Recenzja filmu

Żony ze Stepford (2004)
Frank Oz
Elżbieta Kopocińska-Bednarek
Nicole Kidman
Bette Midler

Plastikowy remake

"Żony ze Stepford" w reżyserii Franka Oza to remake klasycznego thrillera z 1975 roku. Powstał on na podstawie powieści Iry Levina, która stanowiła ostrą satyrę na obyczajowość Ameryki lat ...
"Żony ze Stepford" w reżyserii Franka Oza to remake klasycznego thrillera z 1975 roku. Powstał on na podstawie powieści Iry Levina, która stanowiła ostrą satyrę na obyczajowość Ameryki lat pięćdziesiątych. Do najnowszej adaptacji zatrudniono hollywoodzkie gwiazdy, z błyszczącą w tym towarzystwie Nicole Kidman. Scenografowie i twórcy kostiumów miesiącami trudzili się w odtwarzaniu przepychu nieskazitelnej atmosfery amerykańskich domostw sprzed pół wieku. No cóż, trzeba przyznać, że ich wysiłek poszedł niestety na marne. Pomimo zmiany konwencji opowieści z dreszczowca na czarną komedię, twórcy filmu nie zaproponowali nic ciekawego, a to co zostało przez nich dodane skwitować można jednym słowem: "żenada".

Na początku poznajemy zimną kobietę sukcesu, niejaką Joannę Eberhart (Nicole Kidman). Jest ona autorką pomysłów na kolejne bestsellerowe programy typu reality-show w nowojorskiej stacji telewizyjnej. W chwili, gdy nieoczekiwanie zostaje zwolniona z pracy, w gruzy wali się jej całe dotychczasowe życie. Przeżywa poważne załamanie nerwowe. Na szczęście przy jej boku trwa kochający mąż Walter (Matthew Broderick). Proponuje swej partnerce odmianę dotychczasowego stylu życia - wyjazd do luksusowego miasteczka Stepford, leżącego z dala od metropolii na głuchej amerykańskiej prowincji. Tu czteroosobowa rodzina (państwo Eberhart mają jeszcze dwójkę dzieci) ma zacząć wszystko od nowa. Na powitanie przyszłych Stepfordczyków wychodzi żona burmistrza miasta Emily Francher (Glenn Close). Pani Eberhart poznaje wkrótce pozostałe mieszkanki Stepford - zrzeszone w klubie dla pań, prowadzonym przez uroczą Emily. Stopniowo Joanna nabiera przekonania, że Stepford skrywa jakiś ściśle strzeżony sekret. Wszystkie żony są zbyt doskonałe (jakby wyszły spod jednej igły), a ich mężowie zbyt szczęśliwi... Wraz ze świeżo poznaną ekscentryczną pisarką Bobbie Markowe (Bette Midler) postanawia odkryć, co jest źródłem tajemniczego zachowania kobiet i mężczyzn ze Stepford.

Film Oza przypomina bezę - smakowity, dobrze wyglądający z wierzchu przysmak, który po przegryzieniu okazuje się być pusty w środku. To powierzchowna, pozbawiona oryginalności komediowa wersja kultowego klasyka amerykańskich dreszczowców. Pomysłem reżysera było przedstawienie znanej już historii jako komedii o nieco "mrocznym" zabarwieniu. Taki zabieg nie byłby z pewnością czymś złym, gdyby twórca scenariusza Paul Rudnick nie próbował nieudolnie uwspółcześnić całą historię dodając idiotyczny początek i nowe postaci (para gejów). Zamiast odwiecznej wojny płci otrzymaliśmy zmaganie się dwóch antagonistycznych postaw: feminizmu i mizoginizmu. Dodajmy do tego ośmieszenie Republikanów, z którymi sympatyzują Stepfordczycy, a cały filmowy pasztet będzie gotowy. Brak kwalifikacji w snuciu filmowej opowieści Rudnick udowodnił budując atmosferę śledztwa prowadzonego przez Joannę i Bobbie. Formuła filmu umożliwiała dodanie wielu komicznych sytuacji, które wynikały ze specyficznego zachowania kobiet ze Stepford. Niestety autorowi scenariusza najwyraźniej zabrakło pomysłów na ożywienie tej części filmu.

Całość ogląda się z uczuciem zażenowania, które przybiera na sile im bliżej jest końca filmu. Przebieg głównego wątku fabuły bardzo łatwo przewidzieć, a elementy komiczne świadczą o dość nieskomplikowanej percepcji twórców. Najśmieszniejsze momenty opierają się na wielokrotnie ogranych sytuacjach, stereotypowych zachowaniach i komentarzach bohaterów. Uproszczenia fabularne idą w takim kierunku, że można się zastanawiać na przykład, po co w tym filmie w ogóle pojawiły się dzieci państwa Eberhartów, skoro ich losów nie śledzimy ani przez chwilę.

Aktorzy chyba także nie przekonali się do tej historii, bo większość z nich gra bez cienia pasji. Ponad przeciętność wybijają się kreację Glenn Close i Nicole Kidman. Obie stworzyły całkiem interesujące postaci, umiejętnie tuszując psychologiczne mielizny scenariusza.

Podsumowując remake Oza nie umywa się do oryginału z 1975 roku. Brak mu świeżości pierwowzoru i hipnotyzującego klimatu opowieści. Twórcy nowej wersji "Żon" obrali zły kierunek, nieumyślnie nawiązując do pojawiającego się w filmie przy drodze do Stepford znaku z napisem "Wrong Way". Pozmieniali filmową opowieść w momentach, w których ta zmiana nie była potrzebna, natomiast tam, gdzie przydałaby się ich inwencja, wykazali się brakiem pomysłowości. Nie można,więc dziwić się, że cała historia zaczyna w pewnym momencie nużyć i nie jest tego w stanie zmienić nawet najlepsze zakończenie.

Sławomir Lipowczyk
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
50% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (20 głosów).
Udostępnij:
"Żony ze Stepford" to film, który już od pierwszych chwil zachęca widza do jego obejrzenia. Wabi nas na wszelkie możliwe sposoby. Jest jak pyszne ciastko, któremu nie ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 54%
Dziś w radiu podali wiadomość, że wkrótce zostaną opublikowane nowe bajki, w których Kopciuszek będzie tym, który zaprosi księcia na zorganizowany przez siebie bal. ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 38%