Recenzja filmu

Żony ze Stepford (2004)
Frank Oz
Elżbieta Kopocińska-Bednarek
Nicole Kidman
Bette Midler

W poszukiwaniu ideału

Dziś w radiu podali wiadomość, że wkrótce zostaną opublikowane nowe bajki, w których Kopciuszek będzie tym, który zaprosi księcia na zorganizowany przez siebie bal. Czerwony Kapturek sam pokona ...
Dziś w radiu podali wiadomość, że wkrótce zostaną opublikowane nowe bajki, w których Kopciuszek będzie tym, który zaprosi księcia na zorganizowany przez siebie bal. Czerwony Kapturek sam pokona wilka, ale by bajka była poprawna politycznie, to go oczywiście nie zabije (jak wiadomo, wilk to zwierzę pod ochroną) tylko spacyfikuje. W dzisiejszym świecie ma nastąpić emancypacja bajek... Tylko nie za bardzo wiem po co...

Tak wyemancypowany świat przedstawia na początku swojego filmu "Żony ze Stepford" Frank Oz. Taką kobietą jest główna bohaterka, świetnie zagrana (jak zwykle!) przez Nicole Kidman, Joanna Eberhart. Producentka reality show, osiągająca sukcesy tam, gdzie jeszcze parę lat temu było to możliwe tylko w przypadku mężczyzn. Niestety jej ostatni show odnosi spektakularną klapę i Joanna z hukiem zostaje zwolniona z pracy. Cały jej dotychczasowy świat legnie w gruzach, a stąd już blisko do kompletnego załamania nerwowego... W tym miejscu po raz pierwszy pojawia się maż, pan Eberhart (Matthew Broderick). Całkowite przeciwieństwo Joanny. Niepozorny, urodziwy inaczej, niezbyt zadbany, bez smaku i stylu ubierania się - taki ktoś, na kogo dwa razy nie spojrzy się na ulicy. Pewnie pierwszy raz w życiu bierze sprawy w swoje ręce i wywozi żonę oraz dzieci do Stepford - raju dla rodzin - by tam zacząć nowe życie i reanimować swoje małżeństwo. Stepford to miejsce, w którym żyją idealne (za jednym zamachem) żony, matki i kochanki. Kobiety, które nie mają własnych pragnień, a jedynie te, które mogą spełniać, by zaspakajać potrzeby swoich rodzin. Bo w tym mieście to mężczyźni przejęli nad kobietami władzę (jak za dawnych, dobrych, średniowiecznych czasów).

Zastanawiam się, jaki cel przyświecał twórcy tego filmu. Czy chciał ośmieszyć współczesny mit kobiet, dążących po trupach do szczytów kariery, kosztem swoich rodzin? Czy mężczyzn coraz częściej żyjących w cieniu swoich połowic? Pozornie film wydaje się płaską, miłą i niewymagającą myślenia historyjką w sam raz na letnie popołudnie. Ale jeśli po dwóch tygodniach wciąż do niego wracam, to chyba jakieś ziarenko czegoś "głębszego" w tym filmie było...

Wyobraźmy sobie przez moment świat, w którym mężczyźni zamiast kobiet z krwi i kości, z ich humorami i hormonami, z ich łzami i śmiechem (jednocześnie!), wybierają sobie za żony roboty. Czy to ma szansę się "przyjąć"? Wśród osób zakompleksionych, o bardzo niskiej samoocenie - kto wie. Ale czy wśród "inteligencji"? Czy mężczyzna po powrocie z pracy ma ochotę na wyzwania intelektualne czy na butelkę piwa i mecz w telewizji? Czy jeśli istniałaby możliwość zamiany żony w chodzący ideał cnót wszelkich, to zrobiłby to? Nie oszukujmy się, wiele by nas (normalnych) nie zostało. Co za wizja, brr...

Film jest nierówny - ma momenty lepsze i całkiem słabe. Czuć, że jest to historia delikatnie naciągana, jak choćby fakt, że wystarczy kobiecie wszczepić małe coś w mózg i już staje się robotem (strach się bać o ludzi z metalowymi płytkami w głowach)... Zakończenie w sposób widoczny zostało dokręcone później niż cały film i jest bez ikry. Pod względem aktorskim film jest naprawdę dobry. Wiele gwiazd stanęło na wysokości zadania - Bette Midler i Jon Lovitz - tworzą małżeństwo "doskonałe". Muzyka dobrana starannie nie przeszkadza w filmie (co już jest dużo), ale w pamięci nie pozostaje na dłużej. To jest komedia, ale taka nie do końca...

Grupą docelową dla dzieła Franka Oza powinny być małżeństwa i pary ze stażem, z dużych miast, w których trwa wyścig szczurów i zapomina się o wartościach, jakie stanowią rodzina, dzieci, mąż/żona. Ludzie, którzy za wszelką cenę dążą do doskonałości w wizerunku zewnętrznym, a zapominają o rozwoju wewnętrznym. Kobiety, które kierują własnymi świetnie prosperującymi firmami, a nie wiedzą o czym marzą ich dzieci (o ile znalazły czas na to, by je urodzić)... Może za dużo się staram z tego filmu "wycisnąć" ideologicznie, ale w dzisiejszym świecie tak właśnie się dzieje (perfekcjonizm w każdym calu). I obawiam się, że niewielu mężczyzn powstrzymałoby chęć stworzenia, za pomocą jednego przycisku, niewolnicy na miejsce równego (lub czasem odrobinę lepszego) partnera. Bo ilu z nich jest w stanie znieść fakt bycia na utrzymaniu żony? Toż to takie niemęskie.
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
38% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Udostępnij:
"Żony ze Stepford" w reżyserii Franka Oza to remake klasycznego thrillera z 1975 roku. Powstał on na podstawie powieści Iry Levina, która stanowiła ostrą satyrę na ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 52%
"Żony ze Stepford" to film, który już od pierwszych chwil zachęca widza do jego obejrzenia. Wabi nas na wszelkie możliwe sposoby. Jest jak pyszne ciastko, któremu nie ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 50%