Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Recenzujemy+%22Vox+Lux%22+z+Natalie+Portman+i+niemieckiego+kandydata+do+Oscara-129791

Recenzujemy "Vox Lux" z Natalie Portman i niemieckiego kandydata do Oscara

  • autor: Piotr Czerkawski, Łukasz Muszyński
  • Relacja
Kolejnego dnia festiwalu w Wenecji Piotr Czerkawski obejrzał "Vox Lux" Brady'ego Corbeta z Natalie Portman w roli głownej, a Łukasz Muszyński – niemieckiego kandydata do Oscara "Werk ohne Autor"  Floriana Henckela von Donnersmarcka.

***


Stop Making Sense, rec. filmu "Vox Lux", reż. Brady Corbet

O Bradym Corbecie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest minimalistą. Amerykański reżyser tworzy kino zachłanne, ekstrawertyczne, napędzane przeez twórcze ADHD. W "Vox Lux" zaledwie 30-letni filmowiec próbuje połączyć ze sobą biblijne aluzje, zamachy terrorystyczne i drapieżną krytykę współczesnej popkultury. Jakby tego było mało, stylizując film na ironiczną kronikę upadku gwiazdy, zdaje się rzucać wyzwanie samemu Orsonowi Wellesowi. Tak megalomański zamiar nie mógł oczywiście powieść się w stu procentach, ale "Vox Lux" ma spore szanse, by w języku kinofilów stać się za parę lat synonimem sformułowania "ambitna porażka". Póki co, wizji Corbeta z pewnością nie można odmówić wyrazistości, której dowód stanowi choćby reakcja publiczności pierwszego pokazu filmu na festiwalu w Wenecji. Jak łatwo się domyślić, brawa mieszały się wówczas z próbującym zagłuszyć je buczeniem.

Screen-Shot-2018-08-13-at-10.49.55-AM.png

Czego jak czego, ale młodemu twórcy nie sposób odmówić artystycznej konsekwencji. Podobne jak w debiutanckim "Dzieciństwie wodza", Corbet portretuje świat u progu Apokalipsy. Dla reżysera nie ma przy tym znaczenia, że akcję poprzedniego filmu umieścił w przededniu I wojny światowej, a w "Vox Lux" cofa się raptem do początków XXI wieku. Stylistycznie Corbet wciąż pozostaje wierny starej zasadzie "mocniej, wyżej, szybciej". Choć "Vox Lux" opowiada o perypetiach płytkich gwiazdek pop, Amerykanin nadaje swemu dziełu wyrafinowaną strukturę i dzieli swoją opowieść na rozdziały, których tytuły to między innymi "Genesis" i "Regenesis". Jednocześnie Corbet chętnie korzysta z monumentalnych, szerokich planów i ilustruje perypetie bohaterów złowieszczą muzyką. W najlepszych momentach "Vox Lux" wytworzony w ten sposób kontrast pomiędzy wzniosłością a trywialnością pozwala wykreować na ekranie atmosferę pierwszorzędnej groteski. Dzieje się tak choćby w scenie z początku filmu, gdy dwie siostry zostają poproszone o wypowiedzenie kilku słów na pogrzebie przyjaciół. Dziewczyny, zasłaniając się brakiem daru przemawiania, postanawiają zaśpiewać piosenkę. Specjalnie przygotowany przez nie utwór wzbudza entuzjazm publiczności, staje się szlagierem i daje bohaterkom przepustkę do światowej kariery.
 
Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ

***


Stare grzechy mają długie cienie, rec. filmu "Werk ohne Autor", reż. Florian Henckel von Donnersmarck

Nic nie może przecież wiecznie trwać. Nowy utwór laureata Oscara Floriana Henckela von Donnersmarcka zakończył złotą serię znakomitych, dobrych lub przynajmniej intrygujących filmów w tegorocznym konkursie głównym Wenecji. "Werk ohne Autor" ambicje ma równie rozbuchane co metraż. Próbuje być jednocześnie opowieścią o losie artysty w świecie rozdartym przez ideologie i refleksją nad pokoleniem Niemców uwikłanych w nazizm. W obu przypadkach daje jednak widzom znacznie mniej niż obiecuje.

werk-ohne-autor.jpg


Akcja filmu rozpoczyna się tuż przed wybuchem II wojny światowej. W muzeum w Dreźnie mały Kurt Barnert wraz z ciocią Elisabeth słucha wykładu na temat sztuki awangardowej, którą rządzący krajem narodowi nacjonaliści uważają za wynaturzoną. Nazistom przeszkadzają nie tylko dadaizm i kubizm. Dążąc do stworzenia idealnego aryjskiego społeczeństwa, eliminują z niego jednostki ich zdaniem wybrakowane: niepełnosprawnych, upośledzonych i chorych psychicznie. Czystka nie omija, niestety, domu Barnertów – nadwrażliwa, cierpiąca na zaburzenia emocjonalne Elizabeth zostaje skierowana na przymusową hospitalizację. Na moment przed tym, jak sanitariusze siłą zapakują ją do ambulansu, dziewczyna prosi siostrzeńca, by "nigdy nie odwracał wzroku". Mijają lata, wojenny ogień dogasa. Dorosły Kurt zaczyna studia na akademii sztuk pięknych. Wkrótce zakochuje się z wzajemnością w pięknej Ellie. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że ojciec dziewczyny, szanowany ginekolog, skrywa mroczną tajemnicę mającą związek z tragedią, która w przeszłości spotkała rodzinę chłopaka.

Trwający ponad trzy godziny, rozgrywający się na przestrzeni ćwierć wieku film pomyślany jest jako epicka i kameralna jednocześnie historia inicjacyjna. Wysoki budżet widać zarówno w obrazach wojennej zawieruchy, jak i w efektach pracy scenografów, którym udało się oddać na ekranie schizofreniczną rzeczywistość podzielonych żelazną kurtyną Niemiec lat 60. Za efektowną oprawą kryje się jednak niepotrzebnie rozwleczona i mało przekonująca fabuła po brzegi wypełniona wzniosłymi sentencjami w stylu: Wszystko, co prawdziwe, jest piękne albo Osoba, która ratuje jedno życie, ratuje cały świat, albo Nie głosujcie na partię, głosujcie na sztukę.

Całą recenzję Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ. 

zobacz też: