Recenzja filmu

Legenda Kaspara Hausera (2012)
Davide Manuli
Vincent Gallo
Fabrizio Gifuni

Życie na bicie

Z dziełem Manuliego można obejść się na dwa sposoby. Po pierwsze, napiąć się i potraktować je jako przedmiot naukowej interpretacji: uważnie przyjrzeć się symbolice, rozprawiać o wszechobecnej w ...
Tytuł filmu Davide'a Manuliego budzi automatycznie skojarzenia z "Zagadką Kaspara Hausera". Czarno-biały disco-western, który uwiódł publiczność zeszłorocznych Nowych Horyzontów, tyle ma jednak wspólnego z mrocznym dramatem Wernera Herzoga co Janosik z podatkiem "Janosikowe". Trudno traktować go inaczej niż jako inteligentny, ekstrawagancki żart będący jednocześnie testem sprawności dla kinomanów. Przekonajcie się, jak wiele cytatów uda Wam się wytropić w trakcie seansu.

Prawdziwy Kaspar Hauser żył w XIX wieku. Miał podobno 16 lat, gdy po raz pierwszy pojawił się na ulicach Norymbergi. Nie umiał czytać i pisać, a jego zasób leksykalny był równie ubogi co jego przyodziewek. Tajemniczy znajda rozpalił z czasem wyobraźnię całej Europy, która zaczęła go nawet podejrzewać o pokrewieństwo z rodziną królewską. Tyle z lekcji historii. Filmowy Kaspar jest hermafrodytą (gra go performerka Silvia Calderoni), nosi dresowe spodnie i potężne słuchawki.  Niczym Wenus z Milo wyłania się nieprzytomny z morskiej piany, by za chwilę znaleźć się w objęciach poczciwego szeryfa (zabawny Vincent Gallo) z wyspy X. Wkrótce każdy będący emanacją jakiegoś archetypu członek społeczności będzie miał na temat Kaspara własne zdanie. Jedni uznają go za Mesjasza, inni za zagrożenie, które trzeba wyeliminować.

Choć zdarzenia na ekranie da się okiełznać w kilku zdaniach streszczenia, nie oznacza to, że "Legenda Kaspara Hausera" ma tradycyjną fabułę. To raczej ciąg surrealistycznych, rozegranych poza czasem i przestrzenią scen – miejscami zabawnych, miejscami urzekających plastyczną wizją. Czego tu nie ma? Spaghetti western (z obowiązkowymi dialogami po włosku i angielsku), czyhająca za rogiem apokalipsa, kosmiczne spodki, rewolwerowcy pojedynkujący się  w tańcu, a na dokładkę doskonały electropop skomponowany przez francuskiego producenta Vitalica. Zupełnie, jakby na planie siły połączyli Alejandro Jodorowski, Sergio Leone i Madonna z czasów albumu "Confessions on the Dance Floor".

Z dziełem Manuliego można obejść się na dwa sposoby. Po pierwsze, napiąć się i potraktować je jako przedmiot naukowej interpretacji: uważnie przyjrzeć się symbolice, rozprawiać o wszechobecnej w filmie transgresji (płciowej, gatunkowej, estetycznej), zahaczyć o temat wykluczenia. Można też oglądać "Legendę" jak dzieło sztuki: przeżywać, a nie analizować; pozwolić, by obrazy wsączały się pod powieki, a potem wracały w najmniej spodziewanym momencie. Wreszcie po seansie wrócić do domu i odpalić na YouTubie transowy remix Vitalica do "Second Lives". A potem powtarzać do znudzenia.
1 10
Moja ocena:
6
Łukasz Muszyński
Sekretarz redakcji Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się", twórca... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
79% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (107 głosów).
Udostępnij: