Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/12.+Mastercard+Off+Camera%3A+Twarze+Ameryki-132846

12. Mastercard Off Camera: Twarze Ameryki

  • autor: Jakub Popielecki, Piotr Czerkawski
  • Relacja
Amerykańskie kino niezależne zawsze było wizytówką festiwalu Off Camera. W tym roku w Krakowie mogliśmy obejrzeć m.in. "Zwierzęta Ameryki" Barta Laytona z Evanem Petersem i Barrym Keoghanem czy pokazany na otwarcie imprezy "Vox Lux" Bradyego Corbeta z Natalie Portman.
 

***


Ptaszki na uwięzi ("Zwierzęta Ameryki", reż. Bart Layton)


"To nie jest prawdziwa historia", głosi otwierający film napis. Po chwili słowo "nie" znika i zostajemy z "To jest prawdziwa historia". Nic dziwnego: w końcu "Zwierzęta Ameryki" z premedytacją balansują na cienkiej granicy między faktem a fikcją. Reżyser Bart Layton pokazuje proces zamazywania się rzeczywistości. Przy okazji obnaża mechanizmy narracyjne, które choć służą prawdzie, to stanowią kłamliwe – albo przynajmniej nierzetelne – zapośredniczenie. Pamięć jest wadliwa, marzenia górnolotne, a wprawiona w ruch machina opowieści aż kusi do konfabulacji. Kiedy zagalopujesz się w fantazjowaniu, trudno jednak rozpoznać, co jest motyką, a co słońcem.
  
1_SP5oFzR55qswai7nL_OK1g.jpeg

Sprawa jest prosta: w 2004 roku w mieście Lexington w stanie Kentucky grupa studentów postanowiła ukraść bezcenne biblioteczne eksponaty uniwersytetu Transylvania, wśród nich m.in. egzemplarz słynnych "Ptaków Ameryki" Johna Jamesa Audubona. Layton opowiada ich historię, bawiąc się kinowymi sposobami dochodzenia do prawdy. "Zwierzęta Ameryki" to niby film fabularny, ale wspomagający się materiałami dokumentalnymi. Przy odrobinie dobrej woli – albo retorycznej swady – można by postawić tezę, że Layton stosuje skrajny wariant metody Errola Morrisa. Dla twórcy "Cienkiej, niebieskiej linii" jednym z dokumentalnych narzędzi jest przecież inscenizacja. W "Zwierzętach Ameryki" ten element oczywiście dominuje, ale oprócz aktorów Evana Petersa i Barryego Keoghana przed kamerą stają też prawdziwi bohaterowie historii. Bywa nawet, że postać i jej pierwowzór wdają się w dyskusję, na ile film odpowiada faktom. 

Keoghan wciela się w neurotycznego studenta malarstwa, Spencera, Peters gra z kolei nieobliczalnego Warrena ze stypendium sportowym. Introwertyk i ekstrawertyk, nieśmiały outsider i nadpobudliwy prowodyr – chłopcy różnią się charakterami i pomysłem na życie, ale łączy ich wspólne rozczarowanie amerykańskim snem. Nauczeni przez narodowy mit, by marzyć w wielkiej skali, cierpią brutalne starcie z rzeczywistością, która nie ma dla nich nic poza beznadzieją zwyczajności. Rodzice i nauczyciele prawią kazania o zwycięzcach i przegranych, o szansach na sukces i etosie self-made mana, ale bohaterowie słyszą w tym jedynie utrwalający staus quo fałsz. O ironio: kiedy postanowią wyrwać się z matriksowego wyścigu szczurów, zrobią to w sposób, jaki podpowiedziało im kino. 

Całą recenzję Jakuba Popieleckiego można przeczytać TUTAJ

***


Stop Making Sense ("Vox Lux", reż. Brady Corbet)


O Bradym Corbecie można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest minimalistą. Amerykański reżyser tworzy kino zachłanne, ekstrawertyczne, napędzane przez twórcze ADHD. W "Vox Lux" zaledwie 30-letni filmowiec próbuje połączyć ze sobą biblijne aluzje, zamachy terrorystyczne i drapieżną krytykę współczesnej popkultury. Jakby tego było mało, stylizując film na ironiczną kronikę upadku gwiazdy, zdaje się rzucać wyzwanie samemu Orsonowi Wellesowi. Tak megalomański zamiar nie mógł oczywiście powieść się w stu procentach, ale "Vox Lux" ma spore szanse, by w języku kinofilów stać się za parę lat synonimem sformułowania "ambitna porażka". Póki co, wizji Corbeta z pewnością nie można odmówić wyrazistości, której dowód stanowi choćby reakcja publiczności pierwszego pokazu filmu na festiwalu w Wenecji. Jak łatwo się domyślić, brawa mieszały się wówczas z próbującym zagłuszyć je buczeniem.

vl_01614.jpg

Czego jak czego, ale młodemu twórcy nie sposób odmówić artystycznej konsekwencji. Podobne jak w debiutanckim "Dzieciństwie wodza", Corbet portretuje świat u progu Apokalipsy. Dla reżysera nie ma przy tym znaczenia, że akcję poprzedniego filmu umieścił w przededniu I wojny światowej, a w "Vox Lux" cofa się raptem do początków XXI wieku. Stylistycznie Corbet wciąż pozostaje wierny starej zasadzie "mocniej, wyżej, szybciej". Choć "Vox Lux" opowiada o perypetiach płytkich gwiazdek pop, Amerykanin nadaje swemu dziełu wyrafinowaną strukturę i dzieli swoją opowieść na rozdziały, których tytuły to między innymi "Genesis" i "Regenesis". Jednocześnie Corbet chętnie korzysta z monumentalnych, szerokich planów i ilustruje perypetie bohaterów złowieszczą muzyką. W najlepszych momentach "Vox Lux" wytworzony w ten sposób kontrast pomiędzy wzniosłością a trywialnością pozwala wykreować na ekranie atmosferę pierwszorzędnej groteski. Dzieje się tak choćby w scenie z początku filmu, gdy dwie siostry zostają poproszone o wypowiedzenie kilku słów na pogrzebie przyjaciół. Dziewczyny, zasłaniając się brakiem daru przemawiania, postanawiają zaśpiewać piosenkę. Specjalnie przygotowany przez nie utwór wzbudza entuzjazm publiczności, staje się szlagierem i daje bohaterkom przepustkę do światowej kariery. 

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ

zobacz też: