Relacja

WENECJA 2012: W połowie drogi do "Raju"

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/WENECJA+2012%3A+W+po%C5%82owie+drogi+do+%22Raju%22-88434
Drugiego dnia weneckiego festiwalu zabraliśmy się ostro do roboty i wybraliśmy na pierwsze konkursowe filmy – "Superstar" Xaviera Giannolego oraz drugą część "rajskiej" trylogii Ulricha Seidla – "Wiarę". Porozmawialiśmy też z ekipą jednego najdzikszych pozakonkursowych utworów tegorocznej imprezy – mieszanki kina akcji, steampunku i chińskiej wuxii, czyli "Tai Chi O" z Tonym Leungiem, pamiętnym "Kochankiem" z filmu Jean-Jacques'a Annauda (zapraszamy do relacji wideo).  

Niebo-niebo

Kino nie lubi symetrii. Ma z nią na pieńku przynajmniej od czasu wielkich totalitaryzmów. Symetria niesie ze sobą biegunową wizję świata, w której nie ma miejsca na żadne krzywizny, załamania, przekroczenia osi. W kinie Ulricha Seidla jest inaczej. Symetria to dla Austriaka narzędzie społecznej krytyki. Bacik na umysły, dla których prawda nie ma żadnego rewersu. Tak było w jego filmach dokumentalnych oraz w słynnym "Import/Export", podobnie jest we "Wierze", drugiej części trylogii "Raj".


Bohaterka filmu, katolicka fanatyczka Anna Maria (Maria Hofstatter), zawsze ustawia się w środku kadru i dzieli przestrzeń na równe części. Po obu stronach wiszą krucyfiksy, a nad jej głową góruje Chrystus. Za dnia kobieta próbuje nawrócić zlaicyzowanych Austriaków i wędruje od drzwi do drzwi z wystruganą w drewnie Najświętszą Panienką. Po nocach przeprasza za nieczyste myśli i pokutuje za grzeszny naród – w ruch idą kolczasty pas i bicz. Uczestniczy również w spotkaniach podobnych jej żołnierzy Chrystusa, którzy wyznają wiarę w tak samo starannie zakomponowanych kadrach. Symetrię burzy powrót sparaliżowanego męża bohaterki, muzułmanina, któremu, jak możemy się domyślać, nie było po drodze z religijnym fanatyzmem żony.

Zderzenie dwóch światopoglądów i ideologii będzie – to w przypadku kina Seidla żaden spoiler – preludium do upadku bohaterów. Jego przyczyn autor upatruje w ufundowanym na hipokryzji i nietolerancji modelu społecznym ("W Związku Radzieckim byłam kimś, w Austrii jestem zwykłym ścierwem" – wyrzuci Annie Marii wegetująca na paru metrach kwadratowych pijana imigrantka), a także stłumionej przez katolicką religię seksualności. Tego, że żarliwa wiara jest dla kobiety sublimacją życia erotycznego, nietrudno się domyślić, zwłaszcza że kino Seidla nie jest krynicą subtelności. Austriak ogrywa bezlitośnie zarówno umęczone ciało Anny Marii, jak i jej erotycznie nacechowany język. Z kolei satyryczny wątek kolejnych wizyt bohaterki w mieszkaniach nawracanych ludzi, choć mało wyrafinowany, potwierdza status reżysera jako najostrzejszego krytyka rodzimego społeczeństwa (mówiąc ustami jednej z bohaterek, Seidl nazywa rodaków m.in. "pieprzonymi dziwkami"). 


Nihil novi sub sole, ale jak to jest zrobione! Kamera jak zwykle jest sparaliżowana, jakby czekała na nagłą erupcję agresji lub szykowała się do ucieczki. Za bohaterką puści się w ruch tylko raz – Seidl podrzuci nam fałszywy trop i sprowadzi na Annę Marię jeszcze trochę cierpienia. Symetria to nie tylko estetyka głupców, ale i ważny element religijnych dogmatów – przekonuje twórca. Po lewej stronie raj, po prawej stronie raj. Piekło ukryliśmy w sobie.    

 Celebryta mimo woli

Autorzy francuskiego filmu "Superstar" podkładają nam nogę, kiedy powinni jedynie uszczypnąć nas w ramię, kiedy zaś powinni wytrącić nas z równowagi, sięgają po łopatę. Jak w scenie, gdy próbujący rozwiązać zagadkę swojej nagłej popularności bohater maluje szminką na lustrze wielki znak zapytania i wpatruje się weń z namaszczeniem. Brakuje jedynie dalszego ciągu, w którym rozwala pięścią lustro w drobny mak, a odłamki układają się w kolejny pytajnik.  

Oczywiście Martin (Kad Merad) ma o co pytać. Z dnia na dzień stał się celebrytą. Bez powodu, bez wyboru: w jednej chwili zauważony przez młodą dziewczynę w metrze, w kolejnej – obcałowywany tysiącem fleszy. Wkrótce sytuacja robi się coraz bardziej absurdalna: Martin nie może przejść ulicą, by tłum gapiów i paparazzich nie próbował rozerwać go na sztuki, nie może również pracować, bo ciekawscy wciąż nagabują jego niepełnosprawnych współpracowników z fabryki utylizującej komputery. W końcu za sprawę bierze się lokalna stacja telewizyjna. Rozpoczyna się walka o duszę straumatyzowanego szaraczka, który szybko zostaje symbolem pogardzanej przez możnych klasy średniej niższej.

Już pobieżny opis fabuły sugeruje, że reżyser filmu, mimo czterdziestki na karku, urodził się wczoraj. W swojej krytyce jest tak kategoryczny, że raz po raz przekracza granicę śmieszności. Telewizja to w jego filmie instytucja odmalowana w zgodzie z poetyką poglądowej czytanki – siedlisko amoralności, cynizmu i jaskrawy znak odhumanizowanej współczesności. Nic więc dziwnego, że bohaterowie zaludniający ten świat to chodzące postulaty: zblazowany, etycznie skompromitowany producent z nieodłącznym papierosem, przylizany na żel prezenter, dla którego słowo straciło wszelką wartość, niegodziwy prezes stacji – cień medialnych magnatów z trzecich stron gazet.       

Z tej struktury wyłamuje się jedynie postać idealistycznej producentki, zagranej w zróżnicowanych emocjonalnie rejestrach przez świetną Cecile De France. Pochodzi ona co prawda z tej samej czytanki co reszta, jednak aktorka robi co może, by wyciągnąć bohaterkę ze scenariopisarskiej matni – widać w niej jakieś wątpliwości, jakiś nieoczywisty język ciała, drobne nawyki, natręctwa, intelektualną pracę.  

Gwoździem do trumny tej zamaszystej satyry jest nie tyle ton tragedii, podbijany dodatkowo pompatyczną muzyką, co tylko pozorna wiwisekcja kultury celebrytów. Giannoli zatrzymuje się na lekturze tabloidu i trudno pozbyć się wrażenia, że widzi dokładnie tyle, ile jego bohaterowie.