Recenzja filmu Lady Bird (2017)
Greta Gerwig

Wszystkie stany dojrzewania

"Lady Bird" to pozornie klasyczna opowieść o dojrzewaniu, jakich kino widziało już wiele. Ale naturalność, szczerość i prostota, z jaką Gerwig prowadzi swoich bohaterów, zasługują na wyraz ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Lady Bird (2017)
Katolicka szkoła, apodyktyczna matka, brak większych perspektyw na wymarzony college na drugim końcu kraju albo wyprowadzkę do domu z ogrodem w bogatej okolicy – życie Christine "Lady Bird" McPherson w niczym nie przypomina historii z kolorowych magazynów. "Chciałabym czegoś doświadczyć… a jedyną ekscytującą rzeczą w 2002 roku jest to, że jest on palindromem" – stwierdza sfrustrowana Birdy, by chwilę później, w akcie niezgody i protestu wobec słów własnej matki, wyskoczyć z rozpędzonego auta.

Już w pierwszej scenie mit Kalifornii jako fabryki marzeń, ziemi obiecanej i mekki amerykańskiego snu zostaje brutalnie zburzony przywołaniem "Gron gniewu" Steinbecka. "Chcę być tam, gdzie kultura! W Nowym Jorku, Connecticut lub chociaż w New Hampshire, gdzie w lasach żyją pisarze…" deklaruje bohaterka. Jej przemożne pragnienie uniezależnienia się, definiowane wyprowadzką nie tylko z domu, lecz także ze stanu, w którym się wychowała, stanie się najsilniejszą motywacją do działania, zaś złożona relacja z matką, utrudniona zarówno przez charakterologiczne podobieństwo obu kobiet, jak i usilną chęć odróżnienia się od siebie nawzajem – najwyrazistszym elementem tego pragnienia. Próby redefiniowania dotychczasowego układu relacji rodzinnych, w którym dziecięca czułość już wyparowała, a partnerstwo oparte o dojrzałą przyjaźń jeszcze się nie narodziło, to jedna z ciekawszych osi narracyjnych filmu.

"Lady Bird" to pozornie klasyczna opowieść o dojrzewaniu, jakich kino widziało już wiele. Ale naturalność, szczerość i prostota, z jaką Gerwig prowadzi swoich bohaterów, zasługują na wyraz najwyższego uznania. Świat Lady Bird rozpada się co chwilę na tysiące pytań, problemów, decyzji i działań, jednak reżyserka nie wartościuje postępowania swojej bohaterki, a każdy z jej problemów traktuje z równym szacunkiem. Obserwacja tej wędrówki – od naiwnych sprzeciwów i lekkomyślnych kłamstw, przez chęć wpisania się za wszelką cenę w określone standardy, role i ideały, aż po rodzącą się wewnętrzną potrzebę ich kontestacji, sztukę akceptowania siebie i oddzielania prawdy od fałszu – jest fascynującą przygodą psychologiczną. Subtelna celebracja plątaniny emocji, zachowań i kolejnych wtajemniczeń, oddzielających dzieciństwo od dorosłości, przekłada się na porywający portret młodej kobiety – pozbawiony zadęcia i moralizatorstwa.

Gerwig mówi głosem swojego pokolenia (akcja filmu przenosi nas 15 lat wstecz), zaś cały scenariusz jest luźno oparty na jej życiowych doświadczeniach (dorastanie w Sacramento, katolicka szkoła, studia w Nowym Jorku, a nawet zawód matki – to autobiograficzne akcenty). Reżyserka opowiada o doświadczeniach i emocjach nastolatków bez bagatelizowania ich, przyjmując percepcję bohaterów, a dzięki jej pokorze i zrozumieniu dynamika relacji i napięć międzyludzkich rezonuje właściwie nawet wtedy, gdy została tylko naszkicowana w scenariuszu. Wielka w tym zasługa różowowłosej Saoirse'y Ronan, która równie dobrze odgrywa gniew zdeterminowanej kobiety, co rozpacz skrzywdzonej, rozczarowanej dziewczynki. Obdarzona oryginalną urodą dwudziestotrzylatka z trzema nominacjami do Oscara na koncie wyrasta na jedną z najbardziej utalentowanych młodych aktorek, konsekwentnie stroniącą od błyszczącej bańki show-biznesu. Aktorstwo stanowi zresztą, obok świetnych decyzji reżyserskich Gerwig, najmocniejszy punkt filmu: właściwie każda z drugoplanowych kreacji zapada w pamięć.

Film o niczym – stwierdzą niektórzy. A jednak ten dyskretny portret młodości jest spełniony artystycznie na każdej z płaszczyzn: psychologicznej, społecznej, seksualnej, rodzinnej, wreszcie – osobistej (łączącej wszystkie pozostałe). To studium niezwykłego czasu w życiu każdego człowieka, kiedy w bólach rodzi się akceptacja dla własnej niedoskonałości oraz odwaga, by, zamiast gonić za wyimaginowanymi ideałami, zacząć poszukiwania siebie.

Czuć w filmie Gerwig wspólnotę ducha z "Boyhood" Linklatera, widać artystyczne powinowactwo z Noah Baumbachem, a także subtelną ironię i akceptację dla niedoskonałości, charakterystyczne dla Wesa Andersona. Widać także znakomite opanowanie filmowej materii oraz ogromną czułość – nie tylko reżyserską, lecz także, po prostu, ludzką. Gerwig reżyseruje "miękko", pozostawiając aktorom pole do artystycznej kontrybucji, jednocześnie w brawurowy sposób nasączając każdy kadr, piosenkę i dialog unikatowym, autorskim piętnem. Właśnie dlatego film jest jednym z najbardziej bezpretensjonalnych i szczerych – nie tylko w ostatnich latach, lecz w ogóle.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (116 głosów).
Patrycja Calińska
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)