Relacja

BERLINALE: Średnia festiwalowa

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE%3A+%C5%9Arednia+festiwalowa-127191
Ciąg dalszy wybrzydzania na tegoroczny konkurs Berlinale. Jakubowi Popieleckiemu i Marcinowi Stachowiczowi nie spodobały się tym razem poświęcone aktorce Romy Schneider "3 Tage in Quiberon" oraz "In den Gängen"  - opowieść o smutnym losie supermarketowego personelu. 

Gwiazda też człowiek ("3 Tage in Quiberon", reż. Emily Atef)


Jeśli już brać się za życiorys gwiazdy, to najlepiej tak: z bliska, uważnie, na wybranym wycinku z życiorysu. Problem z filmową biografistyką polega bowiem na tym, że zazwyczaj w pędzie do podsumowania Wszystkiego zostajesz ostatecznie z Niczym. "Wikipedyjna" wyliczanka faktów wzmacnia to, co pospolite kosztem tego, co unikalne, wygładza intrygujące nierówności. To skrót perspektywiczny, w którym gubi się człowiek, sprowadzony do sumy wydarzeń, jakie mu się przytrafiły. A przecież sedno tkwi zazwyczaj między wierszami - łatwiej się do niego dobić, spędzając z gwiazdą dzień. Albo i trzy.


Tak też robi Emily Atef w swoim nowym filmie. Inspiracją są przedstawiające Romy Schneider czarno-białe zdjęcia autorstwa Roberta Lebecka oraz wywiad, jakiego aktorka udzieliła dziennikarzowi Michaelowi Jürgsowi podczas pobytu w tytułowym francuskim kurorcie. W 1981 roku Schneider zaszyła się w spa, gdzie zamierzała odetchnąć między kolejnymi rolami i spędzić trochę czasu z przyjaciółką z dzieciństwa, Hilde. Zgodziła się jednak na sesję fotograficzną (z zaprzyjaźnionym Lebeckiem) i wywiad - choć jej relacja z niemieckimi mediami była dość napięta. Atef powiela czarno-białą estetykę powstałych wówczas zdjęć, inscenizuje sam wywiad, wypełnia też puste miejsca między kolejnymi rejestrowanymi rozmowami z dziennikarzem. Powszechnie uznaje się, że sesje aktorki dla Lebecka trafnie uchwyciły dwoistość bohaterki: z jednej strony jej glamour, z drugiej - skryty pod nim ból i smutek. Reżyserka próbuje osiągnąć ten sam efekt. 

Udaje się na pewno oddać wypełniającą te trzy dni plątaninę wzajemnych zależności, sprzecznych intencji i interesów. Atef zamyka w czterech ścianach francuskiego hotelu czwórkę bohaterów i patrzy, jak zaczynają sypać się iskry, jak formują się - i zmieniają - alianse. Romy usiłuje odetchnąć od medialnej nagonki i burzliwych perypetii osobistych, Hilde chce ochronić ją przed światem, Lebeck ma nadzieję pomóc jej w przejęciu kontroli nad wizerunkiem, a Jürgs zamierza odkryć kobietę skrywającą się za twarzą gwiazdy. Każdy ma coś do ugrania, odruchy empatii mieszają się z aktami eksploatacji, nie ma tu z góry rozdanych ról dramatu: kapryśna gwiazda, wierna przyjaciółka, pocieszny fotograf, cyniczny dziennikarz - to tylko punkty wyjścia. Duża w tym zasługa aktorów. Marie Bäumer jest nie tylko uderzająco podobna do Schneider, ale też bezbłędnie chwyta tę migotliwość, dzięki której gwiazda w jednej chwili jest chodzącą ikoną, a za moment objawia niespodziewaną kruchość i mrok. Birgit Minichmayr (jako Hilde) i Charly Hübner (jako Lebeck) dobrze ją uzupełniają, zapewniając element ciepłego, zatroskanego wsparcia dla bohaterki. To z ich perspektywy - zwykłych ludzi grzejących się w świetle gwiazdy - patrzymy przecież na Romy. Nad wszystkim unosi się zaś poczucie fatum, wiszącej w powietrzu "ostateczności" - wszak pół roku później aktorka już nie żyła. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.
 

Balet towarowy ( "In den Gängen, reż. Thomas Stuber)

Jest taka świecka tradycja. Na dużych festiwalach - nieważne, w której sekcji - musi się pojawić przynajmniej jedna produkcja o miłości w jakimś dziwnym zakładzie pracy. Z tym że "dziwne" równa się tutaj "egzotyczne" – oczywiście dla statystycznego widza międzynarodowych imprez filmowych. Na zeszłorocznym Berlinale mieliśmy wytwórnię mięsa z "Duszy i ciała", obrazu swoją drogą całkiem interesującego i zasłużenie nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem. W tym roku kategorię love story reprezentuje "In den Gängen" Thomasa Stubera – historia o smutnych pracownikach hipermarketu gdzieś we wschodnich Niemczech. 


Film pomyślano - tu katalog festiwalowy śpieszy mi z pomocą - jako szeroko otwarte okno na świat przeciętnych ludzi. Osobiście nie mam pojęcia, jaki jest zwyczajny pracownik wielkopowierzchniowego sklepu na przedmieściach (i czy taka kategoria w ogóle istnieje), wiem natomiast, że dla Stubera magazyny, sortownie i kasy marketów stanowią miejsca zsyłki dla ludzi chorujących na depresję, samotnych, przegranych, w różnych stadiach społecznej zbędności. Jego sposób patrzenia na wykluczenie nie wydaje mi się także jakoś szczególnie empatyczny, bliżej mu raczej do romantycznych, inteligenckich zachwytów nad urodą i mądrością prostego ludu. "Ach, patrzcie, jacy oni smutni, jacy melancholijni, jak się wychylają na tych swoich wózkach widłowych, tam się na pewno kryją wielkie dramaty" – woła do nas z wysokości. 

Życie głównego bohatera, Christiana, jest więc przepisowo ciemne i puste, zaprojektowane jakby na wzór brudnej klitki, w której spędza noce i je posiłki. To facet po przejściach (tatuaże na całym ciele), w dodatku małomówny i zamknięty w sobie, musi się zatem liczyć, że w nowej pracy od razu znajdzie się na cenzurowanym. Tymczasem załoga marketowej nocnej zmiany - złożona z podobnie niepozbieranych indywiduów - zamiast drwić, roztacza nad Christianem opiekuńcze skrzydła. Szczególną podporą jest Bruno - partner ze szkolenia na wózku widłowym oraz kolega od rytualnej fajki w kiblu. I oczywiście Marion - pracownica działu ze słodyczami - w której Christian się podkochuje. Kobieta ma swoje mroczne sekrety, w dodatku jest zamężna, ale pomyślnemu rozwiązaniu romansu kibicuje w sekrecie prawie cała załoga nocnej zmiany. O Marion trzeba się jednak postarać, a w scenerii zgoła nieromantycznej, rutynowej pracy może się to zakończyć spektakularną porażką.

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: