Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/article/Recenzujemy+nowe+filmy+Paula+Greengrassa+i+Carlosa+Reygadasa-129811

Recenzujemy nowe filmy Paula Greengrassa i Carlosa Reygadasa

  • autor: Diana Dąbrowska, Piotr Czerkawski, Łukasz Muszyński
  • Relacja
Nasi recenzenci obejrzeli w Wenecji "22 lipca" Paula Greengrassa o masakrze na wyspie Utøya, komedię obyczajową o śródziemnomorskim klimacie – "Summer HouseValerii Bruni Tedeschi oraz intymny film Carlosa Reygadasa "Our Times". Fragmenty recenzji znajdziecie poniżej. 
***

Pozostawieni, rec. filmu "22 lipca", reż. Paul Greengrass

Jeśli Paul Greengrass bierze się za film o Andersie Breiviku i masakrze na wyspie Utøya, wiesz, że po seansie obsługa kina będzie musiała zbierać cię do szufelki. Przypomnijcie sobie tylko "Krwawą niedzielę" i "Lot 93", w których brytyjski reżyser odtworzył inne autentyczne tragedie – brutalne stłumienie protestu w Belfaście oraz uprowadzenie przez terrorystów-samobójców samolotu pasażerskiego. Z precyzją i przywiązaniem do detalu wyniesionymi z kina dokumentalnego twórca "Ultimatum Bourne'a" rekonstruował ciąg zdarzeń prowadzących do katastrofy. Zamiast stawiać tezę i zajmować stanowisko, obserwował. Zamiast podkręcać w sztuczny sposób emocje, trzymał się faktów. Efekt i tak zwalał z nóg.

3 21

"22 lipca" można traktować jako domknięcie nieformalnej trylogii, w skład której wchodzą wspomniane wyżej filmy. Każdy utwór poświęcony jest wydarzeniu będącemu źródłem narodowego wstrząsu – "Krwawa niedziela" otwiera ranę na sercach Irlandczyków, "Lot 93" mierzy się z amerykańskimi demonami. Najnowsze dzieło brytyjskiego reżysera ma jednak inną konstrukcję niż jego poprzednicy. Zamachy terrorystyczne nie są tu konkluzją, lecz punktem wyjścia. Pełnią rolę rozbudowanego prologu w subtelnym, świetnie zagranym dramacie psychologicznym, opowieści o długim i bolesnym procesie radzenia sobie z traumą. W filmie Greengrassa ma ona podwójny wymiar: osobisty i ogólnokrajowy.

Przypomnijmy: rankiem 22 lipca 2011 roku prawicowy ekstremista Anders Breivik zdetonował  pod siedzibą premiera Norwegii bombę ukrytą w samochodzie-pułapce. Następnie uzbrojony po zęby przedostał się na wyspę Utøya, gdzie odbywał się obóz dla młodzieży z socjaldemokratycznej Partii Pracy. Łącznie w wyniku ataków zginęło 77 osób, a kolejnych kilkadziesiąt zostało ciężko rannych. Po wszystkim Breivik oddał się w ręce w policji. Przyznał się do winy, tłumacząc, że kierowały nim pobudki ideologiczne. Zamachy miały być aktem sprzeciwu wobec wielokulturowości oraz próbą zapobiegnięcia muzułmańskiej inwazji w Europie.

Trwające kilkadziesiąt minut otwarcie filmu – ostatnie przygotowania do masakry, ataki oraz łańcuch zdarzeń tuż po – to najlepszy dreszczowiec, jaki zobaczycie w tym roku. Reżyser składa widzom chłodny raport: ani nie uderza w melodramatyczne tony, ani nie rozkoszuje się przemocą. Na przemian przygląda się Breivikowi (Anders Danielsen Lie), który bez cienia emocji pozbawia życia kolejne ofiary, oraz przerażonym, zdezorientowanym dzieciakom próbującym umknąć przed lufą mordercy. Wśród nich jest Viljar (Jonas Strand Gravli) – pochodzący z małego miasteczka charyzmatyczny społecznik. Spotkanie z zamachowcem zakończy się dla niego m.in. utratą wzroku w jednym oku, niedowładem dłoni oraz problemami z poruszaniem się. Rekonwalescencji bardziej niż ciało będzie potrzebował jednak umysł skażony wspomnieniami tragedii. Trudno o czytelniejszy symbol traumy nastolatka niż znajdujące się w jego głowie, trudne do usunięcia odłamki kul. W jednej ze scen Viljar zapyta dziewczynę, która również ocalała z zamachu: Żyjemy, ale co to oznacza?


Całą recenzję Łuaksz Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ

***

C'est la vie, rec. filmu "Summer House" ("Les estivants"), reż. Valeria Bruni Tedeschi

Już na samym początku nowego filmu Valeria Bruni Tedeschi umieściła scenę mówiącą o nim właściwie wszystko. Oto Anna (w tej roli sama reżyserka) przedstawia swój nowy projekt przed komisją scenariuszową. Członkowie gremium zadają coraz bardziej wścibskie i złośliwe pytania, czym doprowadzają artystkę na skraj załamania nerwowego. W pewnym momencie kamera zatrzymuje się na twarzy 88-letniego Fredericka Wisemana. Grający samego siebie sędziwy mistrz kwituje obserwowane wydarzenia grymasem wyrażającym jednocześnie niedowierzanie i iście łobuzerską ekscytację. Choć znany dokumentalista znika z ekranu po kilkunastu sekundach, jego duch unosi nad "Summer House" już do samego końca seansu.


les_estivants_still_1.jpg

Tedeschi, podobnie jak zwykł to czynić Wiseman, który na tegorocznym festiwalu w Wenecji pokazał swój najnowszy film (znakomita "Monrovia, Indiana"), stawia na bohatera zbiorowego. Równie ważni jak Anna okazują się bowiem dla Francuzki przyjaciele kobiety spotykający się w pięknej nadmorskiej willi, by wspólnie nakręcić film. Sam budynek i jego okolica również odgrywają w opowieści istotną rolę. Przepastny ogród, gdzie artyści trwonią czas na niekończących się biesiadach, kontrastuje z ciasnotą wnętrz, stanowiących z kolei domenę usługującej burżujom służby. Myliłby się jednak ten, kto spodziewa się po "Summer House" jeszcze jednej opowieści o zepsutych bogaczach i szlachetnych ludziach pracy. Pokazując, że relacje wewnątrz obu grup przesiąknięte są tą samą, podskórną rywalizacją, Tedeschi udowadnia, że interesuje ją wszystko, poza upraszczającą publicystyką.

"Summer House" najlepsze jest wtedy, gdy reżyserce udaje się złapać widza w pułapkę i obnażyć zwodniczy charakter ekranowej idylii. Doskonały przykład tej strategii stanowi podejście do używanego przez bohaterów języka. Choć Anna i jej przyjaciele pozują na wyrafinowanych kosmpolitów, którzy z jednakową swobodą porozumiewają się francuskim i włoskim, w rzeczywistości sprawa okazuje się bardziej skomplikowana. Nieustanne mieszanie dwóch porządków świadczy z jednej strony o niemożności osiągnięcia pełnego porozumienia, a z drugiej demaskuje złożoną naturę niemal każdej postaci. To przecież nie przypadek, że ludzie prowadzący po francusku intelektualne rozmowy o sztuce, po przejściu na język Dantego obnażają temperament godny największych heroin włoskiego neorealizmu.

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ

***


Wszyscy jesteśmy rogaczami, rec. filmu "Our Times" ("Nuestro Tiempo"), reż. Carlos Reygadas

Po canneńskim sukcesie "Post Tenebras Lux" Carlos Reygadas powraca na festiwalowe salony. Tym razem jednak enfant terrible meksykańskiego kina prezentuje najbardziej osobiste, spójne i wyrafinowane formalnie dzieło w swojej – jakże hybrydowej – filmografii. Współczesny, ale zarazem uniwersalny traktat o niedoskonałości ludzkiej natury może sporo namieszać w głęboko zanurzonym w historiografii konkursie głównym tegorocznego, weneckiego konkursu. Istnieje nawet szansa, że twórca "Our Times (Nuestro Tiempo)" wyjedzie z bajecznego Lido z jakimś cennym wyróżnieniem pod pachą.


3 21


U Reygadasa punktem wyjścia dla fikcji jest rzeczywistość o rodzinnym zapleczu. W najnowszym filmie meksykańskiego reżysera występuje on sam, żona Natalia López, którą widzowie mogą kojarzyć z "Post Tenebras Lux" i "Stellet Licht", a także ich prawdziwe dzieci oraz własny dom. Jeśli wątki autobiograficzne odnoszą się również do fabularnych perypetii postaci, meksykański reżyser powinien – szybko i poważnie – zastanowić się nad małżeńską terapią dla par Otóż Juan (Carlos Reygadas) jest światowej sławy poetą prowadzącym wraz z "lepszą połową" Esther (Natalia López) niemałych rozmiarów ranczo i hodowlę ukochanych byków. Ich wspólne życie wydaje się kompletne. Na rodzinnym portrecie pojawia się jednak wyraźna rysa – Esther decyduje się na romans z miejscowym "zaklinaczem koni", Amerykaninem Philem. Zasmucony zdradą Juan wpada na szalony pomysł, jak utrzymać swoje – tylko na pozór idealne – małżeństwo w ryzach.

"Our Times" to dzieło niezwykle zmysłowe i wciągające, utkane z różnych manierycznych konwencji narracyjnych. Na uwagę zasługuje już charakterystycznie przedłużona w czasoprzestrzeni sekwencja otwarcia – kamera z dokumentalnym zaciekawieniem przygląda się wpierw radosnym dzieciom, następnie pobudzonym nastolatkom, aby ostatecznie ustanowić właściwych bohaterów oglądanej opowieści. Wspomniany zabieg pozwala wczuć się w rytm historii i poczuć moment, kiedy świat Juana traci równowagę, co reżyser skrzętnie oddaje za sprawą licznych, wizualnych kontrapunktów i zmian w nastrojowej tonacji dzieła. W najnowszym filmie Reygadasa nie brakuje jak zawsze ironii i czarnego humoru, przeżyć ekstremalnych, mistycznych i dzikich, a także bezpośredniości czy dosłowności (szczególnie w odważnych scenach zbliżeń seksualnych). Ale to wspomniane elementy stanowią tym razem o wyjątkowości najnowszego dzieła meksykańskiego twórcy.

Całą recenzję Diany Dąbrowskiej można przeczytać TUTAJ

zobacz też: