Artykuł

KovacsTube

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/KovacsTube-80922
Najlepsi komicy to ci, którzy nie mogą – a przynajmniej nie powinni – służyć za wzorce osobowe, ale tak się składa, że mój ulubiony komik telewizyjny wszech czasów jest zarazem tym, którego osobowość chciałbym wygrać na reinkarnacyjnej loterii w jej następnej rundzie.

Ernie Kovacs, bo o nim mowa, był Amerykaninem węgierskiego pochodzenia (wąsatym Madziarem jak z reklamy salami), który zrewolucjonizował telewizję, komedię i kulturę masową jednocześnie. Jego tragiczna śmierć (był tuż po czterdziestce) w wypadku samochodowym w 1962 roku wyprzedziła powszechne uznanie i awans do amerykańskiego pop-kanonu; najwyższy czas, byśmy poznali go także nad Wisłą.

Przez lata o Kovacsu można było sobie co najwyżej poczytać, ale ostatnimi czasy mnóstwo go na YouTubie. Najlepsze cymesy pozostają jednak chronione przed darmowym upowszechnieniem i zostały wydane w kwietniu 2011 roku w Stanach jako zestaw sześciu DVD zatytułowany "The Ernie Kovacs Collection" (dostępny na Amazonie). Ten z dawien dawna wyczekiwany box umożliwia rzecz bezprecedensową: trzynastogodzinne zanurzenie w najprawdziwszy (jak zwał go sam komik) Kovacsland, które – nawet jeśli rozbite na wiele dni oglądania – stanowi mentalny ekwiwalent podróży narkotykowej do prawdziwie odmiennego stanu świadomości.

Krytyk J. Hoberman dokonał kanonizacji Kovacsa w słynnym eseju z 1982 roku, nie tylko określając go (wraz z Frankiem Tashlinem) jako "najbardziej pomysłowego w swej czystej filmowości komika amerykańskiego od czasu [Bustera] Keatona", ale na dodatek uznając go za jednego z czołowych przedstawicieli "wulgarnego modernizmu" – ubogiego, ale dziko żywotnego kuzyna modernizmu literackiego, wyrastającego z kultury popularnej i wywracającego ją na opak jednocześnie.

Osiągnięcie Kovacsa ma swe korzenie w rewolucyjnym podejściu do samego medium telewizyjnego: zamiast traktować studio na modłę sceny teatralnej, z nienaruszalną "czwartą ścianą" oddzielającą wykonawców od widzów, Ernie z pasją burzył iluzję scenograficzną i przestrzenną. Ganiał za kamerami, zmuszał operatorów do zaburzania ostrości obrazu, wciągał w kadr "zakazaną" aparaturę techniczną, która nagle stawała się dlań skarbnicą rekwizytów (najwięcej frajdy dostarczały ruchome mikrofony i wysięgniki). Ćwierć wieku przed szalonymi wybrykami spod znaku "Saturday Night Live" Kovacs posuwał się tak daleko w swych eksperymentach, że nie było niczym niezwykłym, kiedy w jednym z programów wyemitowanych w 1951 roku otworzył drzwi studia prowadzące na korytarz i zaczął spokojnie oddalać się w głąb, tak jakby właśnie zrezygnował z dalszej konferansjerki.


Zgodnie z hołdem, jaki pod adresem Kovacsa wygłosił swego czasu jeden z geniuszy wczesnego "SNL", czyli Chevy Chase, osiągnięcie Erniego polegało na uczynieniu samego fenomenu telewizji zabawnym. On pierwszy nabijał się z tele-medium, które wykorzystywał i które większość z nas do dziś traktuje jako rodzaj neutralnego kranu, dostarczającego do naszych domów rozrywkę, informację i "prawdę". W swym najbardziej autotematycznym gagu Ernie sam zmieniał się w odbiornik telewizyjny, z rzędem obrotowych gałek na klatce piersiowej, którymi własnoręcznie kręcił (jednocześnie wykoślawiając twarz we wszystkich kierunkach, parodiując czynność dostrajania obrazu do pożądanej przez odbiorcę jakości).

Wszystkie zabiegi formalne Kovacsa (a należy do nich doliczyć nagminne odwracanie obrazu do góry nogami i dziesiątki innych efektów wizualnych i dźwiękowych, które dopracowywał całymi dniami), służyły jednej strategii: przekształceniu studia telewizyjnego – a tym samym living roomu każdego widza z osobna – w rodzaj wielkiej, współdzielonej z publicznością piaskownicy. Wszystko, co dostawało się pod palce Kovacsa, mogło stać się rekwizytem; każde kolejne słowo miało szansę posłużyć za pretekst do komicznej dygresji. Ukrytym tematem audycji stał się autentyczny ekscentryzm prowadzącego, będącego alchemikiem i majsterklepką w jednej osobie, potrafiącym zrobić coś z niczego jak Adam Słodowy, bądź też zamienić coś w nic, jak w parodii programu kulinarnego, w której Ernie zaczyna siarczyście policzkować główkę kapusty, póki nie zostają z niej rozrzucone na wszystkie strony strzępki zmaltretowanych liści.

Pomysłowość Kovacsa nie znała granic: poza odcinkowymi skeczami w rodzaju swojsko brzmiącego cyklu "The Kapusta Kid in Outer Space", audycje Erniego obfitowały w parodie reklam, pastisze filmów mainstreamowych, a także abstrakcyjne interludia, których nie powstydziłaby się najtwardsza kinowa awangarda. Na początku lat sześćdziesiątych twórczość Kovacsa weszła w fazę manierystyczną, kiedy komik wyprodukował serię programów dla stacji ABC. Nie da się ich określić inaczej niż jako czyste, skroplone w postaci kineskopowego srebra wariactwo. Półgodzinna audycja zawierała nawet kilkadziesiąt skeczy, z których niektóre trwały po 2-3 sekundy (np. Ernie piłuje gałąź, na której siedzi – nagle drzewo pada, a gałąź i Ernie zostają zawieszeni w powietrzu). Kovacs nawlekał te miniatury jak paciorki na absurdalny sznurek dźwiękowy w postaci powtarzanej z programu na program ballady "Mack the Knife" z "Opery za trzy grosze" (wizualizowanej jako drgający wykres częstotliwości), tudzież ilustrował swe wygłupy polskimi płytami winylowymi, w tym nadwiślańską wersją "Mony Lisy" Nata Kinga Cole’a. W miarę, jak polski wokalista opiewał uśmiech tytułowej bohaterki, Kovacs ukazywał kąpiącą się piękność, która w jednej z odsłon wrzuca do wanny zapałkę, tak że unosząca się na lustrze wody mydlana piana zaczyna płonąć.


W przeciwieństwie do Jerry’ego Lewisa (z którym przez pewien okres dzielił czas ekranowy w ramach jednej audycji), Kovacs nie polega w swej sztuce na gwałtownej regresji do zachowań infantylnych. Inaczej niż Steve Martin (największy komik ery po-Kovacsowej), nie próbuje zaskakiwać ekscentryzmem własnego zachowania, tylko prezentuje go widowni jako najnaturalniejszą rzecz na świecie. W istocie, w programach Kovacsa prawie nie ma dowcipów jako takich (z podbudową i puentą); polegają one bardziej na przeciągnięciu widza na drugą stronę tele-lustra, gdzie króluje niepodzielnie sam Ernie ("Jaki Ernie…?" – pytał głos komentatora w jego pierwszych audycjach, niejako duplikując mechanizm powolnego wrastania trudnego węgierskiego nazwiska w świadomość amerykańskich telewidzów).

Geniusz Kovacsa tkwił w gwałtownym, surrealistycznym z ducha zestawianiu elementów skrajnych – okrucieństwa i niewinności, wirtuozerii i partactwa, a przede wszystkim: kultury wysokiej i niskiej. Nie krępował się traktować szacownych artefaktów jako komediowych rekwizytów: w jednym z programów otwiera gigantyczny egzemplarz "Wojny i pokoju" na stronie pierwszej i słyszy kanonadę, więc szybko przerzuca się na stronę ostatnią, z której wylatuje żywy biały gołąb (nota bene, w tymże skeczu ze stron "Damy kameliowej" Dumasa dobywa się gruźlicze rzężenie). Najbardziej emblematycznym skeczem w historii jego audycji jest bodaj (wielokrotnie przywoływana) suita z "Jeziora łabędziego" Czajkowskiego, odtańczona przez baletnice w kostiumach goryli. Gwałt na sztuce przez duże "S", jakiego nie powstydziliby się dadaiści – ale gwałt paradoksalny, bo możliwy do pomylenia z hołdem. W czołówce jednego z programów bucior Kovacsa miażdży wyłożone na atłasie skrzypce Stradivariusa. Mimo to, pod napisami końcowymi ten sam zgruchotany instrument zostaje przez Kovacsa udekorowany świeżo ściętą różą – i wydaje się to być gest bardziej miłosny niż żałobny.

 

Sztuka Kovacsa (a jest on dziadkiem wideoklipu, sztuki wideo, Davida Lettermana, Szymona Majewskiego i połowy dzisiejszego YouTube'a) była napędzana niespożytą pasją, a dziś cieszy się on statusem twórcy kultowego, z Melem Brooksem jako jednym z naczelnych kapłanów (stwierdził on nawet, że słynne "Nairobi Trio" Kovacsa doprowadziło go raz do śmiertelnego niemal paroksyzmu śmiechu). Na nagrobku artysty w Beverly Hills widnieje motto: "Nic w miarę" ("Nothing in moderation"), a każdy jego program stanowi swoistą ilustrację tego zdania. Między innymi dlatego właśnie chciałbym być Erniem Kovacsem – błaznem tak przywiązanym do niedoskonałości życia, że kiedy jakiś efekt specjalny udawał mu się w trakcie prób absolutnie perfekcyjnie, natychmiast wołał do swojej ekipy: "Stop! Powtarzamy! To wygląda za dobrze!".