Recenzja filmu Ptaki Nocy (i fantastyczna emancypacja pewnej Harley Quinn) (2020)
Cathy Yan

Ptaszki bez uwięzi

"Ptaki Nocy" mają ambicję powiedzenia czegoś o agresji wobec kobiet, wpisania się w nurt #MeToo. Jest tu kilka momentów niczym z filmów Tarantino, gdy śmiech ma nam ugrząźć w gardle od ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Harley Quinn zadebiutowała jako postać animowana i do dziś ma w sobie coś z animka. A to skłonność do walenia przeciwników wielkim młotkiem, a to generalną niewrażliwość na prawa logiki i fizyki, a to logotyp studia Warner Bros. nad głową. Nic zatem dziwnego, że "Ptaki Nocy" otwiera streszczająca historię Harley rysunkowa sekwencja, a sama bohaterka na dzień dobry burzy tak zwaną "czwartą ścianę" i przejmuje kontrolę nad opowieścią. Owo przejęcie kontroli jest oczywiście tyleż modnym chwytem narracyjnym (spopularyzowanym zresztą przez innego komiksowego "animka", Deadpoola), co manifestem. To nie przypadek, że w przewrotnie długaśnym tytule widowiska brzmi słowo "emancypacja". 

photo.title

Harley ma się w końcu od czego wyzwalać. Tak jak każdy klaun ma smutne oczy, a każdy komik w sekrecie kontempluje samobójstwo, tak Harley skrywa pod makijażem poważne psychologiczne blizny. Ów beztroski animek to przecież uwięziona w toksycznym związku kobieta, arlekinka uzależniona od widzimisię swojego okrutnego pana. A że Jared Leto nie sprawdził się w roli Jokera, arcywróg Batmana chwilowo ma twarz Joaquina Phoenixa, pop-feminizm jest zaś na czasie, nadszedł więc idealny moment, by wyjść na prostą. 

Tak, "Ptaki Nocy" to girl power na całego. Nie dość, że kreatywny ciężar filmu dźwigają trzy kobiety (reżyserka Cathy Yan, scenarzystka Christina Hodson, producentka/gwiazda Margot Robbie), to przed kamerą formuje się jawnie niekoedukacyjna superdrużyna. Marvela stać było tylko na obligatoryjne jedno ujęcie gotowych do akcji pań w "Avengers: Końcu gry". DC przechodzi więc do "zaorania" i kręci film z samymi bohaterkami. Jeśli przed kamerę zaplącze się tu jakiś facet, to zaraz okaże się oblechem i dostanie kopa w jaja. 

Nominalnie – wszystko działa. Harley (Robbie) zrywa z Jokerem, znajduje sobie grupę superkoleżanek i wypowiada wojnę patriarchalnemu Gotham, miastu, w którym karty rozdają sami faceci: cierpiący milionerzy, ich zaprzyjaźnieni komisarze policji i morderczy klauni. Inna sprawa, że owa tytułowa emancypacja w zasadzie nie jest wyborem Harley. To Joker wypina się na nią i stawia przed faktem dokonanym. Bohaterka odkrywa więc zalety girl power w zasadzie przypadkiem. 

photo.title

Ale nawet ma to sens: patriarchatowi zależy przecież na zantagonizowaniu i spacyfikowaniu kobiet. Wystarczy spojrzeć na hollywoodzki krajobraz. Przed "Wonder Woman" i "Kaptain Marvel" wszyscy myśleli przecież, że superbohaterki się nie sprzedadzą, więc nikt nie kręcił o nich filmów, więc te filmy się nie sprzedawały, bo nikt ich nie kręcił. Podobny impas muszą przemóc bohaterki "Ptaków Nocy". Dopóki okoliczności nie zmuszą ich do połączenia sił, nawet nie przyjdzie im do głowy, by stworzyć wspólny front. A kiedy już go stworzą, nie będzie powrotu do bycia potulną. Oczywiście, film tylko sugeruje podobne wnioski, nie tematyzuje problemu, ale jest to jakiś tam kontekst dla "Ptaków Nocy": gotowy do uruchomienia i całkiem ciekawy. Gorzej z samym filmem.

Przejęcie narracyjnej kontroli przez Harley ma bowiem siłę manifestu, ale ma też słabość narracyjnego bałaganu. Robbie może sobie być rewelacyjna w roli głównej, ale Quinn nie jest osobą, która ceni przyczynowo-skutkową logikę hollywoodzkiego scenariopisarstwa. Fabuła "Ptaków Nocy" płynie więc w szarpanym, anegdotycznym rytmie: Harley co chwilę odkrywa, że zapomniała nam o czymś powiedzieć, wciska pauzę i przewija akcję wstecz, by wypełnić narracyjną lukę. 

W porządku: pomysł, by cały film był jak jego bohaterka, jest fajny. Ale Yan i Hodson nie potrafią przekuć tego konceptu w zaletę. Wręcz przeciwnie. Kolejne przystanki i dygresje skutecznie emancypują film spod kolejnych przymusów – a to budowania napięcia, a to angażowania widza, a to uruchamiania procesu projekcji-identyfikacji. Harley Quinn, Margot Robbie i Cathy Yan ewidentnie bawią się dobrze. Zachodzi jednak podejrzenie, że lepiej niż my.

Trudno bowiem o frajdę, skoro film wysyła sprzeczne sygnały, co ma być serio, a co nie. Kiedy Harley rusza do boju w serii niby-johnowo-wickowych bijatyk, czuć przecież zgrzyt. Wszystko jest niby uziemione: nikt tu nie walczy o ocalenie wszechświata na szczycie wieżowca, tylko o ocalenie tyłka w ciemnym zaułku, kości pękają, a szczęki wypadają z zawiasów. Ale nie czujemy zagrożenia, ciosom brak impetu, bo Quinn funkcjonuje jakby na innym poziomie świata przedstawionego. Cała malownicza brutalność zawisa więc w powietrzu niczym pusty filmowy znak. I nudzi, bo Harley pozostaje po animkowemu niezniszczalna i niepoważna, niespętana okowami rzeczywistości. 

Coś za coś: ta umowność przełamuje przynajmniej śmiertelną powagę widowisk Zacka Snydera, gdzie Batman mókł w deszczu, Superman hamletyzował, a wszystko było ponure jak emo-nastolatek. Cathy Yan idzie w kolor, miejscami zbliża się nawet do estetyki filmów Joela Schumachera. Jest tu podobna neonowa bezceremonialność, podobne slapstickowe przepychanki z armiami zamaskowanych pomagierów i podobne… homoerotyczne podteksty. Tyle że podane równie niezręcznie jak u Schumachera.

O co chodzi? Za czarne charaktery robi duet gangstera Romana Sionisa (Ewan McGregor) i jego prawej ręki, zabójcy Victora Zsasza (Chris Messina). Panowie są demonstracyjnie ekstrawaganccy i przytulaśni, zupełnie jakby Yan chciała dość stereotypowo zasugerować – ale broń boże nie nazwać – ich seksualną orientację. I to przemilczenie wypada dość wsteczniacko: nie jak jakiś wywrotowy podtekst, ale hipokryzja rodem z zamkniętej szafy. Efekt jest tym gorszy, że McGregor idzie tropem przestrzelonej, nieudanej roli Tommy'ego Lee Jonesa z "Batman Forever". Zsasz przypomina zaś Bane'a z "Batmana i Robina" – zarówno w tym, że ma zaledwie promil osobowości komiksowego pierwowzoru, jak i w tym, że z jego obecności w filmie niewiele wynika.  

photo.title
 
Niewiele lepiej przędą postacie kobiece, silne głównie siłą mięśni. Tytułowe "Ptaki Nocy" to w zasadzie zbieranina granych na jednej nucie scenariuszowych wydmuszek. Black Canary (Jurnee Smollett-Bell) śpiewa, Huntress (Mary Elizabeth Winstead) strzela z kuszy, Cassandra Cain (Ella Jay Basco) kradnie, Renee Montoya (Rosie Perez) jest policjantką. Za charakterystykę robią tu żarciochy: Huntress jest tak twarda, że aż sztywna, a Montoya to kliszowy mięśniak rodem z kina policyjnego lat 80., tyle że w ciele kobiety. Trochę mało jak na ikoniczne (choć niszowe) bohaterki, każda z bogatą komiksową biografią, tylko czekającą na eksplorację. Trochę mało jak na manifestowaną emancypację. Niestety, za "feminizm" zbyt często robi tu jedynie ścieżka dźwiękowa z "wymownymi" hiciorami, po części zresztą przeklejonymi z innego filmu Warner Bros, "Królowych zbrodni" (piosenki "It’s a Man’s Man’s Man’s World", "Barracuda"). 

Żeby nie było: "Ptaki Nocy" mają ambicję powiedzenia czegoś o agresji wobec kobiet, wpisania się w nurt #MeToo. Jest tu kilka momentów niczym z filmów Tarantino, gdy śmiech ma nam ugrząźć w gardle od konfrontacji z aktem przemocy – w tym wypadku patriarchalnej. Wypada to jednak ciut obłudnie i ciut niesmacznie, bo przemoc jest tu zbyt często celebrowana jako ekranowa wartość-sama-w-sobie.

Zgoda, trudno zarzucać brak smaku filmowi obnoszącemu się z jego brakiem. Dość powiedzieć, że przedmiot, wokół którego kręci się cała intryga, zostaje przez jedną z postaci połknięty i dużo tu zgadywania, którą stroną wróci on na światło dzienne. Ja czuję jednak zgrzyt: ideały równouprawnienia jakoś nie przegryzają się ze środkiem na przeczyszczenie. Jak na postulat empatii za dużo tu samouwielbienia, jak na film o girl power – za dużo zbliżeń na bite, kopane i męczone kobiety. Ale może się mylę i "Ptaki Nocy" to jaskółka jakiejś kolejnej fali feminizmu. Postulat: prawo do dostania w mordę. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 38% uznało tę recenzję za pomocną (242 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie