Klony z Bostonu - dwa

Pomimo że "Święci z Bostonu II" są dziełem epigońskim, przygody irlandzkich killerów ogląda się łatwo i przyjemnie dzięki naiwnemu urokowi B-klasowych produkcji.
Quentin Tarantino rządzi. Czy go lubimy, czy nie, przyznać trzeba, że Amerykanin zmienia kino popularne w stopniu większym niż jakikolwiek inny współczesny reżyser. O tym, jak ważnym twórcą stał się reżyser "Pulp Fiction" wiele mówią jego naśladowcy. Także ci mniej utalentowani, jak choćby Troy Duffy - reżyser, który jedenaście lat po debiucie, postanowił zrealizować swój drugi film. Jego "Święci z Bostonu II - Dzień Wszystkich Świętych" to kolejna lekcja kina odrabiana przez Duffy'ego. Film niedobry, ale zaskakująco przyjemny w lekturze.

Bracia MacManus (Sean Patrick Flanery i Norman Reedus) lubią spokojne życie. Kiedy w pierwszej części "Świętych z Bostonu" poznawaliśmy tych irlandzkich twardzieli, grzecznie pracowali sobie w rzeźni i gdyby nie głos Boga oraz rosyjska mafia, pewnie do dziś - niczym Rocky - nosiliby wieprzowe półtusze. Tyle że MacManusowie to faceci pobożni i nie odmawiają Najwyższemu zwłaszcza kiedy każe zabijać typków spod ciemnej gwiazdy. Po broń sięgają również wtedy, gdy w Bostonie podrzędny rzezimieszek uśmierca księdza, a scenę zbrodni aranżuje tak, by morderstwo przypisane zostało "Świętym". Krewcy braciszkowie porzucają więc spokojną irlandzką farmę i udają się w podróż do Ameryki, by odesłać w zaświaty kolejnych złoczyńców. Pomagają im w tym liczni przyjaciele i fani – latynoski ciamajda (Clifton Collins Jr.), kilku nieporadnych detektywów oraz seksowna agentka FBI (Julie Benz).

Kiedy na ekrany kin trafiali "Święci z Bostonu", łatwo było dostrzec, skąd czerpie inspiracje debiutujący wówczas Troy Duffy. Druga część serii pokazuje, że mimo upływu lat Duffy dalej uwielbia zgrywę, tarantinowski humor i efektowne kino akcji. Wciąż nie jest też dobrym reżyserem. Jego film to obraz banalny do szpiku kości, często głupawy i nieporadnie opowiedziany, a zarazem przyjemnie łatwy w odbiorze. Głównie dlatego, że Duffy odchodzi od klasycznego kina akcji w stronę sensacyjnej komedii. W jego "Świętych..." wszystko jest przerysowane, fabuła zbyt prosta, bohaterowie zbyt twardzi, ciamajdy – aż nazbyt pocieszne, a ponętna agentka – kiczowato efektowna.

I choć poczucie humoru Duffy'ego jest większe niż filmowy talent, opowiadana przez niego historyjka broni się całkiem dobrze. Duża w tym zasługa gwiazd, które ponownie zagościły na filmowym planie. Pamiętany z poprzedniej części serii Willem Dafoe tym razem pojawia się zaledwie na chwilę, a grany przez Billa Connolly'ego ojciec zostaje zmarginalizowany, ale schedę po nich przejmuje Julie Benz. Aktorka znana jako irytująco nudna Rita z serialu "Dexter", tym razem pokazuje inne oblicze. Grana przez nią Eunice Bloom jest i śmieszna, i straszna, i całkiem urocza. Chłodna służbistka i fetyszystyczna seksbomba w dziwny sposób spotykają się w jej kreacji.

Nie zawodzą także dodatki, o jakie wzbogacone zostało wydanie DVD. Znajdziemy na nim standardowe (choć nie w polskich edycjach) komentarze autorów, reportaż o powstawaniu filmu, artystycznych związkach Billa Connolly'ego i Troya Duffy'ego oraz niewykorzystane sceny. Miłe dopełnienie tej niedobrej, ale bezbolesnej lektury.
1 10 6
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
48% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (125 głosów).