Relacja

CANNES 2013: Kolorowy zawrót głowy z gwiazdami w tle

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2013%3A+Kolorowy+zawr%C3%B3t+g%C5%82owy+z+gwiazdami+w+tle-95954
W konkursie głównym zaroiło się od gwiazd. W "Tylko Bóg wybacza" zobaczyliśmy Ryana Goslinga i Kristin Scott Thomas. Z kolei w "Behind the Candelabra" Michael Douglas i Matt Damon romansują w pożegnalnym filmie Stevena Soderbergha. Oba obrazy podzieliły canneńską publiczność.

Medytacja nad męską brutalnością

Nicolas Winding Refn nie poszedł na łatwiznę. "Tylko Bóg wybacza" z całą pewnością podzieli widzów na dwa wrogo wobec siebie nastawione obozy. Dla jednych film będzie piękną wydmuszką, audiowizualno-halucynacyjnym przeżyciem bez treści. Dla innych – głęboko symbolicznym doświadczeniem, mową zbudowaną na archetypach. Ja przynależę do tej drugiej grupy.

Na pytanie, o czym jest "Tylko Bóg wybacza", nie ma prostej odpowiedzi. Owszem, można opowiedzieć fabułę. W takim przypadku jest to historia pewnej amerykańskiej rodziny przebywającej w Bangkoku. Jeden z braci gwałci i morduje młodą dziewczynę, za co zostaje ukatrupiony przez ojca ofiary. Drugi z braci zamiast się zemścić, puszcza mężczyznę wolno. To nie podoba się matce, która przyjechała do Bangkoku na wieść o śmierci pierworodnego. Kobieta postanawia, że zemsta i tak musi się dokonać.

Baczny widz szybko zacznie wątpić w tę opowieść. Refn zaciera granice przyczynowo-skutkowe. Ludzie, którzy nawet nie wiedzą o swoim istnieniu i przebywają w różnych miejscach, wymieniają się spojrzeniami. Główny bohater chwilami "znajduje się" jednocześnie w dwóch miejscach. Całość przypomina sen, podróż w głąb ludzkiego umysłu. Można więc uznać, że tak naprawdę nie mamy tu do czynienia z żadną fabułą; że historia, którą oglądamy, jest jedynie tłumaczeniem tego, co naprawdę chce nam reżyser przekazać.

Jeśli znacie twórczość Refna, możecie się łatwo domyślić natury "Tylko Bóg wybacza". To kolejna medytacja na temat męskości i jej nieodzownego atrybutu, jakim jest przemoc. Dwóch braci należy w takim przypadku traktować jako symbole animalistyczne. Są to bestie, które trzymane w zamknięciu są w miarę łagodne, ale jeśli uciekną, staną się śmiertelnym zagrożeniem dla innych i siebie samych. Dlatego też Refn nie podaje przyczyn, dla których starszy brat dokonuje mordu. Z tego samego powodu młodszy z braci zdaje się tkwić niczym Minotaur w labiryncie, a jego męską brutalność pętają obecne wokół niego kobiety; z matką na czele, która wydaje się bardziej męska niż jej młodszy syn. Jednak brutalność pozbawiona kontroli jest słabością. Stąd postać policjanta, zdyscyplinowanego, łagodnego człowieka, który jest jednak bezwzględnym sędzią i katem, kiedy okoliczności tego od niego wymagają. Refn wyraźnie zachwyca się siłą pasywności, ideą powszechnie kojarzącą się w naszym kręgu cywilizacyjnym ze Wschodem.

Nawet to spojrzenie nie wyczerpuje jednak wszystkich dróg interpretacyjnych. Można bowiem podążyć tropem psychoanalitycznym i skupić się na bardzo intrygującej relacji matka-syn (i rozszerzyć ją w ogóle na relacje kobieta-mężczyzna). Matka i jej syn są jak postaci wyjęte z archetypicznego mitu greckiego opowiadającego o odwiecznej wojnie pomiędzy żeńskim i męskim pierwiastkiem. Wchodzimy wtedy na metapoziom, zmierzający do zgłębienia zagadki wszechświata.


Można w końcu spojrzeć na film jak na doświadczenie czysto duchowe, wyłączyć umysł i po prostu chłonąć obrazy i dźwięki. A jest co! Larry Smith stworzył wysublimowaną ucztę dla oczu. Każdy kadr został nasycony barwami, dopieszczony w zakresie kompozycji. Nic nie jest tu pozostawione przypadkowi, wszystko pomyślano tak, by jak najbardziej działać na zmysły. Prześcignąć Smitha próbuje Cliff Martinez. Jego kompozycje hipnotyzują, stając się wrotami do odmiennych stanów świadomości. U niektórych widzów muzyka może wywołać fizyczną reakcję.

Na tak przygotowanej scenie aktorzy mieli dość specyficzną funkcję do spełnienia. Są ucieleśnieniem idei, nie zaś ludźmi z krwi i kości. Najlepiej widać to po Kristin Scott Thomas, która szokuje swoim wyglądem i zdecydowanie najmocniej zapada w pamięci. Choćby dla pierwszej sceny z jej udziałem, w której widzimy ją z wielkim warkoczem i landrynkowo-różową bluzką, trzeba ten film zobaczyć.

Jeśli Waszym ulubionym filmem Refna jest "Drive", przygotujcie się na rozczarowanie. "Tylko Bóg wybacza" bliżej bowiem do "Valhalli: Mrocznego wojownikowa" niż "Drive"

Spowiedź pożegnalna

Steven Soderbergh filmem "Behind the Candelabra" żegna się z kinem. A przynajmniej tak mówi. I rzeczywiście, oglądając jego najnowszy obraz, czuje się, że jest to dzieło pożegnalne. Zwłaszcza kiedy słucha się Michaela Douglasa w napisach końcowych. Ma się wtedy wrażenie, że to Soderbergh zwraca się bezpośrednio do widza, wyznaje mu swoją miłość i powody, dla których zajmował się reżyserią. I to właśnie ten aspekt "Behind the Candelabra" jest najciekawszy. Sama fabuła bowiem niestety nie imponuje. Nic dziwnego, że w Stanach film trafia od razu w telewizji.



"Behind the Candelabra" to opowieść o ostatnich latach życia Liberace'a oraz o jego związku ze Scottem Thorsonem. Jeśli Soderbergh chciał skończyć swoją filmową karierę wysokim C, to powinien był przerwać pracę po "Magic Mike'u". "Behind the Candelabra" ogląda się jak typowy melodramat. Liberace jest wielką gwiazdą, kiedy spotyka go Scott. Ten jest młody i czarująco nierozgarnięty. Liberace, zmęczony swoim poprzednim pupilem, od razu zwraca na niego uwagę. Wkrótce są już ze sobą na dobre i na złe. Po paru latach w ich związku zdecydowanie więcej będzie tego "złego". Swoje zrobił upływ czasu, ale przede wszystkim przekleństwo Midasa, które prześladuje Liberace'a. Ten nie może się powstrzymać i zmienia Scotta w złotego chłopca, niszcząc wszystko, za co go "pokochał".

Soderbergh ani przez chwilę nie sili się na urozmaicenie fabuły. Scenariusz wygląda jak tekst przekopiowany z podręcznika dla początkujących filmowców. Cały wysiłek został włożony w pokazanie przepychu świata, w jakim żył Liberace. Stąd też scenografia, kostiumy i charakteryzacja są zachwycające. Ekran cały czas błyszczy od złoceń, lśniących materiałów i błyszczących makijaży. Soderbergh jest też chwilami bardzo ironiczny, czego najlepszym przykładem jest postać grana przez Roba Lowe'a. Momentami reżyser próbuje też bawić się zdjęciami. Z jednej strony jest to dobry zabieg, ponieważ poprawia odbiór emocjonalny dzieła. Z drugiej – wtedy jeszcze wyraźniej dają się we znaki braki scenariuszowe.



Wielkim plusem filmu jest znakomita kreacja Michaela Douglasa. Przebojem zawładnął przestrzeń ekranową, stając się żywym ucieleśnieniem arogancji i słabości zrodzonych z rozgłosu, na którego udźwignięcie nikt nie jest wystarczająco silny psychicznie. Dobiegający siedemdziesiątki Douglas zagrał jedną ze swoich najlepszych ról w całej karierze. Od czasu "Upadku" żadna jego kreacja nie zrobiła na mnie aż tak olbrzymiego wrażenia. Szkoda, że nie będzie mógł walczyć o Oscara. Kto wie, być może nie tylko na nominacji by się skończyło.
Udostępnij: