Recenzja filmu

Przetrwanie (2011)
Joe Carnahan
Liam Neeson
Frank Grillo

Towarzystwo wilków

Kudłate bestie są popkulturowym symbolem milczącej i beznamiętnej Natury, która, jak to Natura, nie wybacza i nie współczuje.
Nie wiem, czy to kwestia przepowiedzianej przez Majów apokalipsy, ale mamy w tym sezonie aż dwa filmy, których bohater, w chwili największej słabości, pada na kolana, wznosi wzrok ku niebu i liczy na odpowiedź niemego Boga. Od "Wstydu" Steve'a McQueena wolę jednak "Przetrwanie" Joe Carnahana. Być może dlatego, że jakoś bardziej mi to cierpienie na klęczkach pasuje do ambitnego kina klasy B niż do zamaszystej "diagnozy współczesności". A może po prostu chodzi o to, że w przeciwieństwie do seksoholika z wielkiego miasta, tropiony przez wilki rozbitek ma naprawdę dobry powód, by złorzeczyć Stwórcy.

Wspomnianego rozbitka gra Liam Neeson. Jako wypalony i zgorzkniały myśliwy nazwiskiem Ottway próbuje wyciągnąć z opresji grupę nafciarzy – facetów twardych, ale niewystarczająco jak na Alaskę. Nie wszyscy przeżyli katastrofę samolotu nad śnieżną pustynią. Ci, którym się udało, szybko dochodzą do słusznego wniosku, że trafili z deszczu pod rynnę. Pal licho odmrożenia, obrzęki i tysiące kilometrów lodowego piekła, skoro na trop ocalałych wpada stado krwiożerczych wilków. I choć konstrukcja filmu przywodzi na myśl slasher, w którym zwierzaki zastępują mordercę z maczetą, "Przetrwanie" to trochę ciekawsze kino – pod zły adres trafią widzowie, którzy po seansie zwiastuna oczekiwali pojedynków bokserskich na pięści i pazury.

Filmowa wataha drapieżników jest dla Carnahana czymś więcej  niż tylko podrasowanym komputerowo "straszakiem" – robi się to oczywiste, nawet zanim Neeson przestrzeże swoich kompanów, że wilki nie zabijają dla pożywienia i chcą tylko usunąć zbędny element z alaskańskiego ekosystemu. Kudłate bestie są więc popkulturowym symbolem milczącej i beznamiętnej Natury, która, jak to Natura, nie wybacza i nie współczuje. Takie postawienie sprawy rodzi wrażenie przedziwnego dysonansu – z jednej strony mamy względny realizm, drobiazgowo odmalowany rozkład ciał i psychiczną drogę przez mękę. Z drugiej, konfrontację bohaterów z siłą, którą trudno objąć ludzkim umysłem. Specjalistą od psowatych nie jestem, ale domniemam, że wilki, nawet te najdziksze, nie wyglądają jak dobrze odżywione wilkołaki i nie zabijają tylko po to, żeby utrzymać równowagę w przyrodzie.

Im dalej w las, tym chętniej Carnahan miksuje te dwa porządki. Efekt jest rewelacyjny i daje poczucie obcowania z filmem o klasę lepszym niż mieliśmy prawo oczekiwać. Ciekawie zainscenizowane sceny akcji przeplatają się z lirycznymi (powiedzmy, bo strasznie te wspominki Ottwaya skonwencjalizowane) retrospekcjami, a recytowany przez myśliwego wiersz może i trąci kiczem, ale udanie metaforyzuje skomplikowaną sytuację bohatera – rozdartego między pragnieniem śmierci a moralnym imperatywem pomocy słabszym i chęcią podważenia praw naturalnej selekcji. Jak na film, w którym zwierzęta są tak nieustraszone, że skaczą w płomienie, a ludzie tak honorowi, że odchodzą z tego świata na własnych warunkach, to już całkiem sporo. 
1 10
Moja ocena:
9
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
63% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (231 głosów).
Udostępnij:
Współcześnie twórcy na różne sposoby starają się przestraszyć bądź zaskoczyć widzów. Prześcigają się z pomysłami, które raz okazują się nowatorskie i całkiem udane, a raz ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 46%
Tak przed laty śpiewał Kurt Cobain w piosence "Polly" z albumu "Nevermind" (1991) Nirvany. Co prawda ostatni film Joego Carnahana do takich refleksji raczej nie ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 46%