Relacja

BERLINALE 2018: Prawda i fikcja

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2018%3A+Prawda+i+fikcja-127119
Konkurs Berlinale wciąż bez wyraźnego faworyta. Pod nieobecność wielkiego kina za kontrowersje robią tu perwersyjnie nieudana "Eva" z Isabelle Huppert i "mocna", ale chyba jednak niespełniona rekonstrukcja zamachu terrorystycznego w Norwegii, "Utøya 22. juli". Z Berlina donoszą Marcin Stachowicz i Jakub Popielecki.

***

Dama z pejczykiem ("Eva", reż. Benoît Jacquot)

Na początek mała laurka. Jeśli miałbym wytypować najbardziej wyrazistą współczesną aktorkę Starego Kontynentu, byłaby to niewątpliwie Isabelle Huppert. Francuska gwiazda z największego przeciętniaka potrafi wykrzesać magnetyczną energię – bywała już zimna i wyrachowana, kusząca i nieporadna, delikatna i refleksyjna. Równie dobrze czuje się w wannie wypełnionej pianą, co w dopiętej na ostatni guzik garsonce; w roli uwodzicielki, co twardej szefowej. Zapytana podczas berlińskiej konferencji prasowej, w jaki sposób udaje jej się osiągać taki poziom seksapilu bez epatowania nagością, wypaliła z właściwą sobie swadą: "Pana definicja erotyzmu musi być chyba jakaś pokręcona". Tym bardziej trudno pogodzić się z faktem, że "Eva" – najnowszy film z jej udziałem – to typowe kino zmarnowanej szansy. Wyczekiwana na Berlinale z wypiekami na twarzach – głównie ze względu na Huppert, ale też obiecujące nazwisko reżysera, Benoîta Jacquota – pozostawiła po sobie wrażenie niesmaku, hucpy obliczonej na poklask festiwalowej publiczności. Mając do dyspozycji wyjątkowy talent aktorski, Jacquot nie wyszedł poza postmodernistyczną grafomanię, pełną płaskich aluzji do psychoanalizy i bezsensownie pourywanych wątków. 


Trudności pojawiają się już na etapie podążania za historią, rozgraniczenia, co jest tu jawą, a co snem; co reprezentuje "fikcję w fikcji", a co istnieje na pierwszym poziomie narracji. "Eva" to adaptacja powieści Jamesa Hadleya Chase'a z 1945 roku, literatury w dużym stopniu autotematycznej, skupionej na samym doświadczeniu pisania, temacie kryzysu twórczego. Filmowy prolog buduje aurę tajemnicy, pozwala domniemywać, że wszystko, co za chwilę zobaczymy, jest wytworem narcystycznych fantazji bohatera. Zaczyna się od śmierci brytyjskiego pisarza – Bertrand (Gaspard Ulliel), jego opiekun i prawdopodobnie chłopak do towarzystwa, przywłaszcza sobie rękopis najnowszej, jeszcze niewydanej drukiem komedii wpływowego denata. Po reżyserskim cięciu oglądamy już zupełnie inną, alternatywną rzeczywistość – niedawny żigolak jest obecnie święcącym triumfy dramatopisarzem, "autorem" zaledwie jednego, ale za to wybitnego tekstu. Otacza się drogimi przedmiotami, stylizuje na intelektualistę, u boku ma piękną blondynkę, a w środku – wstydliwą tajemnicę. Jako wirtuoz mimikry, Bertrand świetnie sobie radzi z odgrywaniem roli pisarza-celebryty, nie potrafi jednak sklecić choćby dwóch literacko poprawnych zdań. Tymczasem wydawca czeka na kolejną sztukę, a w patologicznym kłamcy rodzi się niezrozumiała potrzeba dalszego brnięcia w samooszustwo. Inspiracji zaczyna poszukiwać w burzliwej znajomości z luksusową prostytutką (Huppert). Eva jest nie tylko błyskotliwa, ale także wyjątkowo pewna siebie – jednakowo dobrze czuje się w pięciogwiazdkowym hotelu, obskurnym moteliku na godziny i cudzym domku w górach. Bertrand wykorzystuje więc kobietę w charakterze łatwo dostępnej "materii twórczej", nie bacząc, że cierpi na tym jego relacja z młodą i piękną narzeczoną. 


Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.

***

Noga słonia ("Utøya 22. juli", reż. Erik Poppe)

"Nigdy tego nie zrozumiecie", mówi do kamery, patrząc nam prosto w oczy, nastoletnia Kaja (Andrea Berntzen). To inscenizacyjny trik: zdanie jest wyrwane z kontekstu, a bohaterka w rzeczywistości zwraca się nie do nas, tylko do słuchawki telefonu, której początkowo nie widzimy w kadrze. Dziewczyna łamie więc tak zwaną "czwartą ścianę", ale nieświadomie: konwencja filmowego "realizmu" zakłada przecież, że tam, w świecie przedstawionym, żadnej kamery nie ma. I choć po seansie możemy zachwycać się "maestrią zdjęć", cała zabawa polega na tym, że rama kadru jest jednokierunkowym oknem do innego świata, zwyczajowo "niewidzialnym". A jednak nie sposób podczas oglądania "Utøya 22. juli" o tej "przezroczystej" kamerze zapomnieć. Postulująca impas poznawczy wypowiedź Kai jest bowiem początkiem trwającego ponad 70 minut nieprzerwanego ujęcia, operatorskiego popisu hardkorowej szwenkierki. "Nigdy tego nie zrozumiemy", mówi ustami swojej bohaterki reżyser Erik Poppe i zamiast owego rozumienia proponuje next best thing: pokazywanie.


Zanim jednak zaczniemy próbować cokolwiek rozumieć, zapoznajmy się z faktami. 22 lipca 2011 roku prawicowy ekstremista zdetonował bombę w centrum Oslo, a parę godzin później otworzył ogień do uczestników letniego obozu na wyspie Utøya, zabijając w sumie kilkadziesiąt osób. Film Poppego otwierają dokumentalne ujęcia eksplozji, po nich następuje zaś próba odtworzenia doświadczenia ofiar drugiego zamachu. Reżyser podąża ze swoją kamerą za Kają, inscenizując kilkadziesiąt minut z jej dnia: od banału obozowego poranka po terror desperackiej walki o życie. Od przekomarzanek z kolegami, kłótni z siostrą i jedzonych z uśmiechem gofrów, po chaotyczną ucieczkę przed zbliżającymi się odgłosami karabinowych wystrzałów. Jeden do jednego, bez cięć (albo z cięciami ukrytymi w postprodukcji, co w zasadzie na jedno wychodzi), w "realistycznym" roztrzęsieniu, z ideałem "immersji" na sztandarze. 

Gdyby "rozpisać" "Utøyę" na inne filmy, trzeba by przywołać "Victorię" Sebastiana Schippera (jako podobny operatorski wyczyn), "Syna Szawła" (jako podobną, "gorącą" relację z "nieopisywalnego" piekła na ziemi), i, oczywiście, Vansantowskiego "Słonia". Jest również w filmie Poppego silny komponent "growy", coś bliskiego poetyce Third Person Perspective z kamerą wiszącą wiernie nad głową bohaterki, raz biegnącej, raz czołgającej się, raz zwiniętej w kłębek. Gotowość reżysera (i operatora) do tarzania się w błocie razem z nią, do łowienia grudek ziemi na jej twarzy bądź wlepiania się w uciekający tył jej głowy to jednak nic nowego. Tak przecież wygląda kinowy "realizm" po, dajmy na to, "Szeregowcu Ryanie" i "Blair Witch Project". Realizm, w którym operatorskie brudy konotują ekranową prawdę, a im bardziej się trzęsie, tym bliżej niedoskonałej, "rzeczywistej" rzeczywistości. To taki rodzaj reżyserskiego triku retorycznego (interpretacja cyniczna) albo metafory (interpretacja optymistyczna): manifestujesz kryzys epistemologiczny, rozkładasz ręce, demonstrując, że "cóż ja mogę, to tylko kamera", po czym heroicznie ową kamerę włączasz, owiany estymą "mówiącego, jak jest". 


Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: