Recenzja filmu

Na rauszu (2020)
Thomas Vinterberg
Mads Mikkelsen
Thomas Bo Larsen

Wypijmy za błędy

Bohaterowie "Na rauszu" próbują wydać się "młodsi i fajni" w oczach własnych i oczach swoich najbliższych. Sam film jednak nie mizdrzy się do widza nawarstwieniem komediowych efektów czy gagów, ...
Wypijmy za błędy
Jak pisał Marek Bieńczyk: "Jeść musisz, boś istota żywa, pić możesz, boś człowiek." Choć w "Na rauszu" dużo się pije, nie jest to bynajmniej film o alkoholizmie. To opowieść o tym, jak odnaleźć utracone w toku monotonnej codzienności szczęście. Dodanie - mocno zakrapianego - "elementu baśniowego" do rzeczywistości, może okazać się dla wielu skutecznym lekarstwem na nieznośną ciężkość bytu.

Wszystko zaczyna się od naukowego eksperymentu. Norweski psychiatra Finn Skårderud miał ponoć stwierdzić, że człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie - trzeba więc go stale uzupełniać. Dzięki temu słońce stale świeci, cieszą się dzieci i w ogóle wszystko wydaje się prostsze do ogarnięcia (brzmi znajomo?). Choć sam Skårderud zaprzeczył jakiś czas temu jakoby był autorem tej fantastycznej teorii*, to czwórka przyjaciół-nauczycieli podejmuje wyzwanie. Nawet najmniej przekonany z nich, Martin (Mads Mikkelsen), szybko doświadcza pozytywnych skutków nowej życiowej terapii - żona ponownie się do niego uśmiecha, a uczniowie z zaciekawieniem słuchają. Kryjące się za spektakularną przemianą kłamstwo zobowiąże mężczyzn do niejednej alkoholowej libacji.


Szczerze mówiąc, nie uważam, aby Thomas Vinterberg był wielkim autorytetem europejskiego kina. Choć razem z Larsem von Trierem podłożył podwaliny pod jeden z najbardziej prowokacyjnych manifestów w burzliwych dziejach X muzy, to właśnie reżysera "Dogville" uważa się ostatecznie za genialnego skandalistę o godnym pozazdroszczenia dorobku. Kariera Vinterberga bywała nierówna, wręcz pechowa. Jego kariera zaczęła się niesamowicie; zrealizowanym wedle założeń Dogmy "Festen" zachwycał się sam Bergman. Jednak chwilę później hollywoodzka przygoda duńskiego reżysera zakończyła się spektakularnym fiaskiem ("Wszystko dla miłości", 2003), a jego samego określano mianem "Kubricka na kwasie". Dekadę później Vinterberg wrócił na festiwalowe salony za sprawą przejmującego "Polowania" (2013), w którym główną rolę zagrał Mads Mikkelsen. Twórca "Komuny" przegrał wówczas oscarowy bój z słodko-gorzkim "Wielkim pięknem" Paola Sorrentina (filmem będącym stylistyczną antytezą "Polowania"). Ciągle czegoś brakowało. Aż do teraz.

Bohaterowie "Na rauszu" próbują wydać się "młodsi i fajni" w oczach własnych i oczach swoich najbliższych. Sam film jednak nie mizdrzy się do widza nawarstwieniem komediowych efektów czy gagów, za którymi skrywałaby się tematyczna pustka. Vinterberg proponuje tragikomedię pełną kontrastów; w sposób zabawny i ironiczny dotyka tematów, które są w istocie dramatyczne. Jest w tym godna pozazdroszczenia wolność, dezynwoltura wręcz. Tak jakby Duńczyk powracał duchowo - między euforią i melancholią - do swoich chropowatych, filmowych korzeni. Niewątpliwie pomaga w tym niezwykła więź, jaka zrodziła się między głównymi aktorami, widoczna w ich wytrwałości i oddaniu dla wspólnej sprawy. Choć każda z tych postaci ma swoje indywidualne, ekranowe momenty (zarówno glorii, jak i wstydu), to właśnie ich komitywie najmocniej kibicujemy.



"Na rauszu" to film fetujący życie, mimo tego, że sam reżyser nakręcił go tkwiąc w głębokiej żałobie**. Film, który doskonale wpisał się w trudny, pandemiczny czas ze swoją ideą "życiowego restartu", pragnieniem wolności i odrzucenia racjonalnych reguł. Zjawiskowa - i właściwie już kultowa - sekwencja taneczna wieńcząca "Na rauszu" streszcza zamiar narracyjny Duńczyka: opowiedzieć historię, która nie celebruje własnego dramatycznego charakteru. Vinterberg, piewca nieoczywistego filmowego fatalizmu, w ciekawy sposób dekonstruuje jeden z podstawowych mitów – mit nowego początku i odkupienia win. Nie ma tutaj miejsca na moralizatorstwo i samozniszczenie, wręcz przeciwnie. Postacie nie uciekają ostatecznie od odpowiedzialności, ale nie zamieniają się "za karę" w zbolałych męczenników. Mimo nieoczywistego bilansu życiowych przegranych i wygranych bohaterowie swoją walkę z losem dalej prowadzą i to z niejednym kieliszkiem w ręku. Vinterbergowi udało się ostatecznie stworzyć mikrokosmos, który – choć nie jest bez skaz – pozostaje solidarny i szczęśliwy.

---------------
* Norweski psychiatra wyznał ostatnimi czasy w wywiadzie, że nigdy nie stworzył takiej teorii, jak ta wykorzystana w filmie. Metaforycznie odniósł się do stanu jaki potrafi wywołać alkohol w przedmowie do książki włoskiego badacza Edmonda de Amicisa, "Psychologiczne efekty spożywania wina". Jednak w tej samej przedmowie obalał tego typu myślenie, określając napoje wysokoprocentowe mianem "społecznego lubrykanta", którego trzeba zażywać z głową. Skårderud podkreślił również, że nagrodzony Oscarem film Vinterberga - mimo całego zamieszania - zdecydowanie przypadł mu do gustu.

** W swojej przemowie Oscarowej reżyser dedykował film zmarłej córce, Idzie, która zmarła na moment przed rozpoczęciem zdjęć do filmu. Ida zakochała się w scenariuszu, miała również wystąpić w filmie ojca.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
88% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (78 głosów).
Udostępnij:
Filmy o piciu czy innych uzależnieniach to często ciężkie dramaty, które w alarmistycznym tonie ostrzegają nas przed ich negatywnymi skutkami. „Na rauszu" też to robi ale ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 92%
Aktorzy w obiektywie Grøvlena dobrze wykonują powierzone im zadanie, jednak całe show skrada świetna, pierwszoplanowa rola Mikkelsena. Przedstawia nam on zagubionego ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 81%