Recenzja filmu

Łowca androidów (1982)
Ridley Scott
Harrison Ford
Rutger Hauer

„W upiornym teatrze lalek”

Są dzieła kinematografii, które wypalają się na siatkówce oka tak głęboko, że pod zamkniętymi powiekami nieustannie trwa ich seans. Dzieła kultowe. Nienaruszalne. "Łowca androidów" to jedno z ...
Są dzieła kinematografii, które wypalają się na siatkówce oka tak głęboko, że pod zamkniętymi powiekami nieustannie trwa ich seans. Dzieła kultowe. Nienaruszalne. "Łowca androidów" to jedno z tych opus magnum, po seansie którego pragniemy klęknąć i z marszu oświadczyć się X Muzie. Aktualny wczoraj, dziś i za kilkadziesiąt lat. Bo czyż Stworzenie kiedykolwiek przestało pytać o sens swojego istnienia? Czy przestaliśmy pragnąć poznać naszego Stwórcę bądź Stwórców? Czy androidy faktycznie śnią o elektrycznych owcach? I co by wynikło z poddania reżysera, Ridleya Scotta , testowi Voighta-Kampffa? Boję się odpowiedzi, wszak tak doskonały wizualnie i operatorsko film mógł nakręcić tylko replikant serii Nexus-6.

Jest rok 2019. Ludzkość doczekała się pozaziemskich kolonii. Praca w takich miejscach jest ciężka, żmudna i niezwykle niebezpieczna. Po co więc liczyć ofiary w ludziach, mierząc czas od wypadku do wypadku, skoro można wyhodować idealne genetyczne klony, które nigdy się nie poskarżą i nikt po ich stracie nie uroni ani jednej łzy? Które będą kolejnym numerem seryjnym w bezpłciowych bazach danych, które nigdy się nie zbuntują... a nie, czekaj, wróć! Które już się zbuntowały, co czyni ich celem numer jeden dla jednostki zawodowych "łowców androidów". Zasada jest prosta: wykryć i wyeliminować. "Źli" replikanci nie mają powrotu na Ziemię, a jeśli już się pojawią, to czeka ich niechybne wysłanie na "emeryturę" (czyt. utylizacja). Lecz w tym osobliwym teatrzyku cieni (i deszczu) perspektywa często się wypacza. Dobry? Zły? Otwórzcie umysły, wy, którzy tu wchodzicie.  

Do akcji wkracza zmęczony życiem, były zawodowy łowca, Rick Dekkard (Harrison Ford), chociaż nie czyni tego z idealistycznych pobudek. Tragiczne w skutkach przesłuchanie jednego ze zbiegłych "andków", zmusza policję Los Angeles do wytropienia i zlikwidowania całej grupy. Nie są to jednak zwyczajne androidy, a niezwykle zaawansowana seria Nexus-6. Poruszają się ukryci na widoku, między ludźmi, celem odnalezienia inżyniera genetycznego J.F. Sebastiana (William Sanderson). Ich nieformalnym liderem jest nieobliczalny Roy Batty (Rutger Hauer). Rozpoczyna się dramatyczne polowanie, a stawką jest przeżycie każdej ze stron. Czyli kolejny policyjny "akcyjniak" unurzany w sosie ponurego science-fiction, w jakie obrodziły lata 80., XX wieku? Jeśli liczysz na futurystyczny odpowiednik takich klasyków jak "Szklana pułapka" czy "Cobra", to lepiej nie wchodź do tej rzeki. Zamiast efektownych pościgów i strzelanin dostaniesz powolną, wręcz ślamazarną narrację  i stopniowanie napięcia. Zamiast padających co chwilę z ust bohatera "jednostrzałowców" – długie, senne i enigmatyczne dialogi w hipnotyzujących sceneriach jak żywo wyciągniętych z czarnego kina noir. No właśnie, skupmy się na tym ostatnim słowie. Fabuła opowiadana jest tu nie tylko dialogami oraz ciągiem następujących po sobie wydarzeń, lecz także niesamowitą pracą kamery oraz rewelacyjnymi zdjęciami i efektami. To niemalże surowa gra kontrastów. Przesączające się przez szpary wszędobylskie snopy światła, czerń beznadziei skontrastowana  z nieprzyzwoicie optymistycznymi reklamami, banerami i krzykliwymi neonami. Światło kontra cień. Smutni ludzie w smutnym mieście, wijący się pod namiotami z parasoli. Dodaj do tego muzykę Vangelisa na dobrych słuchawkach, a przepis na filmowy odpowiednik orgazmu w stylistyce neo-noir masz jak w banku. Wprawdzie nie uświadczysz tu żadnego sztucznie wyhodowanego sokoła, ale jedna fajna sówka się znajdzie.

I to było dobre! – rzekł Twórca, choć ludzie się na tym nie poznali. Do tego stopnia, że film praktycznie w ogóle na siebie nie zarobił. "Łowca androidów" może nie wziął szturmem kin, ale dzięki prawdziwym zapaleńcom i oddanym fanom, którzy docenili jego ponadprzeciętność oraz coś więcej niż tylko "strzelanie się" z tymi złymi, zyskał status kultowy. Stał się czymś więcej niż filmem. W dziele Scotta wszystko do siebie pasuje, płynie i pulsuje w rytmie mokrych neonów. Miasto dusi się od swoich własnych wyziewów, stanowiących idealną kurtynę dla wszelkiego rodzaju okropności, dziwactw i skrzywień. To azyl dla typów spod ciemnej gwiazdy,  "karaluchów" ściśniętych między monolitami ze szkła i stali. To chory plac zabaw dla ludzi pokroju Hannibala Chewa James Hong, Sebastiana czy dr Eldona Tyrella (Joe Turkel). To wreszcie upiorna scena, po której miotają się nasi zagubieni dramatis personae: Dekkard, Batty, Pris (Daryl Hannah), Zhora (Joanna Cassidy), Leon Kowalski (Brion James) oraz zjawiskowa Rachael (Sean Young). To tak perfekcyjnie napisane postacie, że w połączeniu z obezwładniającym klimatem, ma się wrażenie bycia wessanym do tego cyberpunkowego świata. To domena najwybitniejszych dzieł. Sprawić, aby widz stracił rachubę czasu. By nie oglądał filmu, lecz to film oglądał jego duszę, skłaniał go do przemyśleń i wyciągania wniosków długo po zakończeniu seansu. By go przeniknął na wskroś i zostawił trwały odcisk na sercu i umyśle. Taki jest "Blade Runner". Niemożliwy do opowiedzenia słowami. To po prostu trzeba zobaczyć. Kilkanaście razy. A potem cierpieć na bezsenność i musieć liczyć owce. Niekoniecznie te elektryczne.
1 10
Moja ocena:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
87% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (53 głosy).
Udostępnij:
W roku 1968 genialny pisarz Philip K. Dick opowiedział nam o robotach, które zachowują się jak ludzie, i o ludziach, którzy zachowują się jak roboty. W roku 1982 ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 83%
UWAGA, RECENZJA ZAWIERA SPOILERY.  więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 72%