Recenzja filmu

Wesele (2021)
Wojciech Smarzowski
Robert Więckiewicz
Michalina Łabacz

Poprawiny

Poniekąd można nazwać to "Wesele" kinem edukacyjnym. Smarzowski idzie za ciosem Jana Tomasza Grossa i naświetla kartę historii, której wielu wciąż nie chce pamiętać. Twórca nie ma może "rządu ...
Poprawiny
Kto był na jednym weselu, ten był na każdym weselu. "Wesele" rymuje się więc zarówno z "Weselem", jak i z "Weselem". Rok 2021 jest jak rok 2004 jest jak rok 1901: nowy film przypomina stary film, który przypomina jeszcze starszy dramat. Na lewo rytuał polskiej groteski: disco-polo, ojciec panny młodej w opałach, wóda i siekiera. Na prawo spektakl egzorcyzmowanej polskości: pospolitość skrzeczy, widma ojców założycieli krążą, chocholi taniec rusza. Czy to jeszcze Smarzowski czy już Wyspiański? Może to po prostu Polska.

Pod pewnym względem Wojciech Smarzowski kręci wciąż jeden film. Zmieniają się dekoracje, ale scena pozostaje ta sama, a na niej ci sami aktorzy przepracowują tę samą polskość. W efekcie nazwisko reżysera funkcjonuje jak osobny gatunek filmowy. Każdy film Smarzowskiego to po prostu kolejny fraktal Smarzowskości, czyli właśnie polskości. Filmowe perpetuum mobile żywiące się skisłym bigosem i wydalające skisły bigos, w tyleż heroicznej, co nieskutecznej próbie przetrawienia go. Ot, syzyfowa praca: Smarzowski pokazuje nas w krzywym zwierciadle, a że wciąż jesteśmy tacy sami, to i jego kino się nie zmienia. "Wesele" stanowi po prostu kolejne podejście pod górę z kamieniem. Ktoś powie: konsekwencja. Ktoś powie: nuda. Sam jestem – iście po polsku – rozdarty.



Żeby nie było: meta-Smarzowskość tego nowego "Wesela" nie jest przypadkiem. Podwójny rym – tyleż ze starym filmem reżysera, co z dramatem Wyspiańskiego – to żaden ornament ani żadna wada. To temat. Smarzowski ponownie powtarza się, żeby opowiedzieć nam o tym, jak sami się powtarzamy. Akcja rusza więc współcześnie: prowincjonalny przedsiębiorca Ryszard Wilk (Robert Więckiewicz) wyprawia córce Kasi (Michalina Łabacz) wesele. W oparach imprezowego alkoholu budzą się jednak demony przeszłości – wspomnienie ludobójstwa sprzed lat, do którego rękę przyłożyli Polacy.

Polska A.D. 2021 przegląda się zatem w Polsce A.D. 1941 i – niestety – ma wciąż tę samą twarz. Zmiany są tylko kosmetyczne: miejsce Żydów zajęli inni "inni": Ukraińcy i Wietnamczycy, a Niemcy kłują polskie ego nie bagnetem, tylko kapitałem. Bez owijania w bawełnę: Polska w obiektywie Smarzowskiego to chlew, w którym kipi ksenofobia, kołtuństwo, pijaństwo, warcholstwo. Ojciec panny młodej zarządza oczywiście masarnią, a reżyser powtarza metaforę Arta Spiegelmana z "Mausa", pokazując Polaka jako prosiaka. Trochę jako ofiarę w rzeźni historii, a trochę jako świnię, która robi innym świństwa. Raz bohatera, który ukrywa Żydów w stodole, raz oprawcę, który ich w stodole pali.

O ironio, analogię między polskim wczoraj i dziś dostrzega tylko jeden z bohaterów filmu: dziadek panny młodej, emerytowany oficer wojska polskiego Antoni Wilk, który za młodu kochał się w Żydówce. Rolą dzielą się dwaj aktorzy (Ryszard Ronczewski i Mateusz Więcławek), bo Wilk stoi w rozkroku historii, myląc codzienność ze wspomnieniami. Raz widzi kiboli skandujących antysemickie hasła, zaraz wraca pamięcią do czasów, gdy narodowe bojówki przeganiały klientelę żydowskim sklepikarzom. Faulkner pisał, że "przeszłość nie umarła, przeszłość nawet nie przeszła". Smarzowski wbija nam to samo do głów językiem montażu. Już wcześniej – choćby w "Róży" – zwykłe cięcie nie było u niego przecinkiem, tylko wykrzyknikiem. Tak jest i tutaj: Smarzowski tnie, jakby ciął siekierą. Zestawia komedię weselnej popijawy z tragedią pogromu, USG ciążowego brzucha z trupami w dole z wapnem, weselny korowód ze świniami w rzeźni. Ksiądz w 1941 grzmi z ambony przeciwko Żydom, ksiądz w 2021 grzmi z ambony przeciwko "tęczowej zarazie". Siłą rzeczy "Wesele" raczej widzów podzieli niż połączy – dokładnie wzdłuż linii politycznych podziałów.


Poniekąd można nazwać to "Wesele" kinem edukacyjnym. Smarzowski idzie za ciosem Jana Tomasza Grossa i naświetla kartę historii, której wielu wciąż nie chce pamiętać. Twórca nie ma może "rządu dusz", ale ma liczoną w milionach publiczność oraz sugestywny autorski ton. Wie, że jego kino "się obejrzy", więc wykorzystuje okazję, by wstrząsnąć narodem do pamiętania o narodowych grzechach. "Wesele" to film nakręcony z poczucia misji, świadomie "potrzebny" i celowo "mocny". Do pewnego stopnia – skutecznie. Choć na "Smarzola" już zwyczajowo chodzi się, by dać się "przejechać", "Smarzol" wciąż działa. To kino, które nadal imponuje swoją bezbłędnie sfunkcjonalizowaną kompetencją. Potwierdzam: na własne oczy widziałem wytaczających się z kina Atlantic kolejnych widzów ze znacząco niewyraźnymi minami. To te same miny traumatycznego widzowskiego zachwytu, które widziało się po seansach "Róży" czy "Wołynia". Ale tym razem wyczułem też – być może tylko u siebie – wrażenie, które reżyser wzbudził już kiedyś "Drogówką": zmęczenie. Pytanie, czy to zmęczenie Polską czy tylko Smarzowskim.

Owo zmęczenie wynika po części z faktu, że "Wesele" jest filmem hiper- i meta-Smarzowskim, w którym odbija się nie tylko "Wesele", ale też "Róża" czy "Wołyń". Po części zaś – z tego, że Smarzowski zwyczajowo snuje swój przetrącony moralitet, w którym zamiast dobra i zła mamy tylko zło mniejsze i większe. Trudno jednak robić mu zarzut z tego, że piętnuje zbrodnię, zło nazywa złem i w obu wypadkach używa wielkiej litery "Z". Sęk w tym, że w filmie o tym, jak tryby historii miażdżą jednostki, przy okazji tryby fabuły miażdżą bohaterów. A przecież nie zawsze tak u Smarzowskiego było. Nawet w "Klerze" – wbrew tytułowi – za bohatera nie robiła jakaś anonimowa duszpasterska masa, tylko trzech konkretnych ludzi. To nowe "Wesele" mogłoby zaś nazywać się "Polska", bo Smarzowskiemu jakoś nie udaje się wydobyć człowieka z narodu.



Może to kwestia skali. W "Domu złym" mieliśmy jedną chałupę, która robiła za metaforę całego kraju. W "Weselu" nie ma już pars pro toto. Objawia się tu cała nasza historia, łącznie ze smutnymi cosplayerami Norwida, Dmowskiego czy Piłsudskiego, którzy tłoczą się w chocholim tańcu symboli i nie zostawiają wiele miejsca ludziom z krwi i kości. Jasne, jest tu kilku bohaterów, w sensie: protagonistów. Ale jakby nie było bohatera, w sensie: człowieka. Jest tylko weselny dom zły, a w nim marionetki na sznurkach historii. Korowód zmierza zaś donikąd, bez stawki, bo wszystko dokonało się już w przeszłości i można to jedynie przypomnieć i powtórzyć, raz jeszcze.

Raz jeszcze, bo "Wesele" dyskutuje nie tylko z Wyspiańskim i Smarzowskim. O kwestii Jedwabnem – wprost lub na około – opowiadały już inne filmy: "Miejsce urodzenia" Łozińskiego, "Pokłosie" Pasikowskiego, "Ida" Pawlikowskiego, "Z daleka widok jest piękny" Sasnalów. Ja z tego grona cenię najbardziej dokument Pawła Łozińskiego, właśnie przez jego intymne skupienie na rozmowie i człowieku. W tej eliptyczności "Miejsca urodzenia" niektórzy widzą jednak wadę. Argumentują, że pojedynczość dokumentalnej perspektywy buduje wrażenie, jakoby opowiedziane w filmie losy Henryka Grynberga były historyczną anomalią, a nie regułą. Na dodatek jest to film niby "znany i ceniony", ale chyba niezbyt oglądany. Dlatego rozumiem potrzebę, by do akcji wkroczył Smarzowski, który przemówi do mas i walnie prosto z mostu. Przecież w "Weselu" nie ma nawet lukru kina gatunków (jak w "Pokłosiu") ani wazeliny estetycznej nostalgii (jak w "Idzie"). Jest brutalna Smarzowska siekierezada: edukacja filmowym toporem. Chodzi tu o poprawiny, nie tylko w sensie powtórki wesela. Smarzowski chce, byśmy wreszcie przyjęli i przepracowali całe swoje zło. Chce nas – za wszelką cenę – poprawić.
1 10
Moja ocena:
6
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
58% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (443 głosy).
Sposób, w jaki Smarzowski opowiedział o relacjach polsko-żydowskich (oraz polsko-wszelakich) to metodyka znana dzięki pionierskiemu Wyspiańskiemu. Co weźmie z tego ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 69%
Jest więc niby tak samo, ale po 17 latach od premiery pierwszego "Wesela" wygląda na to – przekonuje nas autor – że w tej rozpędzonej, destrukcyjnej machinie, która pędzi ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 67%