Recenzja filmu

Książę (2020)
Roger Michell
Jim Broadbent
Helen Mirren

Portret zagubionej rodziny

Reżysera Rogera Michella bardziej interesują ci, którzy stoją za kradzieżą niż ona sama. Co jeszcze bardziej zaskakujące, Michell przyjął szerszą perspektywę, niż można się spodziewać. Kradzież ...
W opisach filmu "Książę" najwięcej miejsca poświęca się temu, że fabuła bazuje na prawdziwych wydarzeniach. Punktem wyjścia jest tu zuchwała kradzież wartego 140 tys. funtów portretu Księcia Wellingtona pędzla Francisca Goi. Jeśli jednak sądzicie, że "Książę" to heist movie, to muszę Was rozczarować. Napadowi poświęcono ledwie dwie dość krótkie sekwencje, a i sam obraz Goi jest raczej dodatkiem do fabuły, aniżeli jej sednem.

Reżysera Rogera Michella bardziej interesują ci, którzy stoją za kradzieżą niż ona sama. Co jeszcze bardziej zaskakujące, Michell przyjął szerszą perspektywę, niż można się spodziewać. Kradzież jest dla niego pretekstem, by przyjrzeć się bezrobotnemu bohaterowi, jego żonie sprzątaczce i ich synowi. Film niespodziewanie okazuje się przypowieścią o stracie, żałobie i poczuciu winy.



"Książę" to tak naprawdę typowe kino obyczajowe, w którym Brytyjczycy są mistrzami. Podobnie jak wcześniejsze "Goło i wesoło", "Dziewczyny z kalendarza" i "Billy Elliot" opowiada o poważnych tematach, nie stroniąc od humoru. Główny bohater Kempton Bunton w wykonaniu Jima Broadbenta może na pierwszy rzut oka wydawać się błaznem, niespokojnym duchem, który cały czas musi wywoływać burze w szklance wody. Co druga scena z jego udziałem sprawia, że widzom pojawia się uśmiech na twarzy. Wystarczy jednak wsłuchać się w jego rozmowy z bliskimi, by odkryć, że humor jest tu mechanizmem obronnym, chroniącym bohatera przed bólem i biedą. 

Prostota schematu brytyjskiej komedii obyczajowej bywa jednak zwodnicza. Michell  wpada w jej sidła, za bardzo na niej polegając. Jego film jest niestety mało wyrazisty na tle wielu innych podobnych do siebie historii. Jakby świadomy tego faktu, Michell wplata w całość efektowne montażówki w stylu lat 60. Prawdziwym ratunkiem dla "Księcia" są jednak jego aktorzy – gdyby nie Broadbent i Helen Mirren, Michell byłby w prawdziwych opałach. Tym dwojgu udaje się udźwignąć ciężar opowieści i nadać jej autonomii. Oboje fantastycznie odnajdują się jako postacie o odmiennych charakterach. Ich interakcje rozpięte pomiędzy sprzeczkami a gestami prawdziwej miłości są źródłem energii, humoru, a także refleksji. Każde z nich inaczej odgrywa cierpienie wywołane stratą. Razem ich kreacje tworzą poruszający intymny portret bólu, który nie mija mimo upływu lat.



Na wyróżnienie zasługują również aktorzy drugiego planu, szczególnie Fionn Whitehead, który przypomina momentami w swojej roli Trampa Charliego Chaplina. Aktor znakomicie dopełnia Broadbenta i Mirren zarówno w scenach komediowych, jak i bardziej refleksyjnych. Mimo tych starań "Książę" nie jest jednak filmem z tej samej półki co na przykład "Billy Elliot" i raczej nie zapisze się w pamięci widzów na długo. To jednak nie znaczy, że nie warto wybrać się na niego do kina. Jeśli chcecie się pośmiać, a może nawet i wzruszyć, to z całą pewnością zasłużył na szansę. 
1 10
Moja ocena:
6
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
75% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).