy sprawia, że sprowadza się tu coraz więcej ludzi z zewnątrz. Problem ten jest wyraźnie widoczny choćby w Calais. To tu gromadzą są ci, którzy swojej szansy na lepsze jutro upatrują w Wielkiej Brytanii. Tunel stanowi idealne miejsce na przedostanie się na Wyspy. Proceder kwitnie, a ponieważ często przemyt ludzi kończy się sukcesem, chętnych jest coraz więcej i więcej.

Francuzi z całą pewnością nie pamiętają czasów, kiedy sami byli emigrantami i skuszeni bogactwem Rzymu zadomowili się w Galii, a jednak instynktownie boją się zalewu obcych. W rezultacie wszyscy emigranci traktowani są jak podludzie, wobec których zakazane są wszelkie humanitarne odruchy. Za wyciągnięcie ręki i wspomożenie bliźniego grozi nawet więzienie. Ma to niby zniechęcić uchodźców do pozostania we Francji. Jest jednak dowodem straszliwej desperacji i braku realnego planu rozwiązania problemu. A ponieważ emigranci są równie zdesperowani, powstaje błędne koło, które grozi jedynie dalszą eskalacją dyskryminacji.

"Welcome" ma bardzo jasne przesłanie propagandowe. Na szczęście w tym przypadku to nie irytuje. Wszystko za sprawą dobrze skonstruowanej historii, interesujących bohaterów i niezłej gry aktorskiej. Obraz udowadnia, że kiedy fabuła filmu jest postawiona na pierwszym miejscu, 'ideologiczne skażenie' przestaje być balastem. (MP)
Udostępnij: