Recenzja filmu

W stronę słońca (2007)
Danny Boyle
Chris Evans
Cillian Murphy

Twarzą do Słońca

Słońce umiera. Na Ziemi panują lodowate mrozy i czas ludzkości wydaje się dobiegać końca. Ostatnią szansą na przeżycie naszej rasy jest stworzona z całego ziemskiego materiału radioaktywnego ...
Słońce umiera. Na Ziemi panują lodowate mrozy i czas ludzkości wydaje się dobiegać końca. Ostatnią szansą na przeżycie naszej rasy jest stworzona z całego ziemskiego materiału radioaktywnego bomba, która z powrotem przywróci reakcje termojądrowe na tej największej, życiodajnej gwieździe. Do przeprowadzenia tej najważniejszej w dziejach misji wyselekcjonowana zostaje grupa naukowców, mająca precyzyjnie umieścić ładunek i powrócić do bazy.

Po zapoznaniu się z fabułą trudno było nie mieć wątpliwości, co do powodzenia reżyserskiej misji Dannego Boyle'a. Czyżby twórca kultowego "Trainspotting" wpadł w wielką machinę komercji? Czyżby dołączył do (niepokojąco poszerzającego się) grona reżyserów wypalonych, zaprzedających artystyczne dusze łatwej, szybkiej i kasowej rozrywce? Bądźmy szczerzy - wyprawa ludzi w nieznane otchłanie kosmosu to chyba najbardziej wyeksploatowany temat, jaki pojawił się w kinie. Wystarczy wymienić arcydzieło Stanleya Kubricka ("2001: Odyseja kosmiczna"); wybitne horrory Ridleya Scotta i Jamesa Camerona ("Obcy" i "Obcy: Decydujące starcie"), niezłe ("Dzień zagłady") i totalnie kiczowate ("Armageddon") widowiska science - fiction, by zrozumieć, że wybór takiego tematu oznacza artystyczne samobójstwo. Reżyser spróbował, więc wybrać pośrednią drogę między efektowną historią w apokaliptycznym sosie, a rozważaniami na temat roli człowieka we wszechświecie. Wybór (o dziwo!) nader udany, choć scenariusz w większości składa się z pomysłów z wyżej wymienionych filmów (na szczęście nie wliczając żałosnego patetyzmu "Armageddonu"). Bo zwycięstwo Boyle'a to zwycięstwo inteligentnego wykorzystania owych motywów, omijania banalnych i przesadnie podniosłych gloryfikacji samej wyprawy oraz jej bohaterów. Wystarczy przytoczyć scenę przekazywania wiadomości bliskim na chwilę przed zerwaniem łączności - Capa (Cillian Murphy) nie płacze do kamery, a spokojnie, rzeczowo, choć nie bez emocji, mówi bliskim to, co (zdaje się) powiedziałby każdy człowiek.

Świetnie zarysowano duszną atmosferę panującą na statku kosmicznym, potęgowaną przez zbliżające się widmo śmierci i stopniowo oddalające się "ożywienie" Słońca. Załoga statku nie dzieli się wzajemnie grzecznościami i własną martyrologią, a chłodno i niekiedy brutalnie analizuje i likwiduje swoje słabe punkty. Jednak skrupulatność nie jest wymierną pewnych ludzkich ograniczeń. Błędy, które powodują piętrzące się trudności, spowodowane są przez człowieka - tego samego człowieka, który jeszcze nie tak dawno mianował się samozwańczym królem świata, niezniszczalnym herosem podporządkowującym sobie maszyny i zwierzęta, a który teraz tonie w blasku swej niedoskonałości. Perspektywa wszechświata z jednej strony (swoim pięknem i swoją nieskończonością) wprawia w zadumę, z drugiej natomiast pokazując nam nasze miejsce w swoim układzie. Miejsce ledwo dostrzegalne, odległe i miałkie.

Po zachwycie i refleksji nad pięknem i złożonością układu słonecznego, Boyle wprowadza wątek ukrytego, dziewiątego pasażera statku, który ma odmienne od pozostałych zdanie dotyczące pobudzenia Słońca. W tym momencie zaczyna się rasowy thriller z pogranicza horroru, co bynajmniej nie oznacza ekranowej głupoty czy zmiany kierunku obranego przez reżysera. Co prawda kłania się podobny temat w "Ukrytym wymiarze" Paula W.S. Andersona (uboższy interpretacyjnie, co prawda), jednak twórcom znowu udaje się umiejętnie balansować na granicy klisz filmowych i skutecznie podnieść napięcie, co w połączeniu z bardzo pomysłowymi efektami specjalnymi tworzy emocjonujące kino rozrywkowe z filozoficznymi podtekstami.

Przy użyciu oklepanych schematów udało się stworzyć inteligentną historię przeplatającą strach o losy naszej planety z nieskończonością i tajemniczością kosmosu; rzeczy, zjawiska i zachowania, o których teoretycznie możemy powiedzieć wiele, praktycznie nie wiedząc nic.

Sebastian Pytel
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
60% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (25 głosów).
Twórca kultowego "Trainspotting" Danny Boyle tym razem sięgnął po science fiction odwołujące się do klasyków gatunku. Zamysł miał całkiem ambitny, ale niestety efekt ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 25%
Brytyjski reżyser, Danny Boyle, znany jest z niezwykłej umiejętności nabijania listy kultowych filmów ostatnich lat. Do tego lubi eksperymentować, i to z niezłymi ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 47%