Relacja

CANNES 2017: Happy End

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2017%3A+Happy+End-123264
Na ten moment wszyscy czekali: w Cannes swój nowy film zatytułowany "Happy End" pokazał dwukrotny laureat Złotej Palmy, Austriak Michael Haneke. Michał Walkiewicz obejrzał również gwiazdorsko obsadzony "The Meyerowitz Stories" Noah Baumbacha z Adamem Sandlerem i Benem Stillerem w rolach głównych. 

***


Zagłada domu Laurentów
(rec. filmu "Happy End")

Nowy film Michaela Hanekego otwiera seria zarejestrowanych smartfonem klipów. Ich małoletnia autorka najpierw podgląda swoją matkę przy codziennej toalecie, bezbłędnie przewidując przebieg rytuału, a następnie dosypuje psychotropów do karmy dla chomika i beznamiętnie obserwuje skutki swojego eksperymentu. To upadek rodziny Laurentów w mikroskali, omen marnej przyszłości dla jej kolejnych pokoleń. Ale jest też makroskala, już w następnej scenie, gdy podczas prac budowlanych nagle osuwa się ziemia, zabierając za sobą wszystko, co stało na krawędzi. Nie wiemy jeszcze, za jakie grzechy Haneke będzie karał bohaterów, lecz jedno jest pewne: koniec "Happy End" będzie równie szczęśliwy jak zabawne były "Funny Games"


Jesteśmy na północy, w Calais, gdzie o bastion francuskiej burżuazji rozbijają się kolejne fale imigrantów. Dobrze sytuowaną rodzinę Laurentów poznajemy przy obiedzie i jest to jedna z tych scen, w których woal konwenansu okazuje się niemal przezroczysty. Patriarcha rodu Georges (Jean Louis Trintignant) marzy jedynie o tym, by ktoś wreszcie skrócił jego cierpienia. Nadzorująca firmę budowlaną Anne (Isabelle Huppert) trzyma rodzinę na krótkiej smyczy, a pod idealnie skrojonym kostiumem skrywa serce z kamienia. Rozwiedziony Thomas (Mathieu Kassovitz) próbuje ułożyć sobie życie z kobietą, która właśnie urodziła mu syna, jednak po zmroku przerzuca się z kochanką turpistyczno-miłosnymi passusami godnymi Baudelaire'a. Jest jeszcze 12-letnia socjopatka Eve (Fantine Harduin), obserwująca świat przez kamerę w telefonie oraz zbuntowany Pierre (Franz Rogowski), który egzystencjalne smutki topi w alkoholu. A także – last & least – służba złożona z imigrantów, traktowana z przedziwną mieszanką czułości oraz protekcjonalizmu. 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że bohaterowie "Happy Endu" to, w większym stopniu niż pełnokrwiste postacie, elementy wielkiej światopoglądowej panoramy – choćby dlatego, że każdy dostaje tu parę minut czasu ekranowego, by wyłożyć kawę na ławę, określić się czynem lub słowem wobec kwestii imigrantów i bólu przemijania. O ile poprzedni, wybitny film Austriaka, "Miłość", opowiadał o cudzie bliskości, objawiającym się w najprostszych, codziennych czynnościach, o tyle "Happy End" jest historią erozji uczuć w świecie zaludnionym głównie przez psychopatów; historią, którą trudno się w zasadzie przejąć, skoro rzeczone uczucia są w dużej mierze nieszczere ("Nie kochasz ani mamy, ani swojej partnerki, ani mnie. Ale to nic" – powie po swojej próbie samobójczej córka Thomasa). Nie czynię z tego zarzutu, w końcu mówimy o przemyślanej strategii artystycznej. To raczej ostrzeżenie, bo tym razem Haneke nie łapie nas na jakiś emocjonalny haczyk. Nie stroi sobie – jak w "Funny Games" – żartów z naszych odbiorczych nawyków i wojerystycznych potrzeb. Nie każe – jak w "Ukrytym" – kibicować ofiarom wyrafinowanej intrygi. Zamienia kinowy ekran w grubą szybę, toteż nic dziwnego, że spoglądamy na bohaterów jak na laboratoryjne okazy.    

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***


Kuchenne historie
(rec. filmu "The Meyerowitz Stories")

Kilkanaście lat temu, gdy Adam Sandler i Ben Stiller trwali w kwiecie gwiazdorskiej (nie mylić z aktorską) formy, obsadzenie ich w jednym filmie byłoby albo bezczelnym skokiem na kasę, albo tęgim szyderstwem. Dziś, kiedy potrzeba autorefleksji oraz urozmaicenia portfolio pcha ich przed kamerę Noah Baumbacha ("Frances Ha"), mamy zderzenie dwóch komediowych żywiołów; zderzenie, które zamienia farsę w naprawdę dobry komediodramat. 


W "The Meyerowitz Stories" legendy amerykańskiej komedii grają przyrodnich braci, skłóconych i orbitujących wokół słońca całej familii – melancholijnego ojca (Dustin Hoffman). Starszy Danny (Sandler) stłumił swój talent muzyczny, parę razy wybrał złą drogę i generalnie przestał sobie radzić. Po rozwodzie wysyła więc córkę na studia filmowe, a sam wraca do domu rodziców i próbuje ułożyć życiowe priorytety na nowo. Młodszy Matthew (Stiller) wyjechał z Nowego Jorku i zrobił karierę w biznesie na Wschodnim Wybrzeżu. Jako jedyny nie wykazywał artystycznych aspiracji, więc jako jedyny zarobił poważne pieniądze, co stało się przedmiotem zarówno dumy, jak i zazdrości reszty rodziny. Teraz, na wieść o chorobie ojca, również powraca na stare śmieci. A że na scenie, w całym swoim neurotycznym majestacie, pojawia się jeszcze najmłodsza siostra Jean (Elizabeth Marvel), film staje się ilustracją starej prawdy, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. 

Baumbach podgląda losy bohaterów na wyrywki, trochę w stylu rozsmakowanego w komediowych miniaturach Woody’ego Allena, zaś całą narrację dzieli na rozdziały odpowiadające anegdotom o kolejnych postaciach. Rodzinę pokazuje jako pole nieustannej bitwy, strefę walki o wpływy, a miłość – jak coś, czego do końca nie rozumiemy i z czym obchodzimy się jak dziecko z zapałkami. Nie ma w jego filmie scenariuszowych "samograjów" w rodzaju sceny obiadu, podczas którego na jaw wychodzą skrywane tajemnice, a do głosu dochodzą nawarstwiające się latami resentymenty.
 
Całą recenzję można przeczytać TUTAJ