Recenzja filmu

Ant-Man i Osa (2018)
Peyton Reed
Waldemar Modestowicz
Paul Rudd
Evangeline Lilly

Światełko w tunelu kwantowym

„Ant-Man i Osa” jest encyklopedycznym przykładem filmu, który na żadnej płaszczyźnie ani w żadnym momencie nie próbuje nawet aspirować do rangi kina ambitnego i nie stara się kodować przekazów ...
"Ant-Man i Osa" jest encyklopedycznym przykładem filmu, który na żadnej płaszczyźnie ani w żadnym momencie nie próbuje nawet aspirować do rangi kina ambitnego i nie stara się kodować przekazów głębszych. Skupiając się w sposób bezpretensjonalny na wypełnieniu swojego przeznaczenia, dostarcza widowni o sporej rozpiętości wiekowej efektowne, zabawne i niezobowiązujące show. Ciężko o lepszy blockbuster na lato i gdyby tak chcieć chować się w sali kinowej przed męczącym skwarem (choć mam nadzieję, że czytelniczki i czytelnicy Filmwebu nie po to chodzą do kina), duet owadzich superbohaterów umili ten czas, pozwoli się rozerwać i przyjemnie odetchnąć.

"Ant-Man" udowodnił, że z ogranej i w sporej mierze wyeksploatowanej konwencji superhero movie wciąż jeszcze można wycisnąć całkiem sporo. Rozmiar jednak ma znaczenie, a zabawa nim może wiele zmienić. Filmy, których twórcy pokusili się o ten zabieg, do dziś rozbudzają wyobraźnię widzów na całym świecie i jakkolwiek wielkości "Człowieka, który się nieprawdopodobnie zmniejsza" prawdopodobnie nie umniejszy żadna tego typu pozycja, "Fantastyczna podróż", "Interkosmos", "Kingsajz", "Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki" czy "Pomniejszenie" ekscytowały skutecznie. "Ant-Man" nie stanowił tu wyjątku, a jego kontynuacja nie przynosi wstydu. Autor memu, który po premierze "Avengers: Wojna bez granic" obiegł cyberprzestrzeń, z przymrużeniem oka, ale trafnie zwrócił uwagę na pewną alternatywę rozprawienia się z Thanosem i bohaterem, który przyprawia w nim tytana o rozrywający ból głowy jest właśnie Ant-Man. W głowie się nie mieści – aż chciałoby się rzec – jak wiele możliwych punktów zwrotnych dla kierunku rozwoju wydarzeń stwarza ów zabieg. 


Fabuła "Ant-Mana i Osy" organizuje się wokół wynalazku Dr. Hanka Pyma – granego przez Michaela Douglasa fizyka, który zbudował go w celu sprowadzenia z poziomu kwantowego do makroświata swojej żony, Janet (Michelle Pfeiffer). Pomaga mu córka obojga, czyli ucieleśniona przez Evangeline Lilly, urocza Hope, a tytułowego tandemu jak wiadomo dopełnia odbywający wyrok aresztu domowego Scott Lang (ponownie współtwórca scenariusza, Paul Rudd), którego pomoc będzie niezbędna. Jak można wyczytać więc z opisu realizacja takiej misji to nie bułka z masłem i nie ułatwi jej ani wyczuwalna między parą, i znacznie wykraczająca poza pozytywną więź kooperacyjną, chemia, ani grupa przestępców pod wodzą Waltona Gogginsa w skórze Sonny'ego Burcha, którzy w kluczowym urządzeniu upatrują sobie cud technologii o wysoce intratnym potencjale, ani też córka byłego członka zespołu Pyma, Ava (Hannah John-Kamen). W wyniku niefortunnego eksperymentu naukowego straciła ona nie tylko ojca, ale i coś, co można umownie określić jako stabilność korpuskularną. Marząc o prozaicznej inkarnacji dziewczyny z krwi i kości wiedzie więc życie ni to zjawy, ni człowieka, cierpiąc powtarzające się co kilka sekund cykle fizycznego rozkładu i syntezy. Posiłkując się specjalnym kombinezonem, który do pewnego stopnia pomaga jej łagodzić objawy zjawiska i nad nim panować, widzi w tunelu kwantowym szansę na odzyskanie pełnej cielesności.


"Latam na mrówce, czy mogło być poważnie?" pyta retorycznie Paul Rudd w opublikowanym na powyższych łamach wywiadzie. Gdyby jednak reżyserowi, Peytonowi Reedowi udało się uderzyć bez zgrzytu w ciut bardziej minorowy ton i pozwolić tragicznemu poniekąd konfliktowi interesów ekipy ratunkowej Janet i świty Avy wybrzmieć w sposób niezmącony banalnymi zakusami szemranych biznesmenów, fabuła prezentowałaby się odrobinę zgrabniej. Z drugiej strony patrząc – dramatyczne starcie protagonistów prawych widzieliśmy już jednak choćby w "Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów", a "Ant-Man i Osa" miał być w założeniu filmem lekkim i skoro udało się to osiągnąć z efektem niekiepskim i skoro pokazanie rodzinnych problemów Scotta, Hope i Avy zmyślnie równoważy cały komediowy lukier, zarzutów czynić nie sposób. Najświeższy wytwór Marvel Studios prezentuje w pewnej skali nie tylko swoich bohaterów. Jak trafnie odnotowano już przede mną – jeśli "Deadpool 2" nie wystarczył i w dalszym ciągu ciąży komuś na sercu przytłaczająca epickość poruszającego "Avengers: Wojna bez granic", "Ant-man i Osa" pozwolą ją zrzucić, dodadzą skrzydeł i ułagodzą obyczaje najbardziej patetycznej odsłony filmowego uniwersum komiksowego giganta.
 
 
Wartkość akcji w "Ant-Man i Osa" nie pozwala w pełni rozsmakować się w fenomenalnych, scenograficznych niuansach. Gdy już dochodzi do zmniejszania się czy powiększania głównych bohaterów wiedzcie, że coś się dzieje i że mało będzie czasu by nacieszyć oko wszystkimi relatywizmami. Postrzegane z perspektywy zminiaturyzowanego, pozostającego w naturalnym rozmiarze bądź powiększonego Człowieka-mrówki wycieraczka samochodowa wielkości ulicy, solniczka rozmiarów dużej lodówki czy nie większy od wanienki dziecięcej prom nie zachwycają zbyt długo. Można nad tym troszeczkę boleć, choćby zważywszy na piorunujące wrażenie, jakie robi na widzu niespieszna sekwencja schodzenia przez poszczególne poziomy organizacji materii do kwantowego i spektakularny, leniwy slalom między "gigantycznymi" niesporczakami w jednej z przejściowych faz. W razie niedosytu – oglądnij raz jeszcze, a tutaj skłoni do tego również humor. Michael Peña może serwować powtórkę z rozrywki grając swojego Luisa, a i tak jest przezabawny, w czym wtóruje mu posługujący się angielszczyzną z topornie-europejskim akcentem David Dastmalchian. Przy okazji akurat tego filmu naprawdę warto wybrać się na seans 3-D. Przestrzeń w tej technologii albo nigdy wcześniej, albo rzadko kiedy, była aż tak przestrzenna. Widać to nawet w tych spokojniejszych i mało brawurowych scenach, co podobnie jak gros innych aspektów produkcji może świadczyć wyłącznie o kolejnej, solidnej robocie ze strony studia.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
53% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Udostępnij:
Kto by pomyślał, że od premiery "Wojny bez granic" minęły już ponad trzy miesiące! Dopiero co opamiętaliśmy się po walce z Thanosem, a w kinach pojawia się kolejny film z ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 72%
Kinowe uniwersum Marvela rozrosło się już do tego stopnia, że możemy w nim zaobserwować filmy wszelakich gatunków - od thrillera szpiegowskiego, jakim jest "Kapitan ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 29%