Recenzja filmu Berlin, Barcelona (2018)
Elena Trapé

Nieproszeni goście

Ceniąc sobie intelektualny ciężar tego pozornie niezobowiązującego epizodu z życia 30-latków, mam prawo wystrzelić argumenty mniejszego kalibru – i ponarzekać na brak fabularnego mięcha. Ów ...
Filmweb sp. z o.o.
"Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam". To zdanie przypisywane kardynałowi Richelieu, lecz mógłby się pod nim podpisać 35-letni Comas. Gdy czwórka dawno niewidzianych gości z Hiszpanii nawiedza jego bezpieczne gniazdko, nietęga mina chłopaka mówi sama za siebie. Niebaczni na upływ czasu przyjaciele ze studiów są jak spóźniony o kilka sezonów niechciany urodzinowy prezent, z którym nie bardzo wiadomo, co zrobić. Tym razem zwrotów nie przyjmujemy. Zapowiada się weekend pełen wrażeń.

photo.title

Jeśli spodziewacie się trzydniowego maratonu hulanek i swawoli, lepiej od razu zdejmijcie różowe okulary. Hiszpańska reżyserka Elena Trapé (rocznik '76) mocno stąpa po ziemi, a obrana przez nią trasa nie jest usłana różami. Z róży zostawia swoim bohaterom same kolce. Spotkanie po latach odbywa się w atmosferze gęstej od niewypowiedzianych pretensji i narosłych przez lata różnic. Tutaj w połowie bezrobotna para w pozornie szczęśliwym związku, tam samotna ciężarna poszukująca spełnienia w śmieciówkach, obok jeszcze alkoholizujący się miłośnik Tindera na utrzymaniu rodziców. No i Comas, człowiek-zagadka, wbrew sobie przyklejony do teamu rozczarowanych dorosłością 30-latków. Wśród zdawkowych komunikatów, wymuszonych uśmiechów i żartów z brodą znana ze studiów spontaniczność okazuje się tylko wspomnieniem. Próba ożywienia przeszłości spełza na niczym. Znacie tę historię. Ktoś słusznie skojarzy: "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"!, a ja doprecyzuję: w odróżnieniu od komedii Paolo Genovesego żartów jest tu jak na lekarstwo. Trapé interesują bolączki Zachodnich Europejczyków urodzonych w latach 80. Jak się okaże, to gatunek ludzi identyczny w Katalonii, w okolicach muru berlińskiego, jak i nad Wisłą.

Kto dostrzeże znajome odbicia w pięciorgu niezbyt sympatycznych bohaterów, ten doceni atuty w rękawie Trapé. Ta wrażliwa portrecistka subtelnie pociąga reżyserskim pędzlem: gardzi dialogiem opisowym, elipsy są jej ulubionym narzędziem komunikacji, a symbolikę zgrabnie wplata w prozę życia – co jest tym chwalebniejsze, że całość została zarejestrowana metodami, których nie powstydziliby się klasycy cinéma vérité. Zderzenia poszczególnych postaci służą jej nie do budowania trójaktowej dramaturgii, lecz do zadawania otwartych pytań. Choć przypomina uważną socjolożkę, nie stawia klarownych diagnoz. I bardzo dobrze. Z pomocą hiszpańskiej obsady rozmaite (choć tak dobrze nam znane) typy ludzkie nabierają na ekranie życia. Z technologią mass mediów w małym palcu ci wielojęzyczni emigranci na wiecznych wakacjach wydają się ofiarami przywilejów współczesności. Wciąż nie są zdolni funkcjonować bez tradycyjnych schematów, które zostawili im w spadku bardziej uprzywilejowani rodzice. Lawirują po jesiennych uliczkach spowitego mgłą Berlina, po mieście Erasmusa i mieście-imprezowni, gdzie wszystkie drzwi są ponoć otwarte. Odbijają się jednak od innych, nie umiejąc wejść z nikim w trwały emocjonalny związek. Są jak atomy rodem z opisywanej przez Zygmunta Baumana ponowoczesności – stale w ruchu, wciąż nieokreślone, życiowo niespełnione i ostatecznie na własne życzenie zamykane w samotni. Przemykający we wspólnej scenie na początku filmu Mur Berliński przepowiada impas, w jakim znajdą się bohaterowie w finale. "Berlin, Barcelona" zaświadcza o kryzysie pokolenia wyobcowanego, bezmyślnie radosnego, nieumiejętnie celebrującego swoją wolność.

photo.title

Warto przedyskutować taki portret generacji; seans będzie ku temu doskonałą okazją. 43-letnia reżyserka przyznaje się do inspiracji prywatnymi doświadczeniami – nasze biografie nie muszą być aż tak ponure. W czym innym dostrzegam jednak problem "Berlina, Barcelony". Ceniąc sobie intelektualny ciężar tego pozornie niezobowiązującego epizodu z życia 30-latków, mam prawo wystrzelić argumenty mniejszego kalibru – i ponarzekać na brak fabularnego mięcha. Ów niedostatek doskwiera szczególnie, gdy wspomni się podobnie skromną "Victorię" Sebastiana Schippera, który przecież podjął w swoim filmie identyczne co do joty kwestie. Tam mieliśmy formalne arcydzieło, sensacyjne zjawisko, emocjonalne dreszcze. W "Berlinie, Barcelonie" tempo szwankuje, na pierwszym i jedynym planie krzyczy do nas nadmiar "problemów pierwszego świata", a złożony z puzzli scenariusz składa się na w gruncie rzeczy nijaką dramę, w której zwykłość bohaterów staje się cnotą. Owszem, proza życia jest pełna powtórzeń, napięcie w niej siada, a szaraczki, jak to szaraczki, nie wyróżniają się z tłumu. Pytanie, czy kino nie może być inne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły