Rok 2026 zapisze się wśród fanów uniwersum "Yellowstone" jako okres pełen obfitości, bo Taylor Sheridan wyciska ze swojej najsłynniejszej marki ostatnie soki. Co tydzień możemy śledzić kolejne odcinki serialu "Marshals: Historia z Yellowstone", za rogiem czeka już "Ranczo Duttonów" (premiera w maju), a obecnie trwa także emisja "Madison". W ostatnim tytule nie pojawiają się bohaterowie znani z serialu z Kevinem Costnerem; jego oficjalny status również co chwilę się zmienia (serial zaczynał jako spin-off "Yellowstone" pod tytułem "2024", by po starcie machiny promocyjnej odciąć się od uniwersum Sheridana i stać się samodzielną produkcją). Niezależnie od ostatecznych ustaleń, pod względem klimatu i poruszanej tematyki zdecydowanie bliżej mu do "Yellowstone" niż "Marshals", który zmienił formułę serialu i został wyprodukowany przez inną stację.
"Madison" skupia się na trzech pokoleniach rodziny Clayburnów, która w wyniku nagłych okoliczności zostawia chaos Nowego Jorku i przeprowadza się do Montany. Spokojne wiejskie życie to szansa na nowy początek, przepracowanie osobistych problemów i pogodzenie się z rzeczywistością, która w jednej chwili stała się znacznie bardziej nieprzyjazna. Główne skrzypce gra Stacy (Michelle Pfeiffer), zamożna kobieta, która wśród natury i z dala od luksusowego życia nieoczekiwanie odnajduje ukojenie po tragicznej stracie. Czy pozostali członkowie rodziny również zakochają się w przepięknych krajobrazach Montany?
"Madison" to Sheridan w nieco innym wydaniu niż ten, którego znamy z jego pozostałych seriali – bardziej intymny, melancholijny, skupiony. Zamiast akcji i romansowania z wątkami kryminalnymi mamy tu niespieszne tempo, kontemplację i szukanie nowego miejsca w świecie, który nagle staje się pusty. To ładna i wzruszająca opowieść o pracy żałoby i kojącej potędze natury, która nastawiona jest na eksplorację relacji między bohaterami i ich wewnętrznych przeżyć. Klasyczne "dzianie się" jest tu drugorzędne, choć twórcy potrafią rozładować napięcie nieoczekiwanie slapstickowym humorem (jak wątek dzikich lokatorów z wychodka z odcinka drugiego). Choć "Madison" zupełnie inaczej rozkłada dramaturgiczne akcenty, to podobnie jak "Yellowstone" skupia się na wielopokoleniowej rodzinie i przywiązaniu do ziemi, a równorzędnym bohaterem produkcji jest majestatyczna natura, która twórcy portretują z niemal nabożną czcią.
Realizując kolejne seriale, Sheridan ma na uwadze, że ich obsada musi być nietuzinkowa. W końcu w swoim największym hicie obsadził Kevina Costnera, więc inne główne role muszą być równie charyzmatyczne. Udało się to z Samem Elliotem ("1883") oraz Harrisonem Fordem i Helen Mirren ("1923"). Pod tym względem "Madison" nie zostaje w tyle, mając świetną Michelle Pfeiffer oraz Kurta Russella, którzy na ekranie tworzą idealne małżeństwo. Śmiem twierdzić, że to najlepsza rola aktorki od wielu lat, bo wreszcie dostała okazję do stworzenia wielowymiarowej postaci, której motywacje w pełni rozumiemy, a jej ból, smutek i zagubienie są ukazane wiarygodne i szczegółowo. To bohaterka, której równie mocno kibicujemy, co współczujemy, i choć jej tragedia może rozdzierać serce, to równocześnie jej postawa – zwłaszcza w zestawieniu z resztą rodziny – zwyczajnie budzi szacunek.
Na drugim planie nie ma tak silnych kreacji – być może również dlatego, że część postaci świadomie została ukazana bardzo stereotypowo, co ma na celu podkreślenie nietypowych warunków, w jakich nagle przyszło im się znaleźć. I choć niekiedy ich nieprzystosowanie i rozpieszczenie miejskim życiem stanowi źródło humoru, to często jest pociągnięte tak grubą kreską, że zaczyna irytować (Elle Chapman, wcielająca się w młodszą córkę Stacy, to podobny typ postaci do tej, którą Michelle Randolph gra w "Landman: Negocjatorze"). Problem ten widoczny jest również w budowie świata przedstawionego, gdzie sielska Montana jest nieskazitelną krainą pełną życzliwych i pomocnych ludzi, zaś Nowy Jork jawi się jako przedsionek piekła zamieszkany przez złodziei i bandytów, gdzie strach chodzić po ulicy nawet w świetle dnia. Zderzenie odmiennego charakteru obu miejsc ma jasną funkcję fabularną, ale zostało też ukazane w przejaskrawiony sposób, co odziera ten zamysł z siły i może powodować wywracanie oczami.
"Madison" liczy sześć odcinków i jak na historię, która jest tak mało konkretna i stosunkowo nieszczelnie wypełniona wydarzeniami, jest to idealny format. Całość toczy się niespiesznym tempem, a seans rozświetlają drobne, pozornie nieznaczące sceny, w których rodzina mimo różnic znajduje wspólny język i wzmacnia wzajemne więzi. Mocna rola Michelle Pfeiffer, pochwała prostego życia, które pozwala na złapanie chwili oddechu w codziennej pogodni, a także niesamowite krajobrazy Montany w połączeniu ze smutną, klimatyczną muzyką to atuty serii, która okazała się największą premierą w karierze twórcy "Tulsa King" (8 milionów wyświetleń w ciągu pierwszych 10 dni na platformie Paramount+). Mimo podobieństw, to nie drugie "Yellowstone", ale z pewnością serial jest wart czasu, o ile zaakceptuje się jego odmienną konwencję. Sheridanowi udało się stworzyć projekt odświeżający (ze względu na przynależność gatunkową i inny typ bohaterki, niż te, do których nas przyzwyczaił), gdzie jednocześnie dobrze widoczna jest jego autorska sygnatura. To miła odmiana po ostatnich sezonach innych produkcji podpisanych jego nazwiskiem, które coraz częściej zdają się robione na autopilocie.