Recenzja filmu Złe miejsce (2019)
Frank Sabatella

Szopa horrorów

Kto zna rozmaite "Martwice mózgu" czy inne "Martwe zła", ten wie, że od widzowskich torsji do widzowskich wybuchów śmiechu nie jest wcale tak daleko. Są też oczywiście horrory, których twórcy ...
Filmweb sp. z o.o.
Znacie tę cienką granicę między horrorem a komedią? Czasem twórcy balansują na niej celowo, świadomi, że nie ma nic bardziej absurdalnego niż spektakl wypruwania komuś flaków. Kto zna rozmaite "Martwice mózgu" czy inne "Martwe zła", ten wie, że od widzowskich torsji do widzowskich wybuchów śmiechu nie jest wcale tak daleko. Są też oczywiście horrory, których twórcy flirtują z komedią przypadkowo, kręcąc rzeczy tak niestraszne, że aż zabawne. Śmiech jest wówczas dla publiczności ostatnią deską ratunku: na zasadzie "nie dali nam się pobać, to chociaż się pośmiejemy". No i jest jeszcze prawdziwa kinowa groza: horrory tak nieudane, że nawet nie ma się z czego śmiać. "Złe miejsce" to właśnie jeden z nich.

photo.title

Pomysł jest prosty i sam w sobie całkiem nośny: oto pewien nastolatek odkrywa, że w jego szopie zamieszkał wampir. Krwiopijca potrzebuje schronienia przed światłem słonecznym, więc nie zamierza się wynosić. Chłopak z kolei ma wystarczająco dużo własnych problemów, by rozgłaszać wszem wobec, że przybył mu pewien nadprzyrodzony sublokator. Tak rodzi się dziwne status quo – tyleż fabularne, co gatunkowe. Jest tu przecież szczypta Kina Nowej Przygody: opowieść o chłopcu ukrywającym przed światem Obcego, który zmieni jego życie. Ale jest też niby-realistyczna wizja wampiryzmu jako klątwy, która upadla, zezwierzęca i sprowadza do najbardziej pierwotnych odruchów: ukryj się, zabij, zjedz. Sęk w tym, że jedno z drugim ani trochę się nie klei.

Może by się kleiło, gdyby reżyser Frank Sabatella nie opowiadał swojej historii z kamienną twarzą, nic sobie nie robiąc z piętrzących się truizmów i absurdów. Niestety: twórca obnosi się z ambicją, by opowiedzieć o przepracowywaniu traumy i spiralach przemocy. Główny bohater, Stan (Jay Jay Warren), stracił rodziców, mieszka z dziadkiem-tyranem i żyje w permanentnym strachu przed powrotem do poprawczaka. Z kolei jego najlepszy kumpel, Dommer (Cody Kostro), dzień w dzień musi znosić represje ze strony licealnych osiłków. Spotkanie z zamkniętym w szopie krwiopijcą stanie się więc okazją do rozwiązania ich problemów: pozwoli uwolnić się od złego dziadka, odzyskać utraconą miłość i stawić czoła typkom ze szkolnego korytarza. Sabatella nie stara się jednak za bardzo, by jedno wynikało z drugiego. Do celu pędzi zbyt na serio i zbyt na skróty, prosto przez mieliznę treściowych banałów i fabularnego lenistwa. Zupełnie jakby chciał zrównać wszystko do parteru – tam, gdzie uplasował się jego budżet.

photo.title   photo.title   photo.title

A przecież nie ma takiego drętwego aktorstwa i takich niespecjalnych efektów specjalnych, których nie potrafiłaby ocalić sprawna reżyserska ręka. Kino to zwykły trik retoryczny: autor musi po prostu zgrabnie rozegrać swoje karty przeciwko oczekiwaniom widza. Sabatella jednak nic nie rozgrywa zgrabnie. Papierowe postacie i czarno-białe opozycje nijak mają się do próby wzięcia na poważnie obyczajowego zaplecza. Wampir, który ma być tak bardzo "życiowy", realizuje tymczasem większość wampirzych klisz, może z wyjątkiem rumuńskiego akcentu i pogardy dla czosnku. Scenariusz jest zaś plątaniną tragicznie niewiarygodnych zbiegów okoliczności i rażąco nieumotywowanych zachowań – począwszy od tych wyjściowych: że wampir zostaje w szopie, a Stan tego nie ujawnia. Jeśli fabularny domek z kart ma tak wątpliwy fundament, ocalić może go jedynie autorski dystans, oddech, mrugnięcie okiem. W złych filmowych miejscach nie ma się ich jednak co spodziewać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (26 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię