Recenzja filmu

Misja Greyhound (2020)
Aaron Schneider
Tom Hanks

Trafiony, zatopiony

Twórcy "Greyhound" - tak jak Christopher Nolan w "Dunkierce" i Sam Mendes w "1917" - nie kładą nacisku na fabułę lecz inscenizację. Proponują widzom doświadczenie, immersję, możliwość pełnego ...
Trafiony, zatopiony
Mundur dowódcy dobrze leży na Tomie Hanksie. Gwiazdor był już kapitanem na pokładzie feralnego promu kosmicznego ("Apollo 13"), w okupowanej przez nazistów Normandii ("Szeregowiec Ryan"), na frachtowcu porwanym przez piratów ("Kapitan Phillips"), a także w kokpicie uszkodzonego samolotu ("Sully"). Lada chwila zobaczymy go także w "News of the World", gdzie jako doświadczony oficer przemierza Dziki Zachód w towarzystwie osieroconego dziecka. Nietrudne zrozumieć, dlaczego wytwórnie i reżyserzy tak chętnie proponują Hanksowi role ludzi u steru. Dwukrotny laureat Oscara jak żaden aktor od czasów Jamesa Stewarta uosabia na ekranie mit porządnego Amerykanina - everymana o gołębim sercu i niezachwianym kompasie moralnym. Człowieka, którego można zabić, ale nie złamać.



W przypadku "Misji Greyhound" Hanks sam powierzył sobie rolę kapitana Ernesta Krausego. Gwiazdor jest bowiem nie tylko odtwórcą głównej roli, ale również scenarzystą i producentem adaptacji powieści C.S. Forestera. Akcja widowiska rozgrywa się na początku 1942 roku. Oddany Bogu i wojsku Krause właśnie otrzymał pod komendę pierwszy okręt, USS Keeling. Dziewiczy rejs przez ogarnięty wojną Atlantyk okaże się istnym chrztem ognia. Załoga bohatera dostanie zadanie, by chronić aliancki konwój zmierzający ze Stanów Zjednoczonych do Europy. Z chwilą, gdy statki wpłyną na odcinek oceanu zwany "czarną otchłanią", rozpęta się piekło. Pozbawieni wsparcia ze strony sił powietrznych marynarze staną do walki o życie z ławicą U-bootów. Finał tej potyczki będzie zależał w równym stopniu od rozwagi dowódcy jak i sprawnej komunikacji oraz pracy zespołowej jego podwładnych.

Twórcy "Greyhound" - tak jak Christopher Nolan w "Dunkierce" i Sam Mendes w "1917" - nie kładą nacisku na fabułę lecz inscenizację. Proponują widzom doświadczenie, immersję, możliwość pełnego zanurzenia się w wojennym ferworze. Poza dyskretnie naszkicowaną postacią  Hanksa w zasadzie nie ma tu bohaterów. Są jedynie członkowie załogi - starszy oficer, łącznościowiec, nawigator, steward, mechanicy oraz mrowie młodych żołnierzy czekających w napięciu na rozkazy kapitana. Na pokładzie statku nie ma miejsca na konflikty bądź jednostkowe akty heroizmu. Przetrwanie gwarantuje wyłącznie synergia. Pomijając krótki prolog, który rzuca światło na życie osobiste Krausego, kamera praktycznie nie opuszcza pokładu statku. W zależności od rozwoju zdarzeń USS Keeling jawi się tu niczym majestatyczna machina bojowa bądź klaustrofobiczna stalowa pułapka mogąca w każdej chwili zamienić się w zbiorową mogiłę. Z kolei niemieckie okręty podwodne mają w sobie coś z rekina ze "Szczęk" - przez większość czasu niewidoczne, metodycznie okrążają potencjalne ofiary i w najmniej spodziewanym momencie przypuszczają atak.



Zawężenie perspektywy w połączeniu z kaskadą płynących z ekranu żargonowych dialogów sprawiają, że dzieło Aarona Schneidera może momentami budzić skojarzenie z symulatorem okrętów wojennych. Z jednej strony obsesyjna dbałość o detale dodaje "Greyhound" realizmu, a także pozwala publice nasiąknąć atmosferą statku. Z drugiej - szczury lądowe jak wyżej podpisany mają prawo poczuć się zagubione w kłębowisku komend, wskaźników i nazw. Być może reżyser większego kalibru, twórca pokroju wspomnianego wcześniej Nolana, byłby w stanie wycisnąć ze scenariusza Hanksa więcej suspensu i emocji. Zamienić trwający zaledwie 90-minut  dreszczowiec w pigułkę czystej adrenaliny. Schneider dostarczył porządny, fachowo zrealizowany film. Brakuje mu jednak  magicznego pierwiastka, który awansowałby go do ekstraklasy kina wojennego.

Recenzentka "Time Magazine" zachęca: obejrzyj "Misję Greyhound" z tatą, którego kochasz, bądź ku pamięci ukochanego ojca. I pamiętaj: nie ma nic złego w posiadaniu tatowego gustu. Słowem, jeśli macie ochotę na opowieść o odwadze i poświęceniu, o dobrych ludziach, którym przyszło żyć w podłych czasach, marsz na pokład.
1 10
Moja ocena:
6
Łukasz Muszyński
Sekretarz redakcji Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się", twórca... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
81% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).
Udostępnij: