Wywiad

WENECJA: Andrea Arnold dla Filmwebu o "Wichrowych wzgórzach"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA%3A+Andrea+Arnold+dla+Filmwebu+o+%22Wichrowych+wzg%C3%B3rzach%22-77570
Dwa lata temu nakręciła film z biegu okrzyknięty przez polską krytykę zachodnimi "Galeriankami". Tym razem podjęła się zadania, które mogłoby przerosnąć niejednego reżysera - autorka "Fish Tank" i laureatka Oscara za "Osę", Andrea Arnold, nie bała się stanąć za kamerą nowej adaptacji legendarnych "Wichrowych wzgórz". Obecnemu w Wenecji Łukaszowi Muszyńskiemu opowiedziała, dlaczego podjęła się tak trudnego zadania, na czym polega urok pracy z naturszczykami i skąd w jej snach powracający motyw koni. Zapraszamy.

Mam czaderski telefon, nieprawdaż? [brytyjska reżyserka zauważyła, że gapię się na jej smartfona w świecącej niczym dyskotekowa kula obudowie – Ł.M.].

Jest super.

W sumie nie powinnam się z nim obnosić. Jestem przecież poważną osobą. Ten pasuje bardziej do bohaterki "Fish Tank". Ale ty pewnie chciałbyś porozmawiać  o moim nowym filmie.

Jak to się stało, że zajęłaś się reżyserią "Wichrowych wzgórz"?

Był styczeń ubiegłego roku. Pisałam akurat scenariusz innego filmu, gdy dostałam e-mail od mojego agenta z zapytaniem, czy chcę przenieść na ekran "Wichrowe wzgórza". Westchnęłam głęboko. Wiedziałam przecież, że jakiś producent szykuje ten film i wcześniej byłam bardzo zazdrosna, że to nie mnie powierzył jego reżyserię. Pomyślałam, że muszę się zgodzić, choć wtedy nie miałam jeszcze  żadnego pomysłu  na realizację.  Scenariusz został już napisany, ale był to tekst, nad którym pracowali wcześniej inni reżyserzy. Stworzyłam więc własną wersję.

Jesteś fanką literackiego oryginału autorstwa Emily Brontë?

Tak jak mnóstwo innych Anglików. Myślę, że to książka, którą każdy próbuje rozgryźć, ale rzadko komu się to udaje.  Brontë pisała tę powieść, będąc przekonana, że  nikt jej nigdy nie przeczyta. Nie musiała więc w żaden sposób ograniczać swojej wyobraźni. Dzięki temu na kartach powieści zmieścił się zarówno m.in. feminizm, sadomasochizm, gotyk, jak i Freud.  

Odnoszę wrażenie, że decyzja o ekranizacji "Wzgórz" była całkiem logiczna. Bohaterki twoich pozostałych filmów, tak jak bohaterka książki  Brontë, żyją w bardzo małych, klaustrofobicznych światach. Nagle pojawia się jednak ktoś z zewnątrz.

To całkiem ciekawe. Jakby się zastanowić, to rzeczywiście tak jest. Nie chciałabym jednak wdawać się za bardzo w interpretację swoich dzieł. Czuję się bowiem wówczas tak, jakbym kradła coś widzowi. Nie chcę, żeby kupował bilet na seans, mając w głowie odpowiedzi na ukryte w filmie pytania. Kino jest przecież tajemnicą. Poza tym mogłabym się jeszcze zapędzić i wdepnąć w sferę swojego życia prywatnego. O nie, na to mnie nie namówisz.

W "Wichrowych wzgórzach" niezwykle ważną rolę odgrywa przyroda. Skąd wziął się pomysł, żeby uczynić ją poniekąd trzecim bohaterem filmu?

Wydaje mi się, że przyroda zawsze była obecna w moich filmach. Pamiętasz "Osę" sprzed siedmiu lat, gdzie tytułowy owad mocno zamieszał w życiu bohaterki?


"Wichrowe wzgórza" 1939

Albo koń z "Fish Tank"...

… który zostały źle zrozumiany przez widzów i krytykę. Wszystkim wydawało się, że jest on zapowiedzią pozytywnych zmian w życiu bohaterki. Prawda jest taka, że po skończeniu filmu codziennie śniły mi się te cholerne konie.  Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Zaczęłam więc grzebać w Internecie i okazało się, że u Freuda konie są zarówno symbolem seksualności, jak i mrocznej strony ojca. Pomyślałam sobie: wow, to niesamowite. Idealnie pasuje do fabuły "Fish Tank". Ten koń musiał tam być.

Wróćmy jednak do "Wichrowych wzgórz".

Mój instynkt podpowiadał mi, że to, co dzieje się w przyrodzie, może odzwierciedlać relacje między Cathy i Headcliffem. Na planie zdjęciowym musieliśmy cały czas improwizować. Nie było tak, że miałam słoik z żukami, z którego wyjmował jednego owada, a potem kręciłem go sobie przez pół godziny. Bywało raczej, że udało mi się wypatrzyć jakiegoś żuka albo motyla i wtedy wrzeszczałam do swojego operatora: Robbie [ Ryan – stały współpracownik [person=271603]Andrei Arnold – Ł.M.], Robbie, włączaj kamerę, jedziemy!  

Bohaterowie twoich "Wichrowych wzgórz" zioną nienawiścią do całego świata. Skąd się ona bierze?

He, he. Po wczorajszym pokazie filmu jeden z widzów zapytał mnie dokładnie o to samo. Nie mam pojęcia, jestem przecież szczęśliwa. Nawet mój dzwonek w telefonie to "Always Look On The Bright Side of Life" z "Żywotu Briana". Oczywiście, żartuję. Choć nie do końca – dzwonek jest prawdziwy. Chodzi o to, że zawsze staram się być zła razem ze swoimi bohaterami. Muszę być zła, gdy ktoś jest traktowany brutalnie. Poza tym ekranowa nienawiść bierze się też z dylematu, przed jakim chciałam postawić publiczność: czy da się sympatyzować z Heathcliffem, który ogólnie jest bardzo fajnym gościem, ale robi straszne rzeczy.


Heathcliffa gra u Ciebie naturszczyk James Howson. W obsadzie zatrudniłaś także kilkoro innych nieprofesjonalnych aktorów.

Zależało mi na tym, żeby główne role zagrali ludzie, którzy jeszcze nie są zmanierowani i zbyt pewni siebie. Zależało mi na ich nieprzewidywalności przed kamerą. Pracuję z kilkoma osobami, których głównym zadaniem jest wyławianie twarzy nadających się do filmu. Potem robię zdjęcia próbne i przekonuję się, czy ich wybór był słuszny. Na planie zdarza się czasem, że w jakiejś scenie bierze udział pięć osób i tylko jedna z nich ma doświadczenie aktorskie.

Jak współpracujesz z naturszczykami?

Bardzo prostymi słowami tłumaczę im, co mają zrobić. Jednocześnie staram się im dać pewną swobodę przed kamerą. W ten sposób próbuję wydobyć z nich to, co sobie zamierzyłam.

Lubisz sobie utrudniać życie.

Masz całkowitą rację (śmiech) Nic na to nie poradzę, ale potrzebuję w filmach autentyzmu, który są mi w stanie zapewnić jedynie naturszczycy. Szukam prawdy w twarzach. Zdaję sobie sprawę, że podejmuję olbrzymie ryzyko. Moje filmy nie mają wielkich budżetów, toteż opóźnienia w trakcie zdjęć i problemy z obsadą są wysoce niewskazane. Wydaje mi się jednak, że w trakcie castingu jestem w stanie ocenić, czy ktoś podoła roli, czy też nie.  Do tej pory nie zawiodłam się na na swoich przeczuciach.

Na koniec chciałbym Cię zapytać o to, czy ciężko jest się przebić kobiecie-reżyserowi w Wielkiej Brytanii?

Nie wydaje mi się. Oczywiście, czasem stykam się z osobnikami traktującymi mnie inaczej, dlatego że jestem dziewczyną. Staram się jednak pracować z ludźmi, których znam od dawna. Wówczas na planie nie ma żadnych sztucznych podziałów i uprzedzeń. Myślę, że większym wyzwaniem było dla mnie przebicie się do świata filmu ze swoim robotniczym pochodzeniem. Bardzo często byłam oceniana już przez pryzmat tego, jak mówię. Teraz mój akcent brzmi dużo lepiej. Jednak gdy parę lat temu chodziłam do inwestorów z prośbą o cztery miliony funtów na produkcję filmu, słyszałam na wejście: O mój Boże.
Udostępnij: