Relacja

TOFIFEST 2013: Życiowi rozbitkowie. Jak o nich opowiadać i jak tego nie robić

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/TOFIFEST+2013%3A+%C5%BByciowi+rozbitkowie.+Jak+o+nich+opowiada%C4%87+i+jak+tego+nie+robi%C4%87-99923
W czwartek na festiwalu Tofifest w Toruniu można było obejrzeć m.in. dwa filmy o życiowych rozbitkach. Holenderski "Matterhorn" pokazał, jak ciekawie i bezpretensjonalnie można o nich opowiadać. Z kolei polski "Zabić bobra" jest przykładem najgorszego podejścia do tematu.


"Matterhorn"

Mężczyźni zranieni (recenzja filmu "Matterhorn")

Niezbadane są wyroki losu. Bo też któż by pomyślał, że dwóch kiedyś zwyczajnych mężczyzn odnajdzie zbawienie, gdy zostaną pchnięci we własne objęcia.

Fred żyje samotnie w okolicy zamieszkałej przez zagorzałych protestantów. Sam też stara się być człowiekiem Boga. Prowadzi surowe, aż do przesady pedantyczne życie. Tylko dzięki rygorowi niezmienności zachowania potrafi opanować ból, jaki na wskroś przeszywa jego duszę. Ból po stracie żony i syna. Pewnego dnia jego uporządkowana egzystencja zostanie wywrócona do góry nogami. A wszystko przez Theo, który pojawił się znikąd. Mężczyzna wydaje się bardzo ograniczony umysłowo. Niewiele mówi, niewiele potrafi zrobić, ale rozumie polecenia i wykonuje je, nawet jeśli czasem nie pojmuje dlaczego. Fred postąpił zgodnie z bożym przykazaniem i przygarnął go pod swój dach. Traktuje go trochę jak syna, a trochę jak zwierzątko. Ale to właśnie sztywna struktura codzienności, jaką narzuci Theo Fred, będzie tym, co uratuje nieznajomego. W zamian odwdzięczy się on całkowitym ignorowaniem konwenansów, przez co pojawi się na ulicy w sukience żony Freda. To zaś doprowadzi do podejrzeń sąsiadów, że Fred i Theo są gejami. Oskarżenia nie będą trafione, ale jednocześnie bliskie osobistego dramatu Freda, przez co wzbudzą jego gniew, ale też otworzą go na możliwość zaleczenia ran.


"Matterhorn"
  bardzo łatwo można byłoby uznać za kino propagandowe, nawołujące do  tolerancji. Czasami przesłanie to ociera się o łopatologię, jak  chociażby w scenie, w której ważna dla Freda osoba śpiewa "To jest moje  życie". Jednak reżyserowi udało się uniknąć banalizacji opowieści.  Debiutujący w roli reżysera kinowego filmu pełnometrażowego holenderski  aktor Diederik Ebbinge skoncentrował się bowiem przede wszystkim na opowiedzeniu o spotkaniu dwóch nieznajomych. Jego bohaterowie są postaciami wyrazistymi o mocno skontrastowanych osobowościach. Starcie przeciwieństw i wzajemne oddziaływanie na siebie Freda i Theo są jądrem fabuły. Cała reszta jest tego emanacją. "Matterhorn" przypomina kręgi powstające na jeziorze po wrzuceniu do wody kamienia. Wychodzą z jednego punktu, by promieniście rozszerzać się, zagarniając coraz większą przestrzeń tafli.

Resztę recenzji Marcina Pietrzyka znajdziecie TUTAJ.

Szaleństwo artystycznych ambicji (recenzja "Zabić bobra")

Biedni są bohaterowie polskich filmów. Czasami można dojść do wniosku, że lepiej byłoby być Egipcjaninem żyjącym w czasach starotestamentowych plag niż postacią polskiej produkcji kinowej. Bo też naszym twórcom nie wystarczy jedna tragedia, wokół której można byłoby zbudować fabułę. Nie, u nas musi być ich tysiące, a co jedna to bardziej widowiskowa.

Jak to często w naszym kinie bywa, punkt wyjścia jest bardzo interesujący. Do rodzinnego gospodarstwa wraca Eryk. Kim jest, co robił, po co wrócił? To wszystko przez długi czas pozostanie dla nas tajemnicą. Można oczywiście domyślić się, że jest on byłym (a może wcale nie byłym?) wojskowym, że brał udział w misjach w różnych zapalnych miejscach globu, że przeszedł jakąś traumę, z której się nie wydobył. Ale nie rzuca to zbyt wiele światła na jego obecne zachowanie. Eryk zbyt długo nie cieszy się spokojem. Okazuje się bowiem, że w domu podczas jego nieobecności uwiła sobie gniazdko pewna licealistka. Dziewczyna nie zamierza się odczepić od bohatera. Wręcz przeciwnie, z typową dla nastolatek beztroską rzuca się w jego ramiona, choć Eryk co chwilę ostrzega ją przed grożącym jej z jego strony niebezpieczeństwem.


"Zabić bobra" to kino wymagające niezwykle zdyscyplinowanej narracji. Cała historia opiera się bowiem na intensywnej i niejednoznacznej relacji pomiędzy Erykiem a nastolatką. Ich więź nie sprowadza się wyłącznie do seksu. Ba, można by wręcz powiedzieć, że jest to najmniej istotny element, który ukrywa rzeczywiste pokłady bólu, strachu, obsesji. Jan Jakub Kolski niestety nie wykazał się finezją, wyczuciem czy zmysłem tkacza, który potrafiłby delikatnie spleść ze sobą poszczególne nici i stworzyć sugestywne i przeszywające widowisko.

Kolski zaprezentował nam filmowy węzeł gordyjski, który obiecuje cierpliwie, krok po kroku rozwiązać. Okazuje się to kłamstwem. "Zabić bobra" funkcjonuje tylko wtedy, kiedy dotyka spraw oczywistych, gdy trzeba powiedzieć głębszą prawdę bez korzystania ze słów, reżyser ponosi totalne fiasko. Dlatego też nie sposób uwierzyć w relację bohaterów. Dlatego też dialogi, które powinny wstrząsać widzem, wywołują pusty śmiech. Dlatego też tak bardzo irytują pozbawione sensu chwyty estetyczne (jak choćby trzykrotne pokazanie przelatującego po niebie samolotu czy widok księżyca w pełni mimo upływającego czasu).

Najbardziej szkoda Eryka Lubosa, który miota się po ekranie niczym bóbr w potrzasku. W tych nielicznych momentach, kiedy Kolski pozwala mu zagrać, Lubos jest na tyle wyrazisty, by przykuć uwagę widza.

Resztę recenzji Marcina Pietrzyka Przeczytacie TUTAJ.