Recenzja filmu

Stracone złudzenia (2021)
Xavier Giannoli
Benjamin Voisin
Cécile De France

9 gwiazdek za 500 franków

W "Straconych złudzeniach" nie ma moralizatorstwa, jest dystans i kpina. Szukajcie raczej podobieństw do ironii "Barry'ego Lyndona" i groteski "Amadeusza". Dworski savoir-vivre na wszystkich ...
Czyste kartki papieru, pióro, atrament pod paznokciami. W głowie strumień myśli: metafory, epitety, alegorie, rymy i natchnienia. Z nich rodzą się pisane do szuflady wiersze. O miłości, o oddaniu, o wrażliwości duszy. Lucjan (Benjamin Voisin), syn aptekarza i pracownik drukarni, ma dwa marzenia. Zostać Wielkim Poetą i zdobyć serce zamężnej arystokratki, Luizy de Bargeton (Cécile De France). Jego wyobraźnia sięga tak daleko, na ile pozwala prowincjonale, robotnicze Angoulême. Niewiele więcej wie, niczego więcej nie widział. Pierwsze pragnienie jest oczywiście naiwne, ale też niespecjalnie groźne. Drugie spowoduje, że przestanie być mile widziany w rodzinnej miejscowości i konieczna będzie zmiana otoczenia. Cel jest oczywisty, cel może być tylko tylko jeden: Paryż.



Reżyser, Xavier Giannoli, nieśpiesznie opowiada o Lucjanie. Zaznacza jego ambicje i potrzeby, wyraża delikatne usposobienie, sygnalizuje idealistyczny światopogląd. Należy być zdeterminowanym, ale uczciwym. Jeśli gdzieś trafi się okazja, to trzeba dać z siebie maksimum. W jeden wieczór wydać wszystkie oszczędności. Niestety francuska stolica okresu Restauracji - centrum politycznych przepychanek, obyczajowej rozpusty i biznesowych rozgrywek - to idealne miejsce, by łamać moralne kręgosłupy.

Lucjan jest wiodącą dramatyczną postacią, ale też przewodnikiem po mieście. Od zadymionych spelunek po komnaty Wersalu. Niespełniony poeta to bezimienny barbarzyńca z peryferii, bez grosza przy duszy, bez znajomości i bez obycia. W trakcie wizyty w operze Luiza przypomina mu, że jeden niestosowany gest, drobny nietakt to towarzyski wyrok śmierci. Lucjan kroczy po polu minowym a Giannoliego interesują i towarzystkie wpadki i egzystencjalne katastrofy. Chłopak szczęśliwie dostaje pracę w brukowej gazetce. Jak nie może zostać artystą, to przynajmniej będzie krytykiem. Dla Lucjana to tymczasowy substytut uczestnictwa w kulturalnym życiu a z czasem, intrantny sposób na wyładowanie frustracji. Gdy przekraczamy progi redakcji „Korsarza”, "Stracone złudzenia" nabierają rubasznego tonu, a twórcy wrzucają trzeci bieg. Wątki zaczynają się mnożyć, postacie drugiego i trzeciego planu mają coraz więcej do powiedzenia, zaś dni stają się za krótkie, by zmieścić w nich życie. Czuły romans ustępuje miejsca karuzeli intryg, piętrowym podstępom i korupcyjnej codzienności. Wyznania miłości przekrzykiwane są przez awantury i zakulisowe knowania. Rozważna i romantyczna zaczyna flirtować z Wilkiem z Wall Street.



O dziennikarskiej etyce nikt w „Korsarzu” nie słyszał. Na pewno jej wyznawcą nie jest naczelny gazety, Étienne (Vincent Lacoste). Jeśli na pierwszych stronach lądują recenzje książek, to krytyczny entuzjazm zależy od ceny, jaką zapłaci wydawca. Jeszcze inną kwestią pozostaje sam język i względność opinii. W jednej z motywujących rozmów Étienne przekonuje Lucjana, że bogata wyobraźnia autora może być brakiem konkretów, kwiecisty styl wodolejstwem, a przez szeroki plan społeczny nie dostajemy wyrazistych psychologicznych portretów. Giannoli na marginesie wplata nośną refleksję o naturze pisania. Sztuka retoryczna to bowiem ślepa uliczka. Nigdy nie wierzcie recenzentom. Jedyną stałą jest szelest franków w kopoercie. To prawda objawiona.

W "Korsarzu" wszystkie plotki - z królewskiego otoczenia, z artystycznej śmietanki towarzyskiej - to żyła złota. Ważne, by pisać i siać zamęt, nakręcać dyskusję i kontrowersje. Z kolei w teatrach znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się przed niż na scenie. Tam, wpływowy manipulator, Singali (Jean-François Stévenin), za odpowiednią kwotę sprawia, że aktorski zespół dostanie owację na stojąco albo obrzucony zostanie pomidorami. Targi dobijane są niemal do momentu zasunięcia kurtyny. Dla prasy i tak wszystko jedno: oba rozwiązania gwarantują rozgłos, domysły i spekulacje. Prominentna stolica europejskiej kultury. Paryż jak się patrzy.



W zderzeniu z rzeczywistością Lucjan rozstaje się ze złudzeniami, ale również się dostosowuje. Jego styl nabiera pikanterii, jego teksty stają się donośne i poczytne. Lucjan de Rubempré to marka. Dobrym słowem zapewnia sukces. Złym pewną plajtę. Rozsypująca się rudera zamienia się w nowobogacki apartament a artystokratyczna elita zaczyna przysyłać zaproszenia na ekskluzywne bankiety. Najpierw przez środowisko zdeptany, później staje się jego główną atrakcją. Przewodnim wątkiem jest walka klas, walka o miejsce w szeregu. Powołując się na szlacheckie nazwisko matki, Lucjan chce u królewskiego sekretarza potwierdzić swoje wyższe pochodzenie. O jego statusie świadczyć ma już nie tylko majątek i popularność, ale również rodowa przeszłość. Paryska arystokracja będzie na jego brawurę patrzyć przychylnie. Oczywiście do czasu. Bezinteresowne gesty nie są walutą wśród lichwiarzy.

Sprzedajni dziennikarze, polityczne stronnictwo ancien régime i republikańska opozycja. Choć polityczne poglądy w "Straconych złudzeniach" to czysta loteria. Rano liberał, wieczorem rojalista. Lucjan wchodzi w romans z każdym, wobec każdego knuje. Gdzieś zdobywa sympatię, gdzie indziej ktoś przygotowuje dla niego stryczek. Przy prawdziwym życiu utrzymają Lucjana dwie osoby. Coralie (Salomé Dewaels), oddana i wierna partnerka. Nie ważne jak bardzo jej ukochany się zadłuży i jak nisko upadnie. W oczyszczonym przez komorników mieszkaniu, przytulając i całując Lucjana, dumnie zwraca się do tragarzy: "tego [miłości] nam nie zabierzecie". Drugim punktem odniesienia jest Nathan (Xavier Dolan), młody pisarz o twardym charakterze, odporny na pokusy czasów, nie wchodzący się w towarzyskie gierki i całkowicie skupiony na literaturze. Nathan pisze naprawdę. Lucjan przepadł w "dziennikarskim" cyrku.

W "Straconych złudzeniach" nie ma moralizatorstwa, jest dystans i kpina. Szukajcie raczej podobieństw do ironii "Barry'ego Lyndona" i groteski "Amadeusza". Dworski savoir-vivre na wszystkich wydaje się ciążyć, przemieniając ludzi w woskowe figury. Pozy, sztuczność i brak tchu. Właściciel wydawnictwa (wyrazisty epizod Gérarda Depardieu) to klaun, nie umiejący ani pisać, ani czytać, przed publikowaniem książek zajęty handlem warzywami. Na oba produkty trzeba przecież tylko znaleźć konsumentów. Redakcyjne biuro to dżungla i dzicz (odurzony winem Lucjan wyobraża tam siebie jako małpę). Kopalnia plotek, fake newsów, zagłębie manipulacji i przekupstwa. O prawdzie decyduje rzut monetą, o faktach fusy w herbacie. Przy całej kostiumowej otoczce i zanurzeniu w epoce "Stracone złudzenia" to przecież opowieść o naszym, równie niepewnym, dzisiaj.
1 10
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
96% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).