Recenzja filmu

Resident Evil (2026)
Zach Cregger
Austin Abrams

Las Plagas Parano

Ach, "Resident Evil", mi amor... To zabawne, jak bardzo starasz się celebrować dziedzictwo zachodniego kina rozrywkowego, a sama od lat zmagasz się z problemem znalezienia w nim swojego miejsca.
Ach, "Resident Evil", mi amor... To zabawne, jak bardzo starasz się celebrować dziedzictwo zachodniego kina rozrywkowego, a sama od lat zmagasz się z problemem znalezienia w nim swojego miejsca. Chyba nie muszę wyjaśniać dlaczego. Czy to przez obecność kanonicznych filmów animowanych od samego Capcomu? A może przez to, że ty, serio gier, łączysz w sobie wszystko, co najlepsze w japońskich operach mydlanych i w pstrokatym amerykańskim horrorze? 

"Resident Evil" zajmuje znaczące miejsce w historii interaktywnej rozrywki i to naukowo udowodniony fakt. Nieważne, czy mowa tu o powolnych odsłonach widzianych z perspektywy nieruchomych ujęć, dynamicznych trzecioosobowych strzelankach na szynach (gdzie rolę szyny pełni sam gracz), czy pierwszoosobowym miksie dynamicznego z powolnym. Seria ta wciąż wiedzie prym w dziedzinie survival horroru, czerpiąc garściami z zachodniej, głównie amerykańskiej popkultury.

Zabójcze ptaki, rekiny-ludojady, wieśniaki z piłami mechanicznymi, jeżdżące konno rumuńskie wilkołaki z maczetami... no i zombi, rzecz jasna. Seria Capcomu, mimo ponad 30 lat na karku, jakimś cudem wciąż trzyma się kupy i zachowuje ciągłą linię narracyjną. Tym samym niedawno wydane "Resident Evil Requiem" potwierdza, że w przyszłości wszystko może się zdarzyć... Na przykład nowe filmowe adaptacje, które nie śmierdzą zgniłym jajem. 

Filmy Paula W.S. Andersona, choć wpływowe (laserowy pokój z "Resident Evil 4" nie wziął się znikąd) były topornymi remiksami lepszych filmów od ambitniejszych reżyserów. Z serii-matki zachowało się niewiele poza żywymi trupami i żyjątkami, które doklejono na odwal się, a ich bohaterka była uzbrojona w plot armor tak twardy, że nie pokonałby jej nawet sam Steven Seagal. 
Tymczasem film Johannesa Robertsa ("Witajcie w Raccoon City"), pomimo ambicji i chęci oddania szczerego hołdu grom, rozsypał się po planszy już na etapie produkcji. Jedyne, co zostało, to chaotyczna lista nawiązań do odbębnienia, zanim przyjdzie przysłowiowy Zdzicho i ją zje.


I tu, Panie, Panowie i Pozostali, zjawia się on... Zach Cregger, reżyser "Barbarzyńcy" i "Zniknięć". Kiedyś aktor, dziś autor, z jakiegoś powodu zdecydował się na pracę w kopalni węgla i nakręcenie kolejnej adaptacji. Mimo to podszedł do tematu z jasną wizją, niczym świętej pamięci George A. Romero, który wyreżyserował japońskie reklamy "Resident Evil 2", a potem prosił Capcom o błogosławienie jego (ostatecznie nienakręconej) adaptacji. 

Cregger wielokrotnie podkreślał, że podziwia rytm wprawiające jego ukochaną "czwórkę" w ruch i starał się odtworzyć go na ekranie. No i proszę. Nowy film jest... zaskakująco dobry? Fakt, może to być kwestia śmiesznie nisko zawieszonej poprzeczki, ale... 

Choć "Resident Evil" Zacha Creggera traktuje materiał źródłowy bardzo luźno (do czego wrócę później), to za główny cel obrał sobie oddanie tempa i atmosfery, za którą fani tak bardzo tęsknili. Tak więc jest to przesadzony, groteskowy wodewil juchy i flaków, który często nabiera mniej lub bardziej intencjonalnie komediowego charakteru. Jej opowieść kręci się zaś wokół niejakiego Bryana (Austin Abrams). Jest to ułomny, ale sympatyczny kurierzyna, który pewnej pracowitej nocy zaczyna potykać się o jedną katastrofę po drugiej. 

Choć Bryan to zwykły szarak przypominający Ethana z "Resident Evil 7", to często zachowuje się jak kompletny bubek-głupek. To znaczy, jak niedzielny gracz przeżywający swój pierwszy koszmar przetrwania. Nie dość, że uparty jak osioł, to jeszcze ciekawski do bólu. Próbuje przebić głową tuzin murów, by w końcu skończyć z kuku na czole, klnąc pod nosem jak Joe Pesci w "Kevinie samym w domu". W międzyczasie zmuszony jest toczyć boje z truposzami o smaku pasożytów ze wspomnianego już "Resident Evil 4", zmuszając go do szybkiego zmężnienia. 


Bryan uczy się oszczędzać amunicję, precyzyjnie celować i unikać niepotrzebnych konfliktów z lokalną fauną... na przykład z pająkiem ze zwłok, bajecznie wprawionym w ruch przez akrobatów z Cirque du Soleil. Co ciekawe, wszystkie te sytuacje są kluczowymi mechanizmami fabularnymi. Prowadzą Bryana nie tyle do właściwego celu (tj. aktu 3), co do jego ostatecznego przejęcia kontroli nad panującą anarchią. Uroczo odbija to podobne mechanizmy, do jakich Capcom przyzwyczaił nas m.in. Panem X z rimejku "dwójki".

Film Creggera, podobnie jak gry Capcomu, czerpie z estetyki kina klasy B jak tylko może. Utrzymuje zawrotne 90-minutowe tempo, pamiętając o zostawieniu niezbędnego miejsca na oddech, budowanie napięcia, jak i końcową eksplozję mięsa uderzającego o ścianę. To, co wyróżnia całość na tle zarówno gier, jak i poprzednich prób ich adaptacji, to siła, z jaką cały ten bieg skupia się na komedii sytuacyjnej. Bryan naprzemiennie walczy z otoczeniem, jak i samym sobą. 

Reżyser bawi się też punktem widzenia nas, widowni, i nas, Bryana. Kamera koziołkuje między widokiem zza ramienia, widokiem z pierwszej osoby, a nawet widokiem z punktu widzenia przysłowiowej muchy na ścianie. Wszystko to rzuca to jednoznaczne skojarzenia z "Martwym złem" i "Martwicą mózgu", zwłaszcza gdy skala groteski w pewnym momencie zaczyna przybierać proporcje biblijnej apokalipsy. Wtedy też Creggerowi coraz trudniej znaleźć równowagę między śmichami-chichami a chęcią autentycznego przerażenia widowni. 

Nieszczęsne wybryki Bryana zaczynają się dłużyć, przyćmiewając niebezpieczeństwo, które czyha na jego sadełko. Takie momenty, choć wyraźne, zdarzają się stosunkowo rzadko. Jak widać, nawet komikowi czasem trudno zejść z komizmu. Równie rzadko pojawiają się tu słowa-klucze tłumaczące powód zaistnienia i rozkręcania się całego bałaganu. Policzyć je można na palcach jednej ręki, przy czym ich położenie w narracji jest stosunkowo pretekstowe. 


Na chwilę pisania tej recenzji Creggerowskie "Resident Evil" ma bardzo mieszane przyjęcie wśród ortodoksyjnych fanów serii. Wiele z nich zarzuca Zachowi, jakoby jego scenariusz był pierwotnie oryginalnym pomysłem, a nazwa "Resident Evil" miała na celu zabezpieczenie wysokiego budżetu i przyciągnięcie szerszej widowni. Na poparcie tej tezy przywoływane jest m.in. to, jak wyglądają niektóre żyjątka (czuć tu mocną inspirację "Robalami" i "Towarzystwem"), a także jak Umbrella równie dobrze mogła być jakąś inną firmą, Raccoon City jakimś innym miastem, a wirus T czymś zupełnie innym. 

Podstawowe mechanizmy serii, które rozkręcają tu narrację i stopniowo budują Bryana-protagonistę, w ich oczach są jedynie nawiązaniem nie mniejszym, niż spreje pierwszej pomocy i doniczki z ziołami leżące sobie gdzieś w tle niektórych scen. Szczerze? Dla mnie to bardzo ciekawy dylemat. Czy "Resident Evil" Zacha Creggera to prawdziwa adaptacja? Jakie kryteria spełnia "prawdziwa" adaptacja gry wideo? Co jest ważniejsze? Mechanizm czy obraz? Cel czy celujący? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Dla mnie w "Resident Evil" chodzi przede wszystkim o jego ducha. Zarówno w "jedynce" jak i "czwórce" doświadczałem tego samego uczucia zanurzania się głębiej otaczającego mnie syfu. Planowanie tras i zarządzanie ekwipunkiem było na porządku dziennym, a wszechobecne zagrożenie wymuszało ciągłe improwizowanie. Jak mi coś nagle zębatego wyskoczy... to co mam robić? Walczyć? Uciekać? Przeboleć? Nawet nieszczęsna "szóstka" oferowała podobne dylematy, wykorzystując do tego szeroki wachlarz ruchów i pozycji do gromienia tłumów rozpędzonych truposzy.

Film Creggera budzi we mnie te same odruchy, co moje doświadczenia z grami Capcomu. I moim zdaniem właśnie to pozwala mu uchwycić ich ducha. Pomaga mu też finałowa puenta, która atakuje z zaskoczenia i wieńczy cały film nad wyraz mocno, podkreślając jego samodzielność względem reszty kanonu. 

Fakt, Bryan to nie Leon. Chociaż kto wie? Może gdyby był choć odrobinę szybszy, to udałoby mu się odblokować nieskończoną wyrzutnię rakietową...?
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Resident Evil
W jednym z czasopism komputerowych z lat 90. był kącik, w którym dla żartu przekręcano tytuły popularnych... czytaj więcej