Recenzja filmu

Jeźdźcy sprawiedliwości (2020)
Anders Thomas Jensen
Mads Mikkelsen
Nikolaj Lie Kaas

Wykopki nonsensu

Twórca inscenizuje chłopackie fantazje o tym, jak zapanować nad światem, nie wychodząc z domu, chyba że po to, by brać udział w pościgach i strzelaninach. Równocześnie rozgrzesza swoich ...
Wykopki nonsensu
Wierzysz w świętego Mikołaja? A może w złodzieja, co kradnie jednym dzieciom zabawki, żeby spełnić życzenia innych? To on przepiłował zapięcie do roweru, dzięki czemu zginęła ci nowiutka szosówka. Christmasowy styl to idealna sceneria dla anty-bajki, dlatego spina klamrą najnowszy film Andersa Thomasa Jensena – mistrza czarnego humoru, który wierzy tylko w chaos.


Reżyser "Jabłek Adama", który w pamiętnym filmie śmiał się z neonazizmu i idei zbawienia, tak że każdy kęs seansu stawał nam wtedy w gardle, po "Mężczyznach i kurczakach", które nie doczekały się w Polsce rozpowszechniania, powraca z równie mroczną komedią. Tym razem jest to historia o erozji męskości i nieprzepracowanej żałobie. Twórca inscenizuje chłopackie fantazje o tym, jak zapanować nad światem, nie wychodząc z domu, chyba że po to, by brać udział w pościgach i strzelaninach. Równocześnie rozgrzesza swoich bohaterów, obnaża ich bez żadnych tabu (pokazując choćby mężczyznę na środku rżyska z wypiętym, gołym tyłkiem), a przede wszystkim portretuje wrażliwość. To seans koncyliacyjny. Po "Jeźdźcach sprawiedliwości" w potencjał przemiany mężczyzn uwierzy nawet najbardziej zatwardziała feministka – czyli choćby niżej podpisana.

Zaczyna się od powrotu żołnierza z misji – czy będzie znów siedział w stodole i gapił się w ścianę jak warzywo? – zastanawia się jego córka (Andrea Heick Gadeberg), lecz wtem uruchamia się łańcuch nagłych wydarzeń. W tragicznym wypadku kolejowym ginie jej matka, więc ojciec, zupełnie do tego nieprzyzwyczajony, przejmuje opiekę nad dojrzewającą nastolatką. Niedługo trwa bycie samotnym rodzicem, bo do drzwi puka trzech dziwnych gości, którzy proponują mu wspólne śledztwo, a także mieszkanie. W mgnieniu oka stają się drużyną. Czterech jeźdźców sprawiedliwości to Lucas (Mads Mikkelsen) w roli osiłka, który łatwo wpada we wściekłość, zbolały konstruktor teorii spiskowych Otto (Nikolaj Lie Kaas), haker i geniusz Lennart (Lars Brygmann) oraz okrągły Ementaler (Nicolas Bro) – mściciel, który niegdyś był ofiarą bullyingu. "Paru wybitnie inteligentnych szarlatanów" udowadnia, że na tragedię nie pomaga ani nauka, ani mafia, ani bóg. Jedyne, co zostaje, to pogodzić się z biegiem wydarzeń – tym, że w jednym kadrze występują i ból, i śmiech. Zimna zieleń i kipiąca czerwień, których mieszanka barwi ten film.


Gatunkowo ujęty w ramy revenge movie i komedii kryminalnej, kpi ze wszystkiego, co staje mu na drodze: z badań statystycznych, start-upów, algorytmów, z młodzieży, dla której lekiem na całe zło jest psychoterapia, z jihadu, który można obwinić za wszystko, co zdarza się w zachodnim świecie, choć sprawcy mieszkają w Afryce, a wreszcie z prawa siły, które daje przewagę większym, co to zawsze mają rację. Przecież nic nie wiadomo na pewno i nie da się wygrać życia jak partii szachów. Przypadek to tylko brak wystarczającej ilości danych? No, to zobaczymy. Jensen stawia zakład i przeprowadza doświadczenie. Obserwujemy, jak drobinka "przychylnych faktów" wystarczy, by stworzyć teorię spiskową, bo świat jest piękny, gdy nagle wszystko się zgadza. Dlatego bohaterowie są specami od biometrycznego rozpoznawania twarzy i rachunku prawdopodobieństwa – metody, obśmiane na wstępie, podkręcają wizję tego, jak nieprzewidwalna jest rzeczywistość, a zarazem obiecują przejąć nad nią pełną kontrolę.

Mads Mikkelsen (czy na pewno w głównej roli?) dawno nie przeszedł takiej przemiany – nabity, brodaty, obły - niczym nie przypomina poprzedniej swojej roli z "Na rauszu". To trochę Kaecilius z "Doktora Strange'a", trochę Jednooki z "Valhalli", a najbardziej skinhead z "Pushera". Przestaje być przystojny, zwiewny i rozpląsany, wrasta w ziemię, jakby każdy jego palec ważył tonę. Aktor nie kradnie show żadnemu z partnerów, potrafi skryć się w cieniu, żeby wybrzmiały inne postaci. Ani przez chwilę nie jest gwiazdą, panuje tu bowiem całkowita równość. Każdemu z bohaterów poświęca się tyle samo czasu na ekranie. To zasługa reżysera, który pracuje w stałym zespole, budując świat, w którym wykonawcy za każdym razem stają się granymi postaciami, zamiast przebranymi na nowo znanymi twarzami, jak to często bywa. Tu ani razu nie myśli się o wcześniejszych rolach aktorów na ekranie.
  
Reżyser wcześnie zaczął karierę w Dogmie 95 i jako dwudziestoparolatek dostał za krótki metraż nominację do Oscara, a rok później go wygrał. Od tej pory Anders Thomas Jensen bez przerwy kreuje filmy jako scenarzysta – i to bardzo różne: "Wilbur chce się zabić", "Antychryst", "Tuż po weselu", "Księżna", "W Chinach jedzą psy", "Mifune", "Mroczna wieża" czy "Wesele w Sorrento". Niebywale pracowity działa m.in. w duecie z Lone Scherfig i Susanne Bier. Rzadko sam reżyseruje, ale gdy to się zdarza, efekty są tak zabawne, zaskakujące i oryginalne jak film o dorosłych facetach, którzy są jak dzieci.

Kryzys wieku średniego bywa częstym tematem komedii, ale tak naprawdę to znak, że życie wcale się jeszcze nie skończyło i Jensen daje każdemu z bohaterów szansę na zmianę. Robi z nich świetnie funkcjonującą rodzinę, choć oprócz dziewczynki w domu jest sześciu mężczyzn. Bo oprócz kwartetu jeźdźców pojawia się także swojsko brzmiący Bodashka Litwinienko (Gustav Lindh) oraz nastoletni chłopak (Albert Rudbeck Lindhardt). Wszyscy razem biorą udział w karkołomnej psychodramie.

To jak w teatrze elżbietańskim, gdzie mężczyźni grają wszystkie role. Jensen wybiera ten model, żeby mówić o męskości w wielu odcieniach: śmiać się z jej nieudolności, hipokryzji, nieuctwa i skłonności do obsesji. Widzimy też dorosłych z punktu widzenia nieletniej, w jej optyce wszyscy są świrami i chyba jest w tym trochę racji, choć źródłem humoru bywa również to, jak młodzi ludzie są śmiertelnie poważni. Czy nie dlatego dojrzewanie bywa tak bolesne? Zachwycają wyżyny empatii, na które wspina się zielonowłosy Sirius, żeby wspaniałomyślnie wybaczyć ojcu Matyldy, że podbił mu oko i zdemolował łazienkę. Oby przyszłość była tak świetlana, chichocze reżyser.


"Jeźdźcy  sprawiedliwości" to pochwała entropii. Według Jensena usilna próba zrozumienia świata to szaleństwo. Coraz bardziej oddalamy się od świadomości tego, gdzie żyjemy, bo otrzymujemy zbyt wiele danych, które naprawdę są bezużyteczne, bo nie mówią nam nic, skoro nie potrafimy ich zinterpretować. Wysiłek ciągłej rozkminy przepala nam kable. Zostaje komunikować się emotkami jak zrozpaczona nastolatka, która ścianę wykleja wodospadem post-itów.

Można oglądać ten film jak przenikliwą diagnozę społeczną. Jensen udowadnia, że sprawiedliwość jest niczym więcej jak dopasowaniem odpowiednich dowodów do naszych życzeń. Chcemy, żeby świat potwierdził nasze podejrzenia. Czy to cyniczne? Może na powierzchni, bo w głębi filmu kryje się empatia dla nawet najgłupszych działań. Przecież każdy z nas bywa debilem. Reżyser portretuje postaci z miłością, śmieje się z nich, ale współczuje, że cierpią.

Bożonarodzeniowy kicz – podniosła atmosfera, swetry w renifery i piosenki chóralne – służy temu, by zadać pytanie rodem z "Opowieści wigilijnej": czy człowiek może zmienić się na lepsze? Niektórych zniecierpliwi ton pozornej harmonii, idylli przypominającej finał "Pokotu". Lepiej szybko znajdźmy winnych, wymierzmy karę, zaprowadźmy porządek, wyręczając policję. Tylko co, jeśli wszystkiemu winny jest święty Mikołaj?

Życie nabiera sensu, jeśli na kogoś możesz się wściekać – odkrywa bohaterka filmu. Temu służy tyle ludzkich aktywności, jak również poniższe komentarze, zatem zapraszam, ulżyjmy sobie, jeśli tylko świat dzięki temu wyda się bardziej zrozumiały.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
78% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (50 głosów).