Recenzja filmu Wszystkie pieniądze świata (2017)
Ridley Scott

Słodkie życie

O nowym dziele Ridleya Scotta mówi się dziś głównie w kontekście kontrowersji związanych z jego obsadą. Można wręcz odnieść wrażenie, że w zalewie plotek, breaking newsów oraz głosów oburzenia ...
Filmweb sp. z o.o.
O nowym dziele Ridleya Scotta mówi się dziś głównie w kontekście kontrowersji związanych z jego obsadą. Emocje budzi podjęta na miesiąc przed premierą decyzja o wycięciu wszystkich scen z Kevinem Spaceyem i nakręceniu ich od nowa z udziałem Christophera Plummera. Media wzięły również na widelec dysproporcję w wynagrodzeniach, jakie zainkasowali za dokrętki Mark Wahlberg i Michelle Williams. Można wręcz odnieść wrażenie, że w zalewie plotek, breaking newsów oraz głosów oburzenia zapomniano o samym filmie. A szkoda, bo "Wszystkie pieniądze świata" to solidne kino sensacyjne w starym stylu: zrealizowane elegancko, choć bez fajerwerków, skupione na bohaterach, a przy tym pozbawione nieznośnej hollywoodzkiej egzaltacji.


Scott otwiera swój film efektownym czarno-białym ujęciem. Z ludzkiej masy przelewającej się nocą przez centrum Rzymu kamera Dariusza Wolskiego wyławia długowłosego nastolatka w modnej marynarce. Młodzian (Charlie Plummer) włóczy się samotnie bez celu, prawdopodobnie pod wpływem narkotyków. Wrażenia nie robią na nim ani fontanna di Trevi, w której niegdyś Anita Ekberg pluskała się dla Felliniego, ani wdzięczące się uliczne prostytutki. La dolce vita kończy się z chwilą, gdy niezidentyfikowani sprawcy siłą wciągają chłopca do busa, a potem odjeżdżają w siną dal. Kilka dni później do rodziny nastolatka zgłaszają się porywacze z żądaniem okupu w wysokości 17 milionów dolarów. Na biednych nie trafiło - patriarcha rodu Jean Paul Getty to przecież najbogatszy człowiek na świecie. Problem w tym, że jego pasja bogacenia się jest równie wielka co niechęć do rozstawania się z gotówką.

Pomijając scenę, w której grany przez Plummera miliarder został cyfrowo wklejony w pustynny krajobraz, trudno uwierzyć, że aktor otrzymał tę rolę za pięć dwunasta. 88-letni laureat Oscara rozsmakowuje się w postaci króla świata kolekcjonującego dzieła sztuki i ludzi. Równie cyniczny co czarujący, wiecznie nienasycony Getty to obywatel Kane i Sknerus McKwacz w jednym. Z jednej strony megaloman owładnięty manią stworzenia dynastii na miarę rzymskich cesarzy. Z drugiej - zimny drań obchodzący się z najbliższymi osobami, jakby były przedmiotem transakcji. Z trzeciej - człowiek głęboko samotny, niepozbawiony kompleksów, będący zakładnikiem swojego bogactwa. Jedyną osobą, która potrafi mu się postawić, jest ekssynowa i matka porwanego chłopca, Gail (świetna Michelle Williams). To ona powinna być prawą ręką teścia - ma więcej ikry i samozaparcia niż jej ustawicznie naćpany były małżonek oraz rozpieszczony syn razem wzięci. Gdy Plummer i Williams pojawiają się wspólnie na ekranie, wartość "Pieniędzy" idzie w górę.


Konflikt między Gettym seniorem a Gail to tylko jeden z kilku niezwykle ciekawych wątków zasługujących na rozwinięcie. Świat naftowego magnata, w którym niewyobrażalne bogactwo na każdym kroku sąsiaduje z przejawami absurdalnej oszczędności, warto było sportretować z większą ironią i satyrycznym pazurem. Z kolei nieudolne zachowanie porywaczy i policji to wręcz materiał na coenowską tragifarsę o idiotach nakręcających spiralę przemocy. Z większą atencją można było potraktować komitywę między młodym Gettym a jego kidnaperem (Romain Duris), która z czasem przybiera kształt odwróconego syndromu sztokholmskiego. Szkoda również Marka Wahlberga w roli pracującego dla Getty'ego zimnokrwistego negocjatora z życiem prywatnym w rozsypce. Marnujący się ostatnio w "Transformerach" i drugoligowych komediach gwiazdor miał tu szansę stworzyć ciekawą, mięsistą kreację. Niestety, jego Fletcher Chase wraz z rozwojem akcji rozpływa się się na drugim planie. Nawet żarliwa przemowa bohatera pod koniec filmu nie zmienia wrażenia, że Wahlberg dostał do zagrania mniej, niż powinien. Kto wie, być może historia uprowadzenia dziedzica fortuny miałaby po prostu większą siłę rażenia jako miniserial? Przekonamy się o tym już niedługo, gdy na szklanym ekranie zadebiutuje "Trust" Danny'ego Boyle'a.

O ile w scenariuszu dałoby się pewnie ulepszyć to i owo, o tyle reżyseria wydaje się bez zarzutu. Mimo osiemdziesiątki na karku Scott wciąż jest sprawnym narratorem i wyśmienitym stylistą. Nieważne, czy filmuje spaloną słońcem włoską prowincję, położoną na angielskich wrzosowiskach posiadłość, czy wnętrza szklanego korporacyjnego pałacu, wie, jak wyczarować kadry, które wymasują widzom gałki oczne. Nadal ma dobre ucho do soundtracku i potrafi z biglem zainscenizować scenę strzelaniny bądź ucieczki przed gangsterami. Słowem, jest wart swojej ceny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (83 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)