Eskapizm stosowany

Można oczywiście zastanawiać się, co wyjdzie z połączenia sił LEVEL-5 i Studio Ghibli, ale nie można mieć wątpliwości, że będzie to dobre. "Ni no Kuni: Wrath of the White Witch" – gra, która już ...
"Ni no Kuni: Wrath of the White Witch" - przeczytaj naszą recenzję
Można oczywiście zastanawiać się, co wyjdzie z połączenia sił LEVEL-5 i Studio Ghibli, ale nie można mieć wątpliwości, że będzie to dobre. "Ni no Kuni: Wrath of the White Witch" – gra, która już ponad rok temu podbiła japoński rynek – to właśnie efekt współpracy tych dwóch deweloperów. Teraz i Zachód doczekał się swojej lokalizacji, dzięki czemu możemy udać się w nostalgiczną podróż. Gwarantuję, że przypomni nam ona, jak spektakularne może być japońskie RPG.



Już tytuł gry – "Ni no Kuni" – mówi o drugim świecie, który przyjdzie nam zwiedzać. Przygoda zaczyna się w zwykłym miasteczku Motorville, a nasz bohater to chłopiec o imieniu Oliver. Gdy ten opłakuje śmierć matki, która zginęła w nieszczęśliwym wypadku, jego łzy ożywiają podarowanego mu niegdyś pluszaka. Drippy, bo tak ma na imię tchnięta życiem zabawka, to wróżka (choć rodzaju męskiego), która opowiada naszemu bohaterowi o istnieniu równoległego świata. W nim to Olivier może odnaleźć osobę, która jest odpowiednikiem Allie, czyli jego matki. Gdy uratuje tę magiczną stronę, naprawi też rzeczywistość, w której stracił rodzicielkę. Nasz bohater, skuszony perspektywą naprawienia wydarzeń, których był zresztą przyczyną, wyrusza na przygodę, która nam – graczom – zajmie bez mała około stu godzin.



Dalszych szczegółów fabuły zdradzać nie zamierzam. Nie dlatego, że mogę zepsuć komuś zabawę, ale raczej dlatego, że takie przygody powinno przeżywać się z czystą głową. Historia opowiedziana w "Ni no Kuni" osadzona jest w starych baśniowych archetypach. Mamy i złą królową (w angielskim podtytule pojawia się dość jasne nawiązanie do twórczości C.S. Lewisa), i mrocznego dżinna Shadara. Pojawią się stopniowo i przyjaciele, z którymi wspólnie staniemy naprzeciw złu. Sam koncept owego zła jest zresztą rozwiązany wręcz fantastycznie. Nie opiera się bowiem na prostackiej przemocy, ale idealnie wpasowującym się w klimat całej opowieści motywie złamanych serc. Ten jest zresztą żywcem wyjęty z filozofii buddyjskiej.



Nierzadko napotkamy postacie, które w jakiś sposób są niepełne. Ich "złamane serca", skutki mrocznej magii Shadara, to brak równowagi. Ludzie ci (czy ich zwierzęce odpowiedniki) poddają się różnym emocjom i namiętnościom – strachowi, żądzy i tak dalej. Olivier, który w równoległym świecie jest czarodziejem, posiada moc zabierania "naddatku" danej cechy i przenoszenia jej w serce innej osoby. Dzięki temu zostaje przywrócona statyczna równowaga, tak charakterystyczna dla filozofii Wschodu.



Oczywiście to tylko maleńki procent, jeden z licznych świetnych pomysłów, które – niczym puzzle – formują spójną i przepiękną opowieść o dorastaniu, przyjaźni i więzach, jakie tworzą ludzie. "Ni no Kuni" ma tę unikalną w świecie gier cechę, którą jest wywoływanie silnych emocji (i nie mam tu na myśli tylko bluzgów pod adresem jakiegoś bossa). Kiedy ma bawić, wybuchamy śmiechem, gdy wzruszać – niejednemu graczowi o gołębim sercu coś tam w środku pęknie. Ba, i sam Shadar, gdy wkracza do akcji, wywołuje słuszne dreszcze niepokoju. Coś wspaniałego. To druga obok "The Walking Dead" gra, która tak umiejętnie porusza struny naszej wrażliwości.



Jeszcze dwie rzeczy świadczą wydatnie o wielkości "Ni no Kuni". Pierwsza to nostalgiczny rys. Każdy, kto pamięta stare jRPG w stylu "Chrono Trigger", znajdzie się tu od razu. Mamy drużynę, umiejętności, liczne walki na ślicznie narysowanej mapie świata, ogromny teren gry, długą i bogatą w szczegóły rozgrywkę, słowem – nudzić się nie sposób. Smaczku dodaje jeszcze to, że nasi bohaterowie korzystają z chowańców. Skojarzenie z Pokemonami jest tu zasadne, gdyż owych podopiecznych są cztery setki, a każdego możemy trenować, ewoluować, ba!, nawet karmić odpowiednimi smakołykami, by podnieść statystyki. Miłym dodatkiem jest to, że "Ni no Kuni" nie zmusza nas do tzw. grindu. Jedyna rzecz, która może zmęczyć podczas grania w jRPG, to powtarzanie takich samych walk tylko po to, by podnieść poziom doświadczenia protagonistów. W "Ni no Kuni" tego nie ma. Możemy tak na dobrą sprawę ukończyć całą przygodę bez zbytniego zbaczania z głównej trasy.



Kwestię potencjalnej komplikacji ratuje gładkie odkrywanie kolejnych cech gry, niejako po drodze głównego wątku. Nie dostajemy od razu wszystkiego, czego najlepszym przykładem jest kocioł alchemiczny, do którego dotarłem po około piętnastu godzinach ciągłego grania. Oczywiście można wiele rzeczy robić na szybko, ale gwarantuję wam – wystarczy jedna przebieżka po mapie któregokolwiek z regionów, żebyście stwierdzili, że tę grę smakuje się spokojnie i powoli.

Ostatnia rzecz, która uzupełnia idealny obraz "Ni no Kuni", to właśnie oprawa techniczna. Za animacją stoi właśnie Studio Ghibli, które kojarzy się z nazwiskiem jego założyciela – Hayao Miyazakiego. Kto widział "Księżniczkę Mononoke", "W krainie bogów" czy "Ruchomy zamek Hauru", od razu zrozumie zachwyty nad grą LEVEL-5. Grafika jest w niej po prostu przepiękna. Już pierwszy obszar, czyli wzgórza i równiny, przetykane cieniami pędzących po niebie chmur, zapiera dech w piersiach. Walki, animacje i wreszcie cut-scenki rysowane przez animatorów Studio Ghibli to istny majstersztyk.



Ścieżka dźwiękowa skomponowana została przez współpracującego od lat ze Studio Ghibli Joe Hisaishiego. Wszystkie utwory zresztą wykonane zostały przez Tokijską Orkiestrę Filharmoniczną. W tym przypadku pompatyczne nazewnictwo jest jak najbardziej na miejscu, gdyż każdy utwór, który przygrywa nam podczas "Ni no Kuni", to fantastyczna kompozycja do słuchania nie tylko podczas walk z Shadarem.

Osobna sprawa to voice-acting. W grze dostępne są dwie wersje głosów – japońska i angielska. Szczerze mówiąc, to chyba pierwszy przypadek, kiedy bardziej grała mi ta strawna dla zachodniego ucha. Z reguły to japońskie głosy są znacznie lepsze. "Ni no Kuni" staje jednak w poprzek tradycji, choćby ze względu na fenomenalny wyspiarski akcent Drippy'ego czy znacznie bardziej demoniczne niż w oryginale pomruki Shadara. Warto sprawdzić obie, ale zachęcam (nawet japonofili) do posłuchania aktorów mówiących do nas w języku angielskim.



"Ni no Kuni: Wrath of the White Witch" to gra, która może napotkać jeden tylko problem. Jest nim pewna bariera. I nie chodzi nawet o wstręt do japońskiej animacji. Nie każdy ma ochotę spędzić przy jednym tytule kilkadziesiąt (jeśli nie kilkaset, gdyby chcieć zrobić wszystko) godzin. Ale zaręczam, warto. Choć to pretendent do statuetki za gry niedoceniane, szkoda byłoby ominąć taki tytuł.
1 10
Moja ocena:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
67% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Udostępnij: