Łukasz Muszyński

Rozmawiamy z gwiazdą "Babyteeth", Elizą Scanlen

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+gwiazd%C4%85+%22Babyteeth%22%2C+Eliz%C4%85+Scanlen-138788
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/W+pu%C5%82apce+jutra.+Kino%2C+czas+i+koronawirus-138714
HOTSPOT

W pułapce jutra. Kino, czas i koronawirus

Podziel się

W czasie lockdownu zagubiliśmy się w czasie, a odnaleźliśmy - w kinie. Nie, nie w budynku, ale w meandrycznych fabułach pokroju niemieckiego "Dark". Dzisiaj to one najlepiej oddają kryzysowe doświadczenie zakrzywiającego się czasu - pomieszania przeszłości, przyszłości i teraźniejszości. Są idealną narracją na okres przedłużającego się marazmu. A przecież przed nami jeszcze premiera "Tenet" - hitu, który sam już nie wie, czy ukazał się wczoraj, czy może wyjdzie dopiero jutro.

Był koniec marca, albo połowa maja. Chyba niedziela, a może jednak czwartek. Czas niczym zapleśniałe linoleum: najpierw radykalnie zwolnił, za chwilę przyspieszył, potem znów zwolnił. W trakcie lockdownu godziny, dni i tygodnie stały się podobne, mierzone statystykami zarażeń, wyzdrowień, zgonów, rozciągnięte wzdłuż linii kolejnych konferencji prasowych rządu, zaostrzanych i znoszonych restrykcji, zamrażanych i odmrażanych gospodarek, zakładanych i ściąganych maseczek. Wszyscy mieliśmy okazję odczuć, że czas nie istnieje sam w sobie - jak pomieszczenie, do którego się wchodzi - ale jest raczej miarą zmiany: jego percepcja zależy od punktów odniesienia, ich dynamicznych przekształceń lub, odwrotnie, od momentów bezruchu. Wirus zamienił świat w wielką poczekalnię. Długą kolejkę do pocztowego okienka, w którym co pięć minut ustala się nowe zasady nadawania paczek. 

Potężny wpływ na lockdownowe poczucie czasu miały oczywiście dominujące emocje i afekty. Psychologia eksperymentalna zna zjawisko "zakrzywienia czasu", do którego dochodzi w sytuacji silnego lęku lub stresu, kiedy wydaje nam się, że rzeczywistość zwalnia, a w pamięci post factum mogą się nawet pojawiać wspomnienia zapisane w zwolnionym tempie. Na poziomie aktywności mózgowej ma to znaczenie adaptacyjne: doświadczając zagrożenia, ludzki umysł skupia uwagę na niebezpiecznym bodźcu i przechodzi w tryb precyzyjnej (choć często - automatycznej) reakcji. Osoby, które w trakcie pandemii odczuwały spowolnienie czasu, podobno częściej respektowały przykazania dystansu społecznego. A jednak "koronazegar" - wrażenie bezruchu i bezczasu - odbieraliśmy powszechnie jako coś wyjątkowo destabilizującego, przykrego i w gruncie rzeczy - anormalnego. Ów lockdownowy marazm doskonale ilustruje satyryczny rysunek opublikowany w tygodniku "New Yorker": brodaty gość siedzi przed telewizorem i wcina popcorn. Nagle, pośrodku ściany, otwiera się portal i wyłazi z niego ten sam umęczony i zarośnięty koleś: Jestem tobą z przyszłości! A może z przeszłości. W sumie sam już nie wiem, straciłem poczucie czasu. 


Czasoklatka 

Byłoby to może i śmieszne, gdyby jednocześnie nie było tak dojmująco znajome. I to nie tylko za sprawą pandemicznego spowolnienia. "Odwoływanie" koronawirusa toczyło się prawie równolegle z premierą trzeciego sezonu "Dark", być może najważniejszego obecnie tekstu kultury o podróżach w czasie. Bohaterowie niemieckiego serialu żyją w stanie permanentnej dezorientacji, w niemal co drugim odcinku stawiając kluczowe fabularne (i filozoficzne) pytania: "Jaki mamy dzisiaj dzień? Który rok?". Przyszłość nawiedza przeszłość, a przeszłość - przyszłość, splatając ze sobą nici wątków, a ludzkie losy wiążąc w grube, marynarskie węzły. Jednocześnie ta sama branża audiowizualna, która serial wypuściła, ma dzisiaj wielkie problemy ze stabilnym umoszczeniem się w czasie (w sensie ogólnym, bo oczywiście Netflix, producent cyklu, ma się nad wyraz dobrze). Najważniejsze postlockdownowe wydarzenie - premiera "Tenet" Christophera Nolana, filmu traktującego, nomen omen, o zjawisku inwersji czasu - jakoś nie może się odbyć, ginąc w kolejnych zapowiedziach, obsuwach, planach na przyszłość (wygląda na to, że tym razem uda się z końcem sierpnia). Kiedy piszę te słowa, PISF właśnie upublicznił informację, że po zakończeniu lockdownu polskie kina odwiedziło 92 tys. widzów, w porównaniu do 2,75 mln w tym samym okresie rok wcześniej. Analitycy prognozują, że sytuacja już niedługo zacznie się poprawiać. Ale kiedy dokładnie - tego nie wiedzą nawet najmędrsi reptilianie.  

Jeśli więc pandemiczne pomieszanie porządków temporalnych czegoś nas nauczyło, to tego, jak bardzo teraźniejszość zależy od przyszłości. Jest to dokładnie ten sam paradoks, na którym opiera się meandryczna struktura serialu "Dark": przyszłość dotyka przeszłości jako widmo niespełnionych pragnień, zaprzepaszczonych szans, przeoczeń, błędów i apokaliptycznych katastrof. Niedawno sam pisałem na niniejszych łamach, w jak wielkim stopniu perspektywa myślenia w kategoriach odległej przyszłości - a nawet: czasu geologicznego - zmienia nasze podejście do życia tu i teraz. Polityka skupiona na najbliższych 5, 10 czy 30 latach już nie wystarcza, czego najlepszym przykładem jest pandemia. To pocztówka z Ziemi jutra, kiedy takie kryzysy będą nas smagały po plecach dużo częściej, bo i o transferze koronawirusów z dzikich zwierząt na ludzi w wyniku postępującej deforestacji i wypychania drobnych rolników w głąb lasów deszczowych pisało się już co najmniej dekadę temu. Do rangi ważnej figury kulturowej urasta labirynt - gąszcz różnorakich planetarnych powiązań, z którego może nas wyprowadzić jedynie jakaś współczesna wersja mitologicznej Ariadny. 

W uniwersum globalnej rozrywki filmowej za mistrza meandrycznych narracji słusznie uchodzi nie kto inny, jak właśnie wspomniany Christopher Nolan. Achronologiczność "Memento" - drugiego pełnego metrażu reżysera - udowadnia kolejnym pokoleniom widzów, że przyszłość może być ścieżką prowadzącą do teraźniejszości, nawet jeśli to, co odległe i pozornie mało dla nas interesujące, jest tylko jedną z wielu możliwych opcji albo jedynie fantazją paranoików, zatrzaśniętych na głucho w klatkach własnych chorych umysłów. Dlatego premiera jego nowego filmu - czymkolwiek ostatecznie nie byłby nowy film - będzie mieć znaczenie symboliczne: fascynacja Nolana nielinearnym porządkiem czasowym ma dzisiaj więcej wspólnego z rzeczywistością, niż jeszcze kilka, kilkanaście lat temu. Wierność koncepcji inwersji, tak istotnej dla struktury narracyjnej "Memento", przynosi wizję "odkręcenia" postępu, który odbywa się w czasie teraźniejszym, prawdopodobnie za sprawą nowoczesnych technologii. Wiadomo, że traumatyczna przyszłość znanego nam świata, w różnych wersjach teorii antropocenu nazywana "niepowetowaną stratą", będzie zależeć od tego, w jaki sposób zdefiniujemy postęp dzisiaj: czy będzie nim dalsze eksploatowanie planety, bogacenie się najbogatszych i budowanie "adaptacyjnego apartheidu", czy raczej świadome odejście od wyzysku i postawienie tamy nieograniczonym apetytom globalnych korporacji. W "Tenet" III wojna światowa przychodzi jako widmo z przyszłości i ma - dzięki staraniom ludzkości teraźniejszej - wrócić do świata niezmaterializowanych możliwości. Potencjalność jutra wciąż może być czymś płynnym i podatnym na oddziaływanie, nawet jeśli, tak jak w przypadku katastrofy klimatycznej, zaczyna już graniczyć z pewnością. Nie zamierzam oczywiście udowadniać, że za wielkim blockbusterowym widowiskiem kryją się jakieś głębokie metafory czy wizje polityczne (chociaż bardzo często tak właśnie jest). Nie wiemy nawet do końca, o czym film będzie, bo jedyne, czym na razie dysponujemy, to dwa trailery i liczne spekulacje fanów - to na tym i tylko na tym opieram własne przypuszczenia odnośnie jego tematyki. Chodzi raczej o to, żeby w kinie, które programowo igra z wymiarem temporalnym, zobaczyć jednocześnie potężniejącego ducha czasu. 



Z głębin

W ciągu ostatnich kilkunastu lat znaczenie filmowych "mózgotrzepów" wzrosło, stając się jednym z symptomów kruszejącej koncepcji czasu jako ciągłego postępu; następujących po sobie epok i momentów dziejowych, które z definicji muszą wyprzedzać czy ulepszać to, co było przed nimi. Tyle że my o owej symptomatyczności kinowej rozkoszy "babrania się w czasie" w ogóle nie wiedzieliśmy. W 1989 roku filozof Francis Fukuyama ogłosił "koniec historii": proces historyczny miałby się zakończyć wraz z upadkiem komunizmu i przyjęciem przez większość krajów systemu demokracji liberalnej. A jednak nadchodzący wiek optymizmu niespodziewanie przyniósł jeszcze więcej traumatycznych wizji rozpadającej się rzeczywistości i wstrząsów temporalnych. Na przestrzeni niespełna dwóch lat swoje premiery miały jedne z najbardziej ikonicznych mind-fucków w historii filmu: "Matrix" (1999), "Fight Club" (1999), "Memento" (2000) i "Donnie Darko" (2001). Tak jakby kino - sztukmistrz zbiorowej nieświadomości i sejsmograf nastrojów społecznych - odpowiadało na tę Wielką Beztroskę gwałtownym wzrostem paranoicznego niepokoju: jeśli jest tak DOBRZE, to czemu jest tak ŹLE? Czemu w gruncie rzeczy nic się nie zmienia? I w końcu, co się naprawdę kryje pod gładką iluzją postępu i czasu, który ma nas nieuchronnie prowadzić do zbawienia w konsumpcji i technologicznej utopii? 

Dzisiaj nikt już nie wierzy w bzdury Fukuyamy, nawet sam Fukuyama. Obrazy świata jako chaotycznego splotu możliwości mają się natomiast lepiej niż kiedykolwiek. Są jeszcze bardziej mroczne, gotyckie, pełne labiryntowych niejasności i splątanego czasu. Można powiedzieć - chaos, który staje się obecnie pożywką dla kultury wizualnej, jest z ducha lovecraftowski, podobnie zresztą jak życie za oknem, które nieświadomie czerpie z najbardziej negatywnych, mizantropicznych i ksenofobicznych aspektów filozofii Samotnika z Providence. U Lovecrafta kosmiczne plugastwo czające się pod podszewką rzeczywistości zawsze pozostawało ściśle związane z czasem głębokim. Trwało od tysiącleci jako oceaniczna skamielina i miało trwać tysiące lat po schyłku człowieka. Obrzydzenie pisarza - białego rasisty o wyraźnie autorytarnym rysie osobowości - kierowało się w stronę tego, co nieczyste, mieszane, rzekomo "pierwotne" i pozbawione "kultury", identyfikowanej domyślnie jako "kultura anglosaskiego wyrafinowania". Lovecraft był niewątpliwie smutnym neurotykiem, ale jego bohaterowie, umierający z przerażania na skutek odkrycia najgłębszej z głębokich "prawd" o świecie, to figury na wskroś nowoczesne. Wiedzione niepowstrzymaną ciekawością, pędem ku nowemu, które przecież, na kartach jego opowiadań, zawsze okazuje się potworne, nieopisane i bluźniercze. To właśnie ta nowoczesna postawa jest źródłem zarówno destrukcyjnego ruchu w stronę "nekrotyzowania planety" - wysysania jej zasobów i niszczenia życia – jak i przeciwnie: niecodziennego odkrycia, że Wielki Cthulhu od dawna stoi pośrodku miasta. Że czas i postęp mogą mieć różne wymiary, także te nielinearne, kiedy śnione na jawie widmo przyszłości wpływa na to, jak wygląda dzień dzisiejszy; oraz że dobrobyt jednych niekoniecznie musi być dobrobytem innych. Bo w istocie kapitalizm może być wielki jak Cthulhu, ale nigdy nie oplecie człowieka tyloma mackami, co planeta Ziemia. 

Ta sama nowoczesna ciekawość pcha Jonasa i pozostałych bohaterów "Dark" do eksplorowania mrocznych labiryntów pod miasteczkiem Winden, co w końcu doprowadzi ich do odkrycia typowo lovecraftowskiej prawdy ostatecznej: egzystencja dzisiaj zależy od katastrofy dnia jutrzejszego. Serial - wypuszczony w netfliksowej formule sezon do zbingowania - otwiera przed meandryczną, nielinearną strukturą mind-fucka nowe możliwości: wpuszczeni w nieopanowany na pierwszy rzut oka chaos, po kilkudziesięciu godzinach "sklejania" (i przeglądania udostępnionego przez platformę drzewa genealogicznego), zaczynamy zmierzać w stronę prawdziwego, a nie wymuszonego przez producentów, rozwiązania: klarownego punktu, w którym zbiegają się wszystkie nitki fabularne. Splątanie jest tutaj dużo bardziej skomplikowane niż w podobnych produkcjach, ale dzięki temu rozplątywanie jest jeszcze większą rozkoszą poznawczą i bez reszty angażuje emocjonalnie. Porzucając jednak zachwyty nad misterną konstrukcją serialowej opowieści, z mojej perspektywy najważniejszym aspektem produkcji jest właśnie nowe spojrzenie na czas - jako na ławicę stale odnoszących się do siebie punktów, pętlę, nie zaś oś, wzdłuż której świat przesuwa się od ciemnego początku do oświeconego końca. Jest to takie podejście, w którym robi się więcej miejsca na myślenie innymi kategoriami temporalnymi: sięganie po głęboką przyszłość i głęboką przeszłość, a przede wszystkim na odwrócenie kolejności, kiedy to przyszłość staje się nieoświecona i wzywa nas do działania na rzecz ograniczenia ewolucyjnego pędu ludzkości. 

Jest to przy tym doświadczenie najbliższe naszemu "teraz" - zakleszczeniu w labiryntowym mechanizmie koronazegara. Już od dawna nie patrzyliśmy z taką nadzieją w przyszłość. A zarazem, z takim lękiem; z rodzajem pierwotnego przerażania, które zamienia się w panikę i skutkuje odruchami najbardziej dzikiego egoizmu. Jeszcze nigdy od przyszłości nie zależało tak wiele. I jednocześnie - jeszcze nigdy teraźniejszość nie odciskała się nań tak mrocznym piętnem. W perspektywie planetarnej nasza percepcja czasu będzie ulegała stałej ewolucji. Niedostrzegalne powiązania zogromnieją i zdominują widzenie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zbiegną się wreszcie w jednym punkcie, na wzór meandrów z serialu. Bo naszym symbolem jest triquetra. A ewangelią – paranoja kamery filmowej. 
16