Recenzujemy nowe filmy Pabla Trapera, Mike'a Leigh i László Nemesa

https://www.filmweb.pl/news/Recenzujemy+nowe+filmy+Pabla+Trapera%2C+Mike%27a+Leigh+i+L%C3%A1szl%C3%B3+Nemesa-129752
Dziś recenzujemy dla Was prosto z Wenecji "The Quietude" argentyńskiego reżysera Pabla Trapera – twórcy m.in. "El Clan", oraz "PeterlooMike'a Leigh o tytułowej XIX-wiecznej masakrze w Manchesterze. 

***


Woman power

rec. filmu "The Quietude", reż. Pablo Trapero

W nowym filmie Pabla Trapera dzieje się tyle, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć. Może od sceny, gdy  pozornie kochająca żona odłącza męża od aparatury podtrzymującej życie, szepcząc mu do ucha szpetne przekleństwa? A może od tej, w której dwie niemal bliźniaczo podobne do siebie siostry, masturubują się w tym samym czasie, wspominając wspólnego przyjaciela z dzieciństwa? Kiedy dodamy jeszcze do tego obraz kobiety, która budzi się po groźnym wypadku, by tuż po otwarciu oczu usłyszeć od matki tyradę o tym, jak "gównianą" jest córką, zyskamy mniej więcej pełny obraz sytuacji... Jeśli powyższy opis budzi w Was przekonanie, że "The Quietude" to film wyglądający jak owoc współpracy Ingmara Bergmana, Francoisa Ozona i Ilony Łepkowskiej, macie sto procent racji. Jeśli jednak sądzicie, że taka mieszanka z definicji musi okazać się niestrawna, grubo się mylicie. Dzieło Trapera przynosi sporo odbiorczej frajdy, a przy okazji stanowi z pewnością jeden z najniezwyklejszych filmów o rodzinnych "love/hate relationships", jakie widzieliśmy w kinie ostatnich lat.


Opowiadana w "The Quietude" historia Eugenii i Mii (znakomite Bérénice Bejo i Martina Gusman) – sióstr spotykających się po latach, by stawić czoła mrocznej przeszłości własnej rodziny, roi się od ekscentrycznych szczegółów i ryzykownych wolt. Nie ma wątpliwości, że tego rodzaju fabułę mógł utrzymać w ryzach tylko naprawdę utalentowany reżyser. O tym, że Trapero to fachowiec jakich mało, wiadomo tymczasem co najmniej od czasu znakomitego "Klanu". Aby docenić kunszt Argentyńczyka, wystarczy zwrócić uwagę na to, jak operuje on samą warstwą dźwiękową, w wielu momentach wchodzącą w polemikę z obrazem. Wytwarzające się wówczas kontrasty potęgują poczucie, że ekranowa rzeczywistość rządzi się własnymi, nierzadko cokolwiek absurdalnymi prawami. Wykreowaniu podobnego wrażenia służy także – jak to tradycyjnie bywa u Trapera – eklektyczna ścieżka dźwiękowa, na której usłyszymy między innymi Vanessę Paradis i nieodżałowaną Arethę Franklin. Najważniejszym utworem, powracającym w filmie dobrych kilka razy, okazuje się jednak piosenka "Amor Completo" w wykonaniu chilijskiej gwiazdy Mon Laferte. Pojawiające się w refrenie utworu słowa "Miłość niespokojna, miłość narkotyczna, miłość kompletna" stanowią najcelniejszą charakterystykę więzi łączącej Eugenię i Mię.

Trapero konsekwetnie nadaje siostrzanej relacji dynamikę zarezerwowaną zwykle dla pełnych namiętności, romantycznych relacji. Łącząca bohaterki bliskość jest na przemian toksyczna i krzepiąca, a one same potafią mocno się ranić, lecz jednocześnie wiedzą, że w sytuacji kryzysowej mogą liczyć tylko na siebie nawzajem. 

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ


***


Wolność, równość i nuda
rec. filmu "Peterloo", reż. Mike Leigh

Poczciwy chłopiec wraca z pola bitwy prosto w ramiona ubogiej matki. Nie potrafi przestać płakać. Po powrocie przez większość czasu milczy, chłonie zmieniającą się dookoła rzeczywistość. Po jego wyrazie twarzy widać, że nie pojmuje znaczenia rewolucyjnych haseł, jakie w jego otoczeniu się nieustannie mnożą. "Wolność albo śmierć!" – krzyczą dookoła niego transparenty nieczułe na to, że młodemu człowiekowi udało się cudem ocalić z pola bitwy. Kto by pomyślał, że przyjdzie mu wkrótce zginąć z rąk własnych pobratymców 


Najnowsze dzieło Mike'a Leigh portretuje kulisy krwawych wydarzeń z sierpnia 1819 roku i tzw. masakry Peterloo w Manchesterze. Charakterystycznie brzmiąca nazwa odnosi się ironicznie do – jakże emblematycznego – brytyjskiego zwycięstwa pod Waterloo nad wojskami Napoleona. Zgromadzenie o pokojowym charakterze nawołujące do rozszerzenia karty swobód obywatelskich zostało brutalnie stłumione przez lokalne władze obawiające się – na fali Wielkiej Rewolucji Francuskiej – społeczno-politycznej rewolty. Wojskowa żandarmeria versus nieuzbrojeni cywile – kobiety, mężczyźni i dzieci. W jednym z wywiadów reżyser "Happy go lucky" uznał, że ten ważny i bolesny epizod z dziejów jego ojczyzny traktowany jest zarówno w szkołach, jak i w debacie publicznej po macoszemu. Szlachetność intencji twórcy zostaje jednak stłamszona przez nachalną retorykę, która przenika na wskroś patriotyczny, a przede wszystkim patetyczny fresk brytyjskiego reżysera. 

Leigh świadomie estetyzuje obraz filmowy, tak aby poszczególne często statyczne kadry przypominały malarskie płótna. Reżyser "Pana Turnera" uszlachetnia tym samym prowincjonalną codzienność i prostotę ludzi nieuprzywilejowanych, lecz wielce poczciwych. Twórca kieruje ich w stronę wydobywające z mroku światło, kreśli sylwetki bohaterów, podkreślając, że należy im się miejsce w tej wrogiej ideologicznie przestrzeni. Jednostki w obliczu machiny państwowej, polityki, która odbiera jej przede wszystkim godność. Leigh w sposób jaskrawy uderza w niehumanitarność władzy, czyniąc ją obiektem nie tylko nienawistnym, lecz również kalekim i wizualnie obrzydliwym. Ci, co w swoich sądach powołują się na Boga, okazują się jego największymi przeciwnikami – zdaje się kaznodziejsko prawić z ekranu brytyjski mistrz. 


Całą recenzję Diany Dąbrowskiej można przeczytać TUTAJ


***


Ciemno, prawie noc
rec. filmu "Schyłek dnia", reż. László Nemes

Po tym jak w 2016 roku "Syn Szawła" zgarnął szereg prestiżowych nagród na czele z Oscarem dla nieanglojęzycznego filmu, do drzwi László Nemesa musiał zapukać niejeden amerykański producent. Reżyser postanowił nie wsiadać jednak w pociąg do Hollywood. Zamiast tego nakręcił w rodzinnych Węgrzech "Schyłek dnia". Tytuł odnosi się do sportretowanego na ekranie okresu historycznego. Jest rok 1913, za kilkanaście miesięcy w Sarajewie dojdzie do zamachu na arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Okaże się on iskrą, która pogrąży świat w wojennej pożodze. W Budapeszcie pozornie wszystko trwa po staremu: wytworne damy kupują kapelusze, arystokracja  i burżuazja raczą się szampanem na rautach, a w drodze z oficjalną wizytą jest sam cesarz. Za tą wypolerowaną fasadą prosperity lęgną się jednak demony, które już wkrótce wypełzną na światło dzienne.


Główna bohaterka Irisz Leiter (Juli Jakab) powraca po latach do Budapesztu z nadzieją na pracę w sklepie niegdyś będącym własnością jej nieżyjących rodziców. Dziewczyna nie zostaje jednak przyjęta z otwartymi ramionami. Nowy właściciel salonu próbuje się jej jak najszybciej pozbyć, dawni znajomi rodziny nabierają wody w usta. Bohaterka wpada niespodziewanie na trop tajemnicy z przeszłości, która zaprowadzi ją zarówno do pałacu pogrążonej w obłędzie hrabiny, jak i spelun odwiedzanych przez morderców i gwałcicieli. Podróżując w głąb króliczej nory, przekona się, że Budapeszt – perła w koronie cesarstwa Austro-Węgierskiego – pogrąża się w chaosie. Nastroje radykalizują się, odpowiedzią na społeczną niesprawiedliwość jest agresja. "Ukryty w mieście krzyk" rozbrzmiewa coraz głośniej. Oglądając "Schyłek dnia", trudno nie mieć skojarzeń z bieżącą sytuacją polityczną w Europie. Zupełnie jakby ludzkość tkwiła w jakimś zaklętym kręgu historii zmuszającym ją do popełnienia tych samych tragicznych błędów.

Tak jak w swoim głośnym debiucie Nemes skrajnie subiektywizuje narrację.  Praktycznie każda scena odbywa się z udziałem Iris bądź jest fotografowana z jej punktu widzenia. Kamera unika planów dalekich i ogólnych. Nie ma tu delektowania się rekonstrukcją minionej epoki, skrupulatną pracą scenografów i speców od kostiumów. Kadry przypominają zazwyczaj pożółkłe, wyprane z barw zdjęcia ze starego albumu fotograficznego. Podobną powściągliwość widać również w inscenizacji wybuchów przemocy. Reżyser nie epatuje krwawymi detalami, a najbrutalniejsze zdarzenia woli widzowi zasugerować, niż pokazać. Pomimo formalnej dyscypliny w filmie nadal nie brakuje scen, które ogląda się na wstrzymanym oddechu.

Całą recenzje Łukasza Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ
Udostępnij: