Relacja

BERLINALE 2018: Bóg w dom?

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2018%3A+B%C3%B3g+w+dom-127105
Twórcy walczących o Złotego Niedźwiedzia tytułów biorą się za duże tematy: szwedzki "The Real Estate" to opowieść o horrorze rynku nieruchomości, a francuski "La prière" – o religii zaprzęgniętej do walki z uzależnieniem. Za filmy biorą się z kolei Marcin Stachowicz i Jakub Popielecki.

***

Mieszkaniówka ("The Real Estate", reż. Måns Månsson, Axel Petersén

Tytuł mnie zachęcił – "The Real Estate" ("Nieruchomość") zapowiadał albo kawałek o bajecznie bogatych i zepsutych właścicielach luksusowych apartamentów, albo dramat społeczny z "czyścicielami kamienic" w rolach głównych. I jeśli szwedzka produkcja rzeczywiście traktuje o nienasyconej żądzy posiadania, to trudno jej treściową i formalną wsobność uznać za coś więcej niż robienie dobrej (festiwalowej) miny do zdecydowanie złej gry. Mamy tutaj do czynienia z trudną do ogarnięcia i porządnego dookreślenia huśtawką stylistyczną – od slow cinema przez surrealizm i psychodelię aż po twór horroropodobny. Transowa muzyka dudni, zimne światła pulsują, dźwięki i kolory na przemian wyostrzają się i słabną. Wystarczy do tego dodać zbliżenia na pomarszczone, zniekształcone upływem czasu ciała i mikstura zwana "seksownym kinem arthouse'owym" gotowa. Nudą tchnie już od progu. 


Zaczyna się jak typowa hollywoodzka opowieść o powrocie córy marnotrawnej na ojczyzny łono, ale nakręcona w zwolnionym tempie i w surowym, dokumentalnym stylu. 68-letnia Nojet przybywa do Sztkoholmu na pogrzeb ojca – raczej nie z sentymentu i z głową okrytą żałobnym welonem, lecz dla szybkiego dealu: tata zostawił jej w spadku budynek mieszkalny w centrum miasta. Kobieta najchętniej od razu zrzuciłaby z siebie kłopotliwy balast i sprzedała nieruchomość deweloperom, jednak w szwedzkiej "socjaldemokracji totalnej" (jak powiedziałby zapalony libertarianin) rzeczy na ogół nie bywają takie proste. Po pierwsze, budynkiem od lat opiekuje się przyrodni brat Nojet do spółki ze swoim gamoniowatym synem pijakiem. Panowie mają własny pomysł na politykę mieszkaniową (swoją drogą, z punktu widzenia interesu społecznego – całkiem dobry) – zazwyczaj unikają podpisywania legalnych umów z lokatorami, a całe siódme piętro wynajmują ludziom z różnych względów wykluczonym ekonomicznie: imigrantom, biednym studentom, samotnym matkom. Po drugie – i o wiele ważniejsze – kłopotem są sami mieszkańcy – w myśl szwedzkiego prawa, właściciel nie może ich sobie ot tak, z dnia na dzień, wyeksmitować na bruk i to nawet jeśli umowy podpisywali magiczną różdżką, a czynszu nie płacą od lat (z polskiej perspektywy – bomba!). Nojet uruchamia więc maszynkę prywatnych kontaktów – uwodzi, przeklina, pije drinki i strzela z karabinu – byle tylko odzyskać to, co do niej (w teorii) należy. 

Brzmi to wszystko nieomal jak antyczna tragedia o cierpieniach mieszczańskiej klasy posiadaczy i chyba tym w istocie miało być. Trudno wyczuć, jaka ideowa tonacja bierze w "The Real Estate" górę. Czy reżyserom chodzi bardziej o karykaturalny portret starszego pokolenia Szwedów – chciwych i zakochanych w idei "społecznej użyteczności" – czy może raczej o dowartościowanie jednostki zapędzonej w kozi róg przez roszczeniowe społeczeństwo i niemądre państwo? 


Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.

***

Opium dla jednostki ("La prière", reż. Cédric Kahn)

Paradoks odwyku i innych systemów terapeutycznych polega na tym, że dobijają się do głębokich prawd drogą zrytualizowanego banału. A raczej czegoś, co na pierwszy rzut oka brzmi jak banał, albo wręcz indoktrynacja. Stąd już niedaleko do religii czy sekt, które przecież, pod pewnymi względami, również są po prostu rozbudowanymi systemami terapeutycznymi. Nie strzelajcie: oczywiście, że upraszczam, ale właśnie o owo uproszczenie tu idzie. Postawcie się w sytuacji zagubionego nieszczęśnika, nieco za bardzo przyzwyczajonego do jakiejś wyniszczającej jego organizm substancji, który trafia nagle na odwyk. Oczywiście, że przy pierwszym kontakcie z detoksową filozofią zinterpretuje on ją niczym wulgarny akt inwazji na swoją podmiotowość. Cédric Kahn w "La prière" pokazuje właśnie taki przypadek, ciekawie dokumentując newralgiczne momenty procesu wychodzenia z nałogu, pokazując, jak przeplatają się relacje wiary i uzależnienia.


Thomas (Anthony Bajon) to dwudziestokilkuletni narkoman, który zostaje przywieziony do ośrodka dla młodych chłopaków walczących z nałogiem. W położonym gdzieś na francuskiej prowincji domostwie umęczone dusze leczy się, aplikując im końską dawkę ascezy. Najpierw golą ci głowę, potem wyganiają na mróz, byś przerzucał ziemię na pobliskich polach, a wieczorem zapraszają do padnięcia na kolana przy wspólnej – tytułowej – modlitwie. Kuracja metodami AA wzmocniona jest tu stelażem religii: dwanaście kroków stawiasz w asyście Jezusa. Thomas pozostaje sceptyczny, zwłaszcza że, kiedy już miną mu drgawki narkotykowego głodu, zaczyna się terror surowego regulaminu, żmudnej codziennej rutyny i przymusowej wzajemnej życzliwości. Pierwszy odruch chłopaka to zatem ucieczka: po trzech tygodniach ma się za wyleczonego i chce dać nogę. Jego ścieżka do wyzdrowienia okaże się jednak dużo bardziej kręta, niż oczekiwał.

Kahn – reżyser, scenarzysta, okazjonalnie aktor – wpisuje się swoim filmem w bogatą tradycję, wciąż żywą we francuskim (czy francuskojęzycznym) kinie. Mamy w "La prière" charakterystyczny frankofoński realizm: chwytaną w surowych kadrach ekranową rzeczywistość, stonowaną paletę barw i paradokumentalną fakturę "zwykłych" twarzy, ni to ładnych, ni to brzydkich, normalnych. Ascetyczna forma przyłożona do opowieści o dotyku sacrum sugeruje powinowactwo z Robertem Bressonem, który nieustannie szukał przejawów świętości w konkrecie prostego ekranowego języka i nieprofesjonalnych aktorów. Od razu kojarzy się też François Truffaut i jego niespokojni chłopcy szamoczący się w okowach systemów edukacyjnych: Antoine z "400 batów" czy Victor z "Dzikiego dziecka". Kahn ma w sobie podobną do Truffauta gotowość podążania za bohaterem w jego odruchach buntu, naiwności, impulsu. Nawet jeśli Thomas ewidentnie błądzi, reżyser nie patrzy na niego protekcjonalnie, idzie z nim krok w krok.

 
Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: