Relacja

BERLINALE 2018: Song to song

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/BERLINALE+2018%3A+Song+to+song-127133
Berlinale trwa, do gry o Złotego Niedźwiedzia weszło dwóch festiwalowych weteranów: Gus Van Sant i Lav Diaz. Pierwszy nakręcił "Dont Worry, He Wont Get Far on Foot", biografię kontrowersyjnego rysownika Johna Callahana z Joaquinem Phoenixem w roli głównej. Drugi – w "Season of the Devil" – postawił na wyjątkowo łaskawy jak na siebie metraż (trochę poniżej czterech godzin) oraz konwencję musicalu. Innymi słowy: Jakub Popielecki zobaczył w końcu w Berlinie film z Rooney Marą, a Marcin Stachowicz wreszcie obejrzał coś dobrego z konkursu. 

***

Świnki ("Dont Worry, He Wont Get Far on Foot", reż. Gus Van Sant)

Pustynny krajobraz, trzech kowbojów na koniach zauważa pozostawiony pośrodku odludzia wózek inwalidzki. Podpis pod ilustracją: "Nie martwcie się, pieszo daleko nie ucieknie". To jeden z komiksowych żartów Johna Callahana, rysownika znanego z – jak głosi Wikipedia – "poruszania wątków makabry i kalectwa" oraz z notorycznej niepoprawności politycznej. Zatytułowany powyższym cytatem i opowiadający o Callahanie film Gusa Van Santa owych kontrowersji nie ukrywa. Widzimy, jak grany przez Joaquina Phoenixa Callahan chętnie pokazuje rysunki ludziom, zaczepia na ulicy obcych, bada reakcje – od salw śmiechu po steki wyzwisk pod swoim adresem. Ale choć nieżyjący dziś artysta lubił stawiać sprawę na ostrzu noża, nie bacząc na to, że ktoś może poczuć się obrażony, poświęcony mu film raczej nikomu nie ubliży. Mimo eterycznej, Vansantowskiej aury to dość klasyczne kino biograficzne.


"Dont Worry, He Wont Get Far on Foot"
sytuuje się w filmografii reżysera gdzieś pomiędzy "Paranoid Park" a "Obywatelem Milkiem". Podobnie jak w "Paranoid" Van Sant zbliża się tu miejscami do literatury strumienia świadomości: opowiada historię niechronologicznie, miesza płaszczyzny czasowe i splata w jedną kilka ram narracyjnych. Sam bohater kilkakrotnie relacjonuje w filmie swoje losy – a to podczas spotkania AA, a to na konferencyjnym panelu – reżyser zaś łączy te sceny, chwytając się powtarzanej przez niego za każdym razem anegdotki. Funkcję narracyjnego kleju pełnią też ilustracje Callahana, który często komponował swoje absurdalne gagi w oparciu o osobiste doświadczenia. Van Sant bierze to za dobrą monetę i zdaje się na montaż asocjacyjny: dany fragment biografii dowolnie przechodzi w scenę kreślenia rysunku, a ten z kolei ożywa w formie animowanej miniaturki. Wszystko oczywiście ma charakterystyczny dla reżysera wizualny oddech, zaklęte w kadrach "babie lato", trudną do nazwania poezję światła.

Zerwijcie jednak marzycielską pajęczynę, a znajdziecie w "Dont Worry..." całkiem hollywoodzki schemat życiorysu artysty: od psychoanalitycznej fiksacji na postaci matki (Callahan został porzucony i adoptowany), przez wyboje nałogów i tragedii, po spełnienie w miłości, sztuce i generalnie w życiu. Dla walczącego z poczuciem odrzucenia i topiącego smutki w alkoholu bohatera bodźcem do wyjścia na prostą staje się wypadek samochodowy, w wyniku którego został sparaliżowany – nie na tyle jednak, by nie mógł chwycić flamastra i narysować jakiejś absurdalnej scenki. Postać Callahana – alkoholika, prowokatora, niepełnosprawnego; zarazem kontrowersyjnego artysty, jak i udręczonego wrażliwca – daje zatem pełne spektrum możliwości dla aktora-ciężarowca pokroju Joaquina Phoenixa. Tu właśnie wkracza powinowactwo z "Milkiem": "Dont Worry" to podobny film-pretekst do popisowego pierwszoplanowego występu. Oczywiście, Van Sant jest zbyt niepokorną duszą, by pójść w czysty oscarowy blichtr. Na ścieżce dźwiękowej Danny Elfman przeplata więc łzawe frazy pianinowego akompaniamentu wejściami jazzowego bandu à la późny Coltrane'a. Na drugim planie brylują zaś ikony muzycznej sceny indie: Kim Gordon, Carrie Brownstein i Beth Ditto. Wciąż jednak bliżej stąd do gali w Dolby Theatre niż do "Słonia" czy "Gerryego"
 
 
Całą recenzję Jakuba Popieleckiego przeczytacie TUTAJ.

 ***

Kołysanki o terrorze ("Season of the Devil", reż. Lav Diaz)

Chyba każda recenzja nowego obrazu Diaza powinna zaczynać się od rytualnej inkantacji – tak, to ten facet od pięcio-, sześcio-, ośmiogodzinnych walców filmowych. Filipiński człowiek-instytucja, zdobywca Złotego Lwa za "Kobietę, która odeszła", wybitny autor w czasach spadającego zaufania do artystycznego hermetyzmu, regularnie szarga nerwy i pośladki widzów największych międzynarodowych festiwali kina. Na pokazach Diaza ludzie wypijają po kilka kaw, wychodzą na obiad i kolację do pobliskich knajp, ćwiczą jogę, medytują albo po prostu chrapią. 


Można się przed takim totalnym doświadczeniem filmowym wzdragać, można się do niego odnosić z wrogością – traktując jako przejaw nieuzasadnionego artystowskiego sadyzmu – ale jedno trzeba reżyserowi oddać: z żelazną konsekwencją, z dzieła na dzieło buduje własny, całkowicie osobny model kina. I nie jest to wbrew pozorom żadne "przyrodnicze" slow cinema o ludziach płynących czółnem z punktu A do punktu B. Wręcz przeciwnie, estetyka Diaza to trauma, śmiercionośne żarna historii, lament nad otwartymi grobami, po którym następuje długo wyczekiwane, wizualne katharsis. W "Season of the Devil" – mimo metrażu (234 minuty), wypatrywanym na Berlinale z nadzieją na przełamanie kiepskiej repertuarowej passy tegorocznego festiwalu – Filipińczyk z jednej strony pozostaje wierny swojemu stylowi, z drugiej – idzie jeszcze dalej w eksperyment (o czym napiszę już niedługo). Odmalowuje całą paletę skrajnych emocji, zestawia ze sobą statyczne, niebywale gładkie i czyste obrazy, egzorcyzmuje azjatyckie demony, bez oporów rozmawia z duchami. Przeszłość splata się u niego z teraźniejszością, a dobro i piękno – z cierpieniem. 
 
Trzeba też powiedzieć, że filmów Diaza raczej się nie ogląda, ale się w nich JEST. Otwartość na "pożerające" rzeczywistość, wolno płynące obrazy – czasami jest ich raptem kilkanaście albo kilkadziesiąt – to podstawowy i w zasadzie jedyny warunek, jaki reżyser stawia przed widzami. Nie trzeba się wcale orientować w politycznych i historycznych zawiłościach Filipin, żeby czerpać przyjemność z tych wszystkich niesamowitych światłocieni czy kadrów tak symetrycznych, że każdy z nich mógłby obsłużyć inną wystawę współczesnej fotografii artystycznej. Tym niemniej, "Season of the Devil" to także kino do szpiku kości polityczne. Już na wstępie Diaz oznajmia, że film oparty został na prawdziwych wydarzeniach i dedykuje go "swoim przyjaciołom". Historia dzieje się pod koniec lat 70., w czasach dyktatury prezydenta Ferdinanda Marcosa, a motywem przewodnim jest utworzenie CHDF, słynącej z brutalności grupy zbrojnej, której głównym celem miało być tłumienie w zarodku wszelkich odruchów buntu społecznego. U Diaza paramilitarnych reprezentują trzy postacie-figury: brutalny mężczyzna z oszpeconą twarzą, fanatyczna kobieta w mundurze i dyktator o podwójnym obliczu – z przodu szaleniec wykrzykujący nienawistne hasła, z tyłu poważny intelektualista w okularach. 

Całą recenzję Marcina Stachowicza przeczytacie TUTAJ.
Udostępnij: