Recenzja filmu

Eternals (2021)
Chloé Zhao
Waldemar Modestowicz
Gemma Chan
Richard Madden

Bogowie też ludzie

Film Chloé Zhao startuje z grubej mitycznej rury: zaczyna się ni mniej ni więcej, tylko od Genezy Wszechświata. To niby kolejne widowisko o kolorowo ubranych superludziach, ale brzmią w nim tony ...
Bogowie też ludzie
Czy superbohaterowie to współcześni bogowie na wzór antycznych mitów, czy tylko idole popkultury nabijający kabzę Mammonowi? Dyskusja trwa, głosów z obu stron nie brakuje. Ale jeśli szukacie dowodu na potwierdzenie tezy, nie znajdziecie lepszego niż "Eternals". Film Chloé Zhao startuje przecież z grubej mitycznej rury: zaczyna się ni mniej ni więcej, tylko od Genezy Wszechświata. To niby kolejne widowisko o kolorowo ubranych superludziach, ale brzmią w nim tony biblijne, mitologiczne i kosmologiczne, jakby Robert Graves, Erich von Däniken, Terrence Malick i Jack Kirby mieli zaraz zbić piątkę. Jasne, wszystko to już gdzieś było. Ale w kinowym uniwersum Marvela – a może i w kinie superbohaterskim w ogóle – to zdecydowanie nowa jakość.

Zwyczajowa narracja o uniwersum Marvela mówi jasno: w przeciwieństwie do "większych niż życie" półbogów DC, świat Marvela zaludniają superbohaterowie z sąsiedztwa. Dla dobra dyskusji uznajmy, że podział jest z grubsza prawdziwy. Wystarczy, że trafnie opisuje on różnicę między kinowymi wersjami obu uniwersów. W DC jest deszczowo i poważnie, w Marvelu słonecznie i z przymrużeniem oka. "Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera" marszczy się więc Wagnerowsko, podczas gdy "Avengers: Koniec gry" zbija piątkę z Kinem Nowej Przygody. "Eternals" jednak komplikuje tę typologię. Chloé Zhao stawia na głowie klasyczny marvelowski schemat, w którym po ludzku wadliwy bohater (nieważne: licealista, multimiliarder czy bóg piorunów) musi dorosnąć do bycia super. Reżyserka opowiada bowiem o kosmicznych superludziach, którzy schodzą na Ziemię i uczą się być bardziej… ludźmi.

 


Tytułowi Eternals są przedstawicielami rasy nieśmiertelnych istot zesłanych na Ziemię przez przedwiecznych bogów zwanych Celestianami. Ich misją jest opieka nad ludzkością: oto kosmiczne niańki, które na przestrzeni tysiącleci doglądają raczkujących Ziemian. Czule, cierpliwie i zawsze na posterunku, ale zachowując dystans i nie ingerując nawet, gdy podopiecznym zdarza się potknąć. Po wiekach bezczynności rozproszeni Eternals muszą jednak ponownie połączyć siły. Ludzkości zagraża bowiem powrót wrogich istot zwanych Dewiantami, a za rogiem już czai się koniec świata.

W sumie prosta struktura: zaczynamy od Początku Czasów, a potem pędzimy przez całą historię ludzkości w kierunku Apokalipsy. Konstrukcyjnie "Eternals" to jeden z najsolidniejszych filmów Marvela. Zhao prowadzi narrację dwutorowo, przeplatając fabularne "teraz" z retrospekcjami, podobnie jak niedawno Destin Daniel Cretton w "Shang-Chi i legendzie dziesięciu pierścieni". Tamten film kulał jednak pod ciężarem ekspozycji, a różne kluczowe fakty i tak raczej opowiadał, niż pokazywał. Zhao nie popełnia tego błędu, ładnie wplatając ekspozycję w przepychanki między bohaterami i funkcjonalizując mozaikę planów czasowych. Chociaż skaczemy fabularnie w przód i w tył, film ma więc czytelny, zdecydowany kierunek. Wszystkie wątki mkną do wspólnego celu, każda z postaci wędruje własną ścieżką i dokłada nowy klocek do emocjonalnej układanki, żaden zwrot akcji nie przychodzi znikąd, a stawka konsekwentnie rośnie.



Już samo otwarcie stanowi stempel jakości odróżniający "Eternals" od marvelowej średniej. Studio ma nieładny zwyczaj rozpoczynania swoich historii bez odpowiednich fanfar, jakbyśmy oglądali kolejne odcinki serialu (zresztą w zasadzie oglądamy). Dobrym przykładem jest "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz" witający nas banalną scenką porannej przebieżki tytułowego bohatera. Zhao startuje tymczasem z odpowiednio wysokiego C. Sekwencja zstąpienia Eternals na Ziemię to zarazem dynamiczna scena akcji, jak i czytelna introdukcja (aż) dziesiątki głównych bohaterów. Do tego genialnie zilustrowana pewnym klasycznym rockowym kawałkiem (nie zdradzę jakim). Dość powiedzieć, że podniosłość chwili wybrzmiewa w pełni, a kiedy dostojne intro piosenki przechodzi w bujającą zwrotkę, reżyserka robi cięcie i przenosi nas z prehistorii do czasów współczesnych. Od pierwszych chwil czuć, że jesteśmy w rękach autorki, która gra na instrumencie X muzy jak wirtuozka, pięknie harmonizując wszystkie tony.

Zhao podobno nakręciła "Eternals" tą samą kamerą, co "Nomadland". Faktycznie, czuć tu miejscami identyczną intymność surowego krajobrazu filmowanego podczas tzw. złotej godziny. "Eternals" nie tylko podbija kosmiczną stawkę wyżej niż jakikolwiek film Marvela, ale też wydobywa najczulsze nuty, jakie zagrano kiedykolwiek pod szyldem studia. To zarazem epos o końcu świata, w którym wielka łapa kamiennego boga spektakularnie drapie wiszące nad Ziemią chmury, jak i skromna opowieść rozpisana na dziesięcioro osób. Łącznikiem jest tu faktycznie kamera, która zatrzymuje się dłużej na świecie przedstawionym i uważniej tropi relacje miedzy postaciami. Pod koniec filmu bohaterowie sumują swoje supermoce w złotą pajęczynę pulsującego pola siłowego, ale te nitki międzyludzkich relacji widać już wcześniej: w tym, jak na siebie patrzą, jak do siebie mówią, jak się ze sobą sprzeczają. Długie ujęcia operatora Bena Davisa skutecznie "uziemiają" też te bardziej widowiskowe sceny. Akcja ma impet i dynamikę, jakie często gubią się w marvelowym spektaklu z komputera. Ale nie spodziewajcie się "realizmu": "Eternals" to fantazja pełną gębą, z bohaterami pomysłowo wykorzystującymi swoje fantastyczne moce w walce z armią intrygująco wymyślonych, jakby ceramiczno-organicznych bestii. Jest obserwacja, jest i wyobraźnia.

 


Oczywiście wszystkie widowiska Marvela to maszyny filmowych atrakcji, precyzyjnie odmierzające szoty adrenaliny, wzruszenia i śmiechu. Ale "Eternals" wyróżniają się też w tym aspekcie. Tak, jest tu mnóstwo humoru, a komik Kumail Nanjiani kradnie co drugą scenę. Ale inaczej niż dotychczas, żarty nie służą za ironiczny cudzysłów, który ma ubezpieczać widza przed odczuciem niefajnego (w sensie: nie "cool") patosu. Zhao bowiem idzie w patos przez wielkie "P". "Eternals" może nie być filmem dla kogoś uczulonego na pisanie wielką literą o Miłości, Prawdzie czy Przeznaczeniu. Chyba nieprzypadkowo reżyserka cytuje kino Bollywood, znane przecież z bezpretensjonalnej czułostkowości. Amplituda tonalnych przeskoków w "Eternals" jest bowiem dużo bliższa filmom z tak zwanego Wschodu: czy to japońskiemu anime czy właśnie indyjskim musicalom. Powaga i sentymenty, wygłupy i wybuchy idą tu śmiało ręka w rękę, i ta jaskrawa paleta rymuje się ładnie z multikulturową obsadą.
 
Rozpięcie między skrajnościami – boskością a ludzkością, metaforą a konkretem – pracuje też tematycznie. Zhao realizuje bowiem superbohaterską konwencję, zachowując podejrzliwość wobec idei superczłowieka. Pyta, jakież to interesy skrywają mity o bogach i herosach. Nietypowo dla MCU, bohaterowie "Eternals" potwierdzają nawet istnienie komiksów konkurencji: wywołują wprost imiona Batmana czy Supermana. Czy to dyskusja z wizją, jaka wyłania się z filmów DC (przynajmniej niektórych)? Taki – dajmy na to – Zack Snyder widzi przecież Supermana i Batmana jako Rayndyańskich indywidualistów, dla których moralność zwykłego człowieka jest kotwicą na drodze do wielkości. Zhao pokazuje problematyczność takiej optyki i dekonstruuje figurę wyniosłego Supermana. Właśnie stąd bierze się wspomniane odwrócenie marvelowskiego schematu i "uczłowieczenie" nadczłowieka. Doglądający ludzkiej ewolucji Eternals sami w końcu ewoluują. Ale zamiast jakiejś Nietzscheańskiej apoteozy czeka ich coś na kształt terapii grupowej. Oto członkowie dysfunkcyjnej rodziny, którzy doświadczają depresji, apatii czy zwątpienia, ale uczą się uważności, czułości i empatii. Odkrywają przy tym, że czasem trzeba, a czasem wręcz nie wolno interweniować. Że można podążać zarówno za rozkazami, jak i za rozkazami serca. Że życie to nie tylko praca w kosmicznym kieracie.

 


Widzę tu ciekawy paradoks filmografii Zhao. Jej "mały" i "outsiderski" "Nomadland" był przecież filmem "o biednych" nakręconym "dla bogatych". Chyba niechcący portretował biedę jako wybór tożsamościowy, a nie efekt systemowych opresji. Tymczasem zrealizowany na zlecenie wielkiej korporacji blockbuster "Eternals" zachęca wprost do sprzeciwu wobec korporacyjnego programowania. Technokratyczna narracja o wszechmocnych kustoszach sytemu obnaża tu bowiem własne uwikłanie: to film o idolach uczący nieufności wobec idoli, piękny mit, który przypomina, że piękny mit bywa często brzydką propagandą. Inna sprawa, że filmy o złych korporacjach najczęściej kręcą właśnie… korporacje.

Cynik powie, że Marvel i Disney po prostu podpinają się pod obyczajowy zeitgeist. Tytułowi Eternals to w końcu multikulturowa grupa superbohaterów z parytetem, a w jej szeregach jest homoseksualista i osoba niesłysząca. Póki się to opłaca, korporacja może sobie manifestować piękną inkluzywność, nie zapominając, żeby skasować nas za bilet i po cichu zreprodukować opresyjny system. Kiedy Sersi (Gemma Chan) negocjuje przyszłość świata z monolitycznym Celestialem, trudno nie pomyśleć przecież o Chloé Zhao negocjującej z bogiem-Disneyem warunki swojej artystycznej wolności. Myślę sobie jednak, że reżyserka i tak wynegocjowała nie byle co. Nakręciła niezwykle rozrywkowy film, który przy okazji w bardzo przystępny sposób mówi o bardzo skomplikowanych sprawach. Skomponowała świetną, eksperymentalną obsadę, w której każdy znajdzie swoich faworytów (ja znalazłem co najmniej pięcioro, w tym Angelinę Jolie, której nie jestem fanem, ale uważam, że nikt nigdy nie obsadził jej lepiej niż Zhao). No i z bezpłciowej magmy marvelowskiego "house style" wycisnęła coś absolutnie swojego i osobnego. Jak dla mnie: jeden z najlepszych filmów Marvela.
1 10
Moja ocena:
8
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
51% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (188 głosów).