Felieton

Łap Gołębia!

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/%C5%81ap+Go%C5%82%C4%99bia-83570
Bohaterowie kreskówek ganianych – tacy jak Wiley E. Coyote czy kocur imieniem Tom – są najczystszym popkulturowym destylatem mitu Syzyfa. Ich wiecznie niedoszłe ofiary kpią z nich niemiłosiernie: Struś Pędziwiatr pokazuje złośliwie język Kojotowi, a mysi burżuj Jerry śmieje się do rozpuku z niepowodzeń Toma. Jest jednak jeden kreskówkowy bohater, który stopniem enigmatyczności (jak i nieuchwytności) dorównuje białemu wielorybowi z "Moby Dicka". Jest nim Gołąb z serialu studia Hanna-Barbera pt. "Wredniak i Bałwan w swych latających maszynach".

Podobnie jak waleń z powieści Melville'a znalazł swego upartego prześladowcę w osobie kapitana Ahaba, tak Gołąb (noszący w oryginale patriotyczne imię Yankee Doodle Pigeon i wymalowany tylko trzema barwami pożyczonymi z flagi amerykańskiej), ma swego Dicka Wredniaka. Dowodzona przez tego ostatniego Eskadra Patałachów – jak nazwał ją tłumacz kultowych kaset VHS z kreskówkami HB, wydanych w Polsce na przełomie lat 80. i 90. – ma tylko jedno zadanie, wyśpiewane aż piętnaście razy pod czołówką i sprowadzające się do łopatologicznego nakazu: "Łap Gołębia!". Stop that Pigeon…!

Urok tego serialu polega na totalnym uproszczeniu punktu wyjściowego, a zarazem pozbawieniu go tradycyjnych pobudek w postaci – na przykład – kociej chrapki na mysie lub kanarkowe mięso. O motywacji Wredniaka i jego Patałachów wiemy tyle tylko, że muszą złapać Gołębia na rozkaz Generała, który nigdy nie pojawia się na ekranie, ale dzwoni co odcinek, wypluwając przez słuchawkę stek amorficznych inwektyw przypominających psie ujadanie. Generał jest uosobieniem władzy symbolicznej: obecnej i nieobecnej jednocześnie, zdolnej w krytycznych momentach do nagłej, choć częściowej tylko materializacji (od czasu do czasu łapa Generała wyłania się ze słuchawki telefonu, by poddusić Wredniaka bądź też palnąć go w łeb). W każdym odcinku – rzecz jasna – nasi (anty)bohaterowie ponoszą sromotną klęskę, mimo że nie wymaga ona żadnego sprytu ze strony Gołębia. Jako się rzekło: banda Syzyfów.

Można jednak zapytać: generał… ale jakiej armii? Dla kogo przeznaczone są "ważne wiadomości", które wedle słów narratora pędzący przed siebie Gołąb chce koniecznie dostarczyć…? Jakiej narodowości są Wredniak i jego kompania…? Samoloty, którymi latają, wskazują, że główny rysownik serialu – Jerry Eisenberg – inspirację czerpał z modeli z czasów pierwszej wojny światowej. Spryt całości polega jednak właśnie na tym, że na wszystkie powyższe pytania nigdy nie zostaje udzielona odpowiedź. Dick i Patałachy poruszają się w spiralnym bezczasie; ukryta istota ich misji polega na niemożności jej dopełnienia.

 

Podwładni Wredniaka to wiecznie trzęsący się ze strachu, chowający głowę w kołnierz żółtego sztormiaka arcytchórz Kretino, korpulentny wynalazca coraz to nowych latających maszyn Tępak oraz krępy kundel imieniem Bałwan: poruszający się na dwóch łapach miniaturowy zakapior, wpadający raz po raz w paroksyzm śmiechu graniczącego ze złowieszczym rzężeniem. Bałwan to ostateczne wcielenie bezwstydnego serwilisty: jedyne, czego pragnie, to kolejne medale przyznawane (ale i odbierane) mu przez Wredniaka. Nocami Bałwan śni o władzy i chwale (w cyklicznym segmencie pt. "Bałwan Wspaniały"), a za dnia to obcałowuje Dicka w akcie lizusostwa, to mruczy pod nosem długie ciągi złorzeczeń, z których tradycyjnie tylko ostatnie słowo daje się zrozumieć.

Jak sam tytuł wskazuje, równie ważne jak bohaterowie są w tym serialu latające maszyny (nie na darmo nawiązywali twórcy do tytułu popularnej komedii awiacyjnej Kena Hughesa z 1965 roku!). Tępak – inżynier eskadry, wspomagany niewyczerpaną wyobraźnią przywołanego już Eisenberga – co rusz projektuje i kleci nowy szalony model, objaśniając jego działanie serią zająknięć i gwizdów, które Kretino za każdym razem musi tłumaczyć Dickowi na mowę potoczną. Maszyny te nie mają nic wspólnego z prawami aerodynamiki – im bardziej są absurdalne, tym lepiej. Mamy więc latającą skrzynkę na listy, zegar z kukułką, trzepaczkę do jajek, a nawet swoistą hybrydę sześciopłatowca z wanną i łodzią podwodną jednocześnie. Jako że kreskówki Hanny-Barbery powstawały zwyczajowo za możliwie jak najmniejszą kasę, wszystkie te obłąkane wehikuły mkną po bezchmurnym niebie, na którym znać wyraźne pociągnięcia pędzlem i które przemieszcza się za postaciami z hipnotyczną powtarzalnością korby puszczonej w ruch. Pod względem wizualnym świat "Dicka Wredniaka…" jest tak radykalnie dwuwymiarowy i uproszczony, że całość serialu zdaje się rozgrywać nie na ekranie telewizora, ale w otwartym i podświetlonym od środka bloku rysunkowym, jaki wszyscy nosiliśmy kiedyś w tornistrach.

 

Pierwsza emisja serii – niesłychanie krótkiej, bo składającej się z 17 zaledwie strukturalnie identycznych odcinków – nastąpiła między wrześniem 1969 a styczniem 1970 roku w stacji CBS. Trudno orzec, czy owa nienazwana i nie dająca się wygrać wojna – dowodzona przez niewidzialnego generała i absurdalna w swej ideowej pustce – kojarzyła się ówczesnym kontrkulturowo nastawionym widzom z Wietnamem. Jeśli tak, to decyzja o porzuceniu wyjściowego konceptu, w którym Wredniak był niemieckim baronem, a czas akcji był jasno określony na pierwszą wojnę światową, nosiła znamiona natchnionego zeitgeistem geniuszu.

W 1969 roku Wredniak i Bałwan byli już znani z przeładowanego postaciami hitu Hanny-Barbery pt. "Szalone wyścigi", ale dopiero w "Latających maszynach…" udało się w pełni wygrać ich prześmieszną, sadomasochistyczną relację pana i niewolnika. Dodatkowym osiągnięciem serialu było wykorzystanie zdumiewających talentów wokalnych legendy dubbingu Dona Messicka, który podkładał wszystkie głosy oprócz należących do Wredniaka i Generała – ich ożywił Paul Winchell (Messick naśladował nawet odgłos trąbki, w którą od czasu do czasu dął nieuchwytny Gołąb, a także wkraczał w pozawerbalną stratosferę, ilekroć wcielał się w rozgwizdanego Tępaka). Serial okazał się niezwykle popularny, a firma Kellogg’s wypuściła nawet serię płatków śniadaniowych z modelami samolotów. Do dziś po fanowskich wyprzedażach krążą gumowe figurki Bałwana, które – naciskane kciukiem z odpowiednim natężeniem i we właściwej częstotliwości – mają wydawać ponoć dokładnie ten sam suchy rechot, z którego słynął psi cwaniak-awiator.

Jedyną postacią całkowicie niemą pozostaje w serialu Yankee Doodle Pigeon. Mknie przez akwarelowe przestworza, nie zważając na niebezpieczeństwo, a jego dziób układa się w słoneczny, może nawet nieco głupkowaty uśmieszek. Jest idealnym amalgamatem determinacji i bezmyślności, a ukrytym założeniem serialu jest to, że sama obecność białego ptaka uruchamia autodestrukcyjne feerie w wykonaniu Eskadry Patałachów. Im dłużej się ów serial ogląda, tym silniej dochodzi do głosu podskórna wątpliwość: czy torba Gołębia rzeczywiście zawiera jakieś ważne wiadomości…? A może jest zupełnie pusta…?


Odpowiedź na to pytanie pada nie wprost w niezwykłym otwarciu odcinka pt. "Fly By Knights" (nadanego po raz pierwszy 1 listopada 1969), w którym Gołąb nagłym potrząśnięciem główki zaprzecza rutynowym słowom narratora o ważnej misji, jaką posłaniec rzekomo ma wypełnić. Narrator jest zaszokowany: "W takim razie dlaczego mkniesz jak wiatr, dzielny ptaku…?", na co Gołąb unosi skrzydło i wskazuje na rozpędzoną w kolejnej pogoni Eskadrę Patałachów. Žižek powiedziałby zapewne, że racją bytu obiektu pragnienia jest tylko to, by pragnienie to nigdy nie ustawało. Wszyscy łapiemy gołębia, on wciąż wymyka się nam w ostatniej chwili, a puentą jest zawsze złośliwy chichot Bałwana.