Recenzujemy "The Nightingale" Jennifer Kent i nowy film twórcy "Tetsuo"

  • Relacja
Festiwal w Wenecji zbliża się do końca. My jednak nie ustajemy w wysiłkach, by dostarczać Wam recenzji najciekawszych fimów. Dziś oceniamy "The Nightingale" Jennifer Kent, który Piotr Czerkawski nazwał "feministycznym westernem i angażującym emocjonalnie kinem zemsty", a także najnowsze dzieło twórcy "Tetsuo" i "Kotoko" pt. "Zan". Fragmenty obu recenzji znajdziecie poniżej. 

***

Drapieżność, rec. filmu "The Nightingale", reż. Jennifer Kent

Nie wiem jak Wy, ale osobiście, gdy słyszę sformułowania w rodzaju "136-minutowy film historyczny z Australii", odbezpieczam rewolwer. Po obejrzeniu "The Nightingale" pozostało mi jednak tylko odłożyć go na bok i dołączyć do tłumu oklaskującego premierowy seans na festiwalu w Wenecji. Wbrew moim początkowym obawom, film Jennifer Kent nie ma bowiem nic wspólnego z manierycznym slow cinema. Zamiast tego, stanowi wybuchową mieszankę feministycznego westernu i angażującego emocjonalnie kina zemsty.

jennifer-kent-the-nightingale.jpg

Wszystko zaczyna się od piosenki o tytułowym słowiku, którą piękna Claire (Aisling Franciosi w roli na miarę Jennifer Lawrence z "Do szpiku kości") śpiewa w obecności angielskiego oficera. Zauroczony głosem i urodą dziewczyny żołnierz natychmiast pragnie ją posiąść. Wobec zdecydowanej odmowy postanawia użyć przymusu, przy okazji wyrządzając krzywdę najbliższym ofiary. Choć brutal w mundurze jest przekonany, że akt przemocy ujdzie mu na sucho, nie wie jeszcze, z kim zadarł. Claire przypomina sobie o płynącej w jej żyłach gorącej irlandzkiej krwi i z niewinnej dziewczyny przeistacza się w prawdziwego anioła zemsty. Gdy pod koniec filmu zaśpiewa swą ulubioną piosenkę raz jeszcze, jej głos nie będzie już aksamitny, lecz pełen hipnotyzującej drapieżności.

Przemiana bohaterki jest oczywiście złożonym procesem, którego motor napędowy stanowi chęć odszukania okrutnego oprawcy i jego niemniej antypatycznych towarzyszy. W wysiłkach tych wspiera Claire aborygeński przewodnik Billy, sam mający z Anglikami spore rachunki do wyrównania. Relacja między dwójką protagonistów stanowi jeden z najmocniejszych punktów "The Nightingale". Claire i Billy mają świadomość dzielących ich różnic i początkowo traktują siebie nawzajem z rosnącą nieufnością. Powstające między nimi napięcia stanowią zresztą chwilami źródło celnego humoru przynoszącego widzowi gęstego i ponurego filmu zasłużone momenty wytchnienia.

Podjęty przez Kent wątek sojuszu dwojga żądnych krwi outsiderów odsyła, rzecz jasna, do kina Quentina Tarantino. W przeciwieństwie do znakomitego kolegi po fachu, australijska reżyserka twardo stąpa jednak po ziemi i nie próbuje pokusić się o stylistyczne szarże. Nie oznacza to wcale, że "The Nightingale" można uznać za kino stylu zerowego. O tym, że twórcy potrafią zrobić użytek z filmowej formy, świadczą świetne zdjęcia Radosława Ładczuka, który współpracował z Kent już przy jej debiutanckim "The Babadook". Choć w pierwszych scenach filmu dominuje w nim klaustrofobiczna estetyka, z biegiem czasu plany stają się coraz szersze. Zabieg ten nie tylko wygląda efektownie, lecz także doskonale koresponduje z procesem nabywania przez bohaterkę samoświadomości. 

Całą recenzję Piotra Czerkawskiego można przeczytać TUTAJ

***


Zabić, jak to łatwo powiedzieć, rec. filmu "Zan" reż. Shinya Tsukamoto

Shinya Tsukamoto po raz pierwszy w karierze wziął na warsztat gatunek kina samurajskiego. I – jak można się tego było spodziewać po twórcy "Tetsuo" oraz "Kotoko" – postawił go na głowie. "Zan" więcej ma wspólnego z beckettowskim teatrem absurdu aniżeli tradycyjnymi opowieściami o twardzielach w kimonach. To bardziej posępny poemat aniżeli kino akcji.

zan-cr.jpg

Akcja filmu rozgrywa się w XIX wieku w schowanej przed światem maleńkiej japońskiej wiosce. Sosuke Ikematsu wciela się w młodego ronina (czyli samuraja bez pana), który znalazł schronienie w domu rolników. W zamian za kąt do spania oraz miskę ryżu mężczyzna pomaga gospodarzom w pracy na polu, a w wolnych chwilach uczy fechtunku ich nastoletniego syna. Pewnego dnia w okolicy pojawia się kolejny ronin (w tej roli sam reżyser) szukający ochotników gotowych wyruszyć  z nim do stolicy w poszukiwaniu nowego zwierzchnika. Będący pod wrażeniem zdolności szermierskich bohatera przybysz zaprasza go na wyprawę. Co krok pojawiają się jednak nowe przeszkody opóźniające rozpoczęcie podróży. Sprawy komplikuje zwłaszcza obozująca niedaleko osady banda rzezimieszków, którzy wypatrują okazji, by rozpłatać komuś brzuch.

Drzewa szumią, ptaki świergoczą, strumyk płynie z wolna, a bohaterowie filmu Tsukamoty wydają się uwięzieni w egzystencjalnej pułapce. Kultura, tradycja i normy społeczne zamykają ich w wyraźnie określonych rolach. Samurajowie mają walczyć i zabijać, chłopi – siać ryż i zginać kark, zaś kobiety – w milczeniu akceptować decyzje mężczyzn. Kiedy jednak ktoś próbuje się wyłamać i wyjść poza schemat, tragedia jest tylko kwestią czasu. Reżyser z właściwą sobie przewrotnością portretuje mroczne namiętności targające trójką głównych postaci. Trudno o lepszą wizytówkę jego dzieła jak przedziwna (niezwykle sensualna i brutalna zarazem) scena miłosna, która zaczyna się od oralnej pieszczoty palca, a kończy na podduszaniu. W "Zan" pożądanie i przemoc zwierają się ze sobą, co owocuje duszną, oniryczną atmosferą.

Całą recenzję Łukasz Muszyńskiego można przeczytać TUTAJ.

zobacz też: