Recenzja filmu

Królestwo niebieskie (2005)
Ridley Scott
Orlando Bloom
Eva Green

Qui pro quo

Czekałam na "Królestwo niebieskie" dosyć długo i niezmiernie się ucieszyłam, że światowa premiera będzie miała miejsce również w Polsce. Wspaniały temat, rewelacyjna obsada, okres historyczny, ...
Czekałam na "Królestwo niebieskie" dosyć długo i niezmiernie się ucieszyłam, że światowa premiera będzie miała miejsce również w Polsce. Wspaniały temat, rewelacyjna obsada, okres historyczny, który do dnia dzisiejszego budzi kontrowersje i często jest przywoływany jako przyczyna obecnych konfliktów chrześcijańskiej Europy z muzułmańskim Bliskim Wschodem. Do tego Ridley Scott i jego kunszt reżyserski. Właściwie trzeba by się mocno postarać, żeby coś nie wyszło.

No i coś nie wyszło. Scenariusz, posługując się eufemizmem, kupy się nie trzyma, a obsada w roli głównej Orlando Blooma była chyba tylko strzałem marketingowym. Główny bohater, Balian, ani nie wygląda na kowala, ani nie ma w sobie nic z człowieka doświadczonego pracą i życiem. Ot, fircyk o smutnych oczach spaniela i anielskim glosie. Przez cały film „jedzie” na sławie zmarłego ojca (Liam Neeson), sam niczego nie dokonując. Mimo tego zyskuje szacunek, miłość Trędowatego Króla, aż wreszcie – obejmuje dowództwo obrony Świętego Miasta. Największym jego osiągnięciem jest to, że wpadł na pomysł wykopania studni, czego nie wiedzieć czemu przebywający od 100 lat w Ziemi Świętej łacinnicy, a przede wszystkim jego sławny ojciec dotąd nie dokonali. Słowem – prostaczek pouczający mędrców. Postacie są zatrważająco czarno-białe, a sam film aż do bólu poprawny politycznie. Pewne sekwencje nie wynikają z niczego, wątki są zawieszone w powietrzu, brak też opisów na ekranie (bitwa o Rogi Hittinu, obrona Jerozolimy). Reżyser z pewnością liczył na inteligencję i oczytanie widza, jednak przydałoby się wyjaśnienia nawet tym, bardziej zaznajomionym z historią średniowiecza.

Ale całe szczęście, że mamy w "Królestwie niebieskim" kreacje i sekwencje zasługujące na uwagę i przyciągające wzrok – to bez wątpienia Marszałek Tyberiusz (Jeremy Irons) i Gwidon z Lusignan (Marton Csokas). A także bezimienny joannita (David Thewlis) i Reynald de Chatillon (Brendan Gleeson). Postacie soczyste, wiarygodne, widać po nich, że swą krwią użyźnili jerozolimskie piaski. Trudna rola przypadła Edwardowi Nortonowi. Cały film nie zdejmuje srebrnej maski, musi grać tylko głosem, ciałem, nawet oczy pozostają często bez wyrazu. Trudna rola, ale wierzymy mu, tak samo jak wierzymy w męstwo i rycerskość Saladyna. Wyjątkową sceną jest z pewnością pasowanie na rycerza Baliana przez umierającego Godfryda. Schrypnięty głos, uderzenie w policzek, patos najwyższej próby, ale inaczej nie dało się tego przedstawić. W zaskakujący sposób przypomina to scenę śmierci Boromira z  "Władcy Pierścieni".

Mimo że w scenach, które mają chwytać za serce i wyciskać łzy Ridley Scott nie stroni od taniego patosu, to sceny batalistyczne są jego specjalnością, i są one po prostu fantastyczne. Bitwa o Rogi Hittinu i obrona Jerozolimy to lekcja sztuki wojennej i machin oblężniczych. Do tego spowijający wszystko złoty pył, widoki z lotu ptaka, mrowie, rój właściwie, uzbrojonych po zęby wojowników... Tak. To Ridley Scott, jakiego oczekiwałam w tym filmie. I mimo że kompozytorem ścieżki dźwiękowej nie jest Hans Zimmer, to połączenie motywów średniowiecznej muzyki z arabskimi nutami autorstwa Harry'ego Gregsona-Williamsa wspaniale wpisało się w estetykę filmu.

"Królestwo niebieskie" to zabawa w "kto jest kim". Postaci z krwi i kości nie mają imion, tak jak i autentycznym wydarzeniom brakuje nazw. Postać spreparowana na korzyść filmu, "kradnąca" imię i część życiorysu sławnego obrońcy Jerozolimy, Balianowi z Ibelinu, jest wyeksponowana ponad miarę. Orlando Bloom nie dał sobie rady z tą postacią. Ostatnia scena filmu, gdy dotyka kwiatów, udowadnia, że już zawsze pozostanie elfem. Może nawet elfim kowalem, ale tylko - a może aż - elfem.

I jeszcze o tytule. Dopiero po obejrzeniu filmu, przeżuciu i przeżyciu go jeszcze raz, uzmysławiamy sobie, jak ironiczny tytuł nadał swemu dziełu reżyser. Bo to, co pokazał, z pewnością z niebem miało niewiele wspólnego. Krucjaty były jedną z największych zbrodni średniowiecznej Europy. W powtarzającym się co chwilę okrzyku templariuszy i innych krzyżowców "Bóg tak chce!" (Deus lo vult) można usłyszeć szydercze echo hasła z czasów III Rzeszy.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
40% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Obraz malowniczego pola. Środkiem spacerujący mężczyzna delikatnie gładzi dłonią zboże. Scena zmienia się. Widzimy las zimą i tego samego mężczyznę obserwującego lot ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 57%
Tak sobie pomyślałem, że recenzje stają się nudną formą wypowiedzi na temat filmu. Wszędzie ich pełno i nie wnoszą nic ciekawego do naszych małych "kinematograficznych" ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 53%