Recenzja filmu X-Men: Mroczna Phoenix (2019)
Simon Kinberg
Jerzy Dominik

Źle jest już w momencie, gdy film, w którym zaraz zaroi się od pomalowanych na niebiesko aktorów, wita nas czarną planszą i bombastycznym pytaniem: "kim jesteśmy?". Jak dla mnie kinowi X-Men ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy Grant Morrison zabrał się za pisanie komiksów o przygodach X-Men, miał trafne przeczucie: w zasadzie o mutantach da się opowiedzieć tylko kilka historii. To zamknięta pula, cykl. Zawsze będzie jakaś "pierwsza klasa", Magneto i Sentinele zawsze będą komuś zagrażać, przeszłość Wolverine'a zawsze się o niego upomni, a za rogiem zawsze będzie czaić się przyszłość, która lepiej, żeby nie nadeszła. Aha, no i Phoenix zawsze powstanie z popiołów. Znamienne: seria Morrisona nosiła tytuł "New X-Men", ale logo zapisano w taki sposób, że było palindromem, zapętloną wstęgą. Nieważne, czy czytałeś logotyp wprzód czy wstecz, zawsze dostawałeś to samo. Przekaz był jasny: nowe X-Men to stare X-Men, feniks umarł, niech żyje feniks. 

photo.title

Nic zatem dziwnego, że najsłynniejsza komiksowa historia z udziałem X-Men wraca na duży ekran. Studio 20th Century Fox i producent Simon Kinberg wydeptali już każdą z wymienionych wyżej ścieżek, nadeszła więc pora, by wrócić do domu. Tym bardziej że "X-Men: Ostatni bastion" Bretta Ratnera absolutnie nie oddawał sprawiedliwości "Sadze o Mrocznej Phoenix" Chrisa Claremonta i Johna Byrne'a. Przypomnę tylko, że Jean Grey, wokół której powinna kręcić się cała afera, była tam w zasadzie postacią drugoplanową. Kinberg – tym razem jako scenarzysta i reżyser – miał więc fory już na starcie. Chyba nie mogło się nie udać?

Prawda?

Cóż, jeśli to dla kogoś ważne, "X-Men: Mroczna Phoenix" ma równie niewiele wspólnego z oryginałem, co film Ratnera. Kinberg zachowuje z komiksu absolutne fabularne minimum. Oto Jean Grey (Sophie Turner) wchodzi w kontakt z tajemniczą pozaziemską mocą. Pękają bariery bezpieczeństwa, jakie postawił w jej głowie Charles Xavier (James McAvoy), i Jean staje się zagrożeniem na kosmiczną skalę. Co ciekawe, bliżej stąd do filmowej "Kapitan Marvel" niż do Claremonta i Byrne'a. Jean okazuje się fabularną bliźniaczką Carol Danvers: obie bohaterki emancypują się przecież spod wpływu patriarchy-mentora, przepracowują wypartą traumę i odzyskują dla siebie zakazaną emocjonalność. Obie przechodzą scenariuszową psychoterapię i odrzucają przyprawione im gęby histeryczek. Obie walczą nawet z inwazją zmiennokształtnych przybyszów z kosmosu. 

Tak, dobrze przeczytaliście: "inwazja zmiennokształtnych przybyszów z kosmosu". Niestety, Kinberg bierze za fraki Hellfire Club, Jasona Wyngarde'a, cesarzową Lilandrę, imperium Shi'ar, ciemną stronę Księżyca, Watchera, wyrzuca to wszystko do kosza i w zamian proponuje najbardziej rutynową z rutynowych inwazję porywaczy ciał. Czarnym charakterem nie jest tu więc tytułowa Mroczna Phoenix (dość powiedzieć, że słowo "feniks" pada w filmie tylko raz, rzucone mimochodem i momentalnie zapomniane). Czarnym charakterem nie jest nawet nikt z jakimkolwiek – hmm – charakterem. Nie, czarnym charakterem jest ubrana jak księgowa z Wall Street Zła Kosmiczna Pani (Jessica Chastain) ze swoją armią anonimowych pomagierów, ubranych jak maklerzy giełdowi, również z Wall Street. Dodam, że finałowe starcie ma miejsce na jakichś torach pod jakimś mostem. Zaiste, epicko.

photo.title

Żeby było jasne: nie uważam, że wierność pierwowzorowi jest gwarantem dobrej adaptacji. W gruncie rzeczy uważam nawet coś wręcz przeciwnego. Ale, na Galactusa, nie bierze się za "Sagę o Mrocznej Phoenix", żeby zainscenizować ją na jakichś torach pod jakimś mostem! To tak jakby rozegrać "Infinity War" w piwnicy, a Thanosa zastąpić domorosłym maniakiem biżuterii, który chce okraść jubilera. Marvelowski wariant opowieści o Thanosie i Rękawicy Nieskończoności to zresztą dobry przykład adaptacji udanej, a niewiernej. Bracia Russo i ekipa nie byli przecież zbyt lojalni wobec obrazkowego oryginału, zachowali jednak jego skalę i opowiedzieli zajmującą historię. Problem z "Mroczną Phoenix" jest natomiast taki, że na tych torach i pod tym mostem nic ciekawego się nie wydarza. 
 
Źle jest już w momencie, gdy film, w którym zaraz zaroi się od pomalowanych na niebiesko aktorów, wita nas czarną planszą i bombastycznym pytaniem: "kim jesteśmy?". Jak dla mnie kinowi X-Men zawsze mieli problem ze zrównoważeniem charakteryzatorskiej obciachowości z retoryczną pozą "a teraz opowiemy wam o nietolerancji". Maźnięte grubą warstwą farby facjaty Jennifer Lawrence czy Nicholasa Houlta jakoś nigdy nie wyglądały tak cool jak Zoe Saldana czy Karen Gillan w "Strażnikach Galaktyki". Trudno było brać Lawrence i Houlta na serio nawet wtedy, gdy walczyli z Magneto, a co dopiero, kiedy lamentowali nad losem wykluczonych. Film Kinberga tylko potęguje to wrażenie.

photo.title

"Mroczna Phoenix" sili się bowiem na powagę (jest mroczna już w tytule), ale to jedynie myślenie życzeniowe za 200 milionów dolarów. W "Pierwszej klasieMatthew Vaughna była scena, w której grany przez Michaela Fassbendera Magneto usiłuje przesunąć siłą woli gigantyczną antenę. Teoretycznie: przepis na filmową katastrofę. Aktor patrzył w dal, rozczapierzał palce, zaciskał zęby, robił się czerwony, ale nie było w tym cienia szmiry. Wręcz przeciwnie: ten moment mówił nam coś o jego bohaterze, stanowił ważny krok emocjonalnej podróży postaci. W "Mrocznej Phoenix" jest podobna scena: Magneto znowu próbuje udźwignąć myślą jakieś żelastwo, Fassbender znowu pręży się i napina. Efekt jest jednak cokolwiek głupawy, bo tym razem dostajemy scenę o tym, że Magneto "magnetuje". Czyli de facto o niczym. Grymas na twarzy Fassbendera jest odklejony od emocji, a Kinberg opowiada historię pozbawioną fundamentów. Za dramatycznymi gestami i egzaltowanymi pytaniami retorycznymi nic nie stoi. 

Oczywiście Kinbergowi nie sprzyjają warunki: kinowe uniwersum X-Men to niezły bałagan, pełen obsadowych przetasowań, fabularnych nieciągłości i narracyjnych ślepych zaułków. Emocjonalny ciężar "Mrocznej Phoenix" spoczywa na barkach Sophie Turner, ale aktorka wciela się w Jean Grey dopiero po raz drugi, ostatnio nie miała zaś zbyt wiele do roboty. W efekcie dostajemy więc opowieść o dramatycznej przemianie kogoś, kogo w zasadzie dopiero co poznaliśmy. Ta Jean niezbyt nas obchodzi, bo nie zdążyliśmy nawiązać z nią emocjonalnej relacji ani poznać, jakie emocjonalne relacje łączą ją z innymi bohaterami. Kiedy w "Avengers: Końcu gry" Iron Man kłócił się z Kapitanem Ameryką, czuć tam było ciężar więzi budowanej na ekranie od dekady. Turner nie tylko nie ma podobnego zaplecza (nie jej wina), ale i nie dostaje od Kinberga żadnego wsparcia (też nie jej wina). Fassbender i McAvoy wychodzą z tej katastrofy obronną ręką, bo są na drugim planie, bo znamy ich od czterech filmów, bo mają u nas kredyt zaufania. Filmu jednak nie uratują, nieważne, jak bardzo zaciskaliby zęby i wyłupiali oczy. 

photo.title

Szkoda, bo "X-Men" było kiedyś serią, która – wraz ze "Spider-Manami" Sama Raimiego – przecierała w kinie komiksowy szlak. W latach 2000 mutanci byli hollywoodzką mniejszością i dawali nadzieję na to, że da się na dużym ekranie zrobić superbohaterów bez żenady, kompromisu i protekcjonalnego traktowania. Niecałe 20 lat później filmy o mutantach są już jednak reliktem starego sposobu załatwiania spraw. Starego, czyli po łebkach: Kinberg rzuca fanom drobniaki (tu gościnny występ Dazzler, tam kostiumy zainspirowane designem Franka Quitely'ego), ale zapomina o naprawdę ważnych rzeczach. I nie chodzi mi nawet o jakieś komiksowe niuanse, tylko o przyłożony do komiksowej formy standardowy blockbusterowy kunszt: szczyptę olśniewającego spektaklu, garść porywającej historii, kupę wiarygodnych bohaterów. Konkurencja od dekady dowodzi, że się da. Może teraz, kiedy wreszcie studio Marvel ma prawa do X-Men, Phoenix powstanie z popiołów raz jeszcze – tym razem jak należy? Do trzech razy sztuka.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (133 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię