Jakub Socha

Morderca w państwie miłości

Gorączka złota
/fwm/article/Morderca+w+pa%C5%84stwie+mi%C5%82o%C5%9Bci-131025
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Xanadu-130727

Xanadu

REACTION SHOTPodziel się

"Xanadu" pełne jest promieniotwórczego kiczu, radości i żenady, za które film można wyłącznie kochać.

W Xanadu kazał Kubla Chan
Wznieść pyszny pałac, tam, gdzie płynie
W pieczarach, których myśl człowieka
Nie zmierzy, Alph, święta rzeka,
Co w mrocznym morzu ginie.

Samuel Taylor Coleridge, "Kubla Chan"
(przeł. Zygmunt Kubiak)


Premiera "Xanadu" odbyła się 8 sierpnia 1980 roku – i jeśli ktoś pragnie poczuć ogrom rozziewu między wschodnią a zachodnią stroną żelaznej kurtyny w wersji nieco mniej wyrafinowanej, niż oferuje to choćby "Zimna wojna" (2018) Pawła Pawlikowskiego, ten niech koniecznie obejrzy którąś z sekwencji muzycznych filmu Roberta Greenwalda (najlepiej finał!), jednocześnie myśląc o strajkujących w upale gdańskich stoczniowcach. Słońce nadbałtyckie i słońce kalifornijskie rozgrzewało tego lata bardzo różne grupy marzycieli: podczas gdy jedni śnili o elementarnej godności, inni próbowali tworzyć dyskotekę doskonałą.

Zanim "Xanadu" przeszło do historii jako jeden z dwóch filmów, które w sezonie 1980-81 zainspirowały Johna J. B. Wilsona do stworzenia Złotych Malin (drugim był inny disco-musical "Can't Stop the Music", 1980, który zatryumfował w kategorii "najgorszy film" w trakcie inaugurującej ceremonii 31 marca 1981 roku), było ono zaledwie pomysłem w głowie producenta Lawrence'a Gordona, pragnącego zarobić na kwitnącej modzie na roller disco – czyli na dyskoteki na wrotkach, które od połowy lat siedemdziesiątych pozostawały masowym fenomenem w Stanach Zjednoczonych. Moda obrodziła nie tylko takimi produkcjami, jak "Roller Boogie" (1979), w którym na wrotkach śmigała Linda Blair (uwolniona niedawno spod mocy diabła dzięki "Egzorcyście", 1973), ale i utopijnym "Skatetown, U.S.A." (1979), tudzież – na co zwrócił moją uwagę badacz gatunku Antoni Ruszkowski – soft-pornograficznymi "Rollerbabies" (1976), projektującymi wizję seksu na kółkach jako futurystycznej formy spełnienia. O skali zauroczenia Amerykanów wrotkami w tamtym okresie może świadczyć fakt, że nawet w polskim "Kochaj albo rzuć" (1977) – finalnym ogniwie zabużańskiej sagi Sylwestra Chęcińskiego – czarnoskóra kuzynka Pawlaków, Shirley (Duchyll Martin Smith), obwieszcza Ani (Anna Dymna) podczas objazdu Chicago, że jej ulubioną rozrywką jest roller skating [przewodnik-polonus dodaje pomocnie: "(To jest) taka gra!"]. W tym samym roku co "Xanadu" premierę miał także film dokumentalny poświęcony roller disco, czyli "Get Rollin" (1980) – pech chciał jednak, że był to dokładnie moment, w którym opisywany przezeń fenomen wygasał, tak że film Greenwalda – wymyślony jako doraźny skok na kasę – okazał się niemal z dnia na dzień przestarzały.

Co prawda informacji tej nie znajdziemy w napisach, ale nie ulega wątpliwości, że fabuła "Xanadu" (grecka muza schodzi z Olimpu i dostarcza inspiracji ziemskiemu artyście do stworzenia arcydzieła kultury popularnej) przynajmniej częściowo zadłużona jest w "Down to Earth" (1947), czyli musicalowej kontynuacji pamiętnej "Awantury w zaświatach" (1941) Alexandra Halla. Co ważne, to właśnie klasycyzujący remake tej ostatniej – "Niebiosa mogą zaczekać" (1978) z Warrenem Beattym – przekonał producentów hollywoodzkich pod koniec lat siedemdziesiątych, że prostoduszna fantazja z pogranicza zaświatów ma szanse podbić serca szerokiej publiczności (mimo Wietnamu, Watergate i innych szerzących deziluzję kryzysów – a może właśnie dzięki nim: jako sentymentalne remedium w starym stylu). O ile w "Down to Earth" grana przez Ritę Hayworth muza musiała mieszać się w sprawy ziemskie z obawy przed zwulgaryzowaniem motywów antycznych na broadwayowskiej scenie, o tyle misja Kiry (Olivia Newton-John) w "Xanadunie ma charakteru interwencyjnego – ma na celu odblokowanie kreatywności biedującego malarza Sonnyego (Michael Beck), zmuszonego do fuch przy komercyjnym kopiowaniu okładek płyt winylowych. Kira nie tylko daje Sonny'emu pomysł na otwarcie tytułowej dyskoteki (związek tego projektu z malarskimi ambicjami bohatera nie zostaje wyjaśniony), ale na dodatek doprowadza do międzypokoleniowej unii między Sonnym a przynależącym do "złotej ery Hollywood" tancerzem musicalowym, Dannym McGuireem, który staje się biznesowym i kreatywnym partnerem bohatera ("Jesteśmy jak małżeństwo, bez najfajniejszego aspektu!", brzmi jeden z ołowianych dowcipów rzuconych przy tej okazji). W rolę Danny'ego wciela się z kolei – w swej ostatniej roli zagranej na potrzeby wielkiego ekranu – sam Gene Kelly, czyli musicalowy gigant atletycznego, testosteronowego tańca: nieśmiertelny między innymi dzięki "Amerykaninowi w Paryżu" (1951) i "Deszczowej piosence" (1952).

Odpowiedź na pytanie, dlaczego "Xanadu" się nie udało, tkwi przede wszystkim w procesie niespodziewanego przeskalowania projektu.
Michał Oleszczyk
Odpowiedź na pytanie, dlaczego "Xanadu" się nie udało – a może raczej: dlaczego nie udało się tak bardzo, że jego nieudaczność osiągnęła rozmiary gwarantujące miejsce w historii kina i niesłabnącą miłość amatorów szmiry – tkwi przede wszystkim w procesie niespodziewanego przeskalowania projektu z niedrogiej produkcji (mającej chyłkiem wpisać się w młodzieżową modę), w produkcję 10-milionową, z gwiazdą pierwszej wielkości w głównej roli. To właśnie zainteresowanie projektem ze strony Olivii Newton-John, świeżo po gigantycznym sukcesie "Grease" (1978), zainspirowało Gordona do rozbudowania przedsięwzięcia. Warto pamiętać, że – nakręcone osiem lat po musicalowym debiucie Newton-John w zapominanym, utopijnym futuro-musicalu "Toomorrow" (1970) – "Grease" uczyniło z Brytyjko-Australijki musicalową gwiazdę pierwszej wielkości, przynosząc jej ponadto nominację do Złotego Globu (mającą co prawda wkrótce znaleźć przeciwwagę w aż dwóch nominacjach do Złotych Malin – wpierw za "Xanadu", a następnie za "W swoim rodzaju", 1983). Nic więc dziwnego, że duży musical na wrotkach z powracającym po latach Gene'em Kellym (którego ostatnio w trybie tak roztańczonym można było oglądać w roku 1967 w "Panienkach z Rochefort" Jacques'a Demy'ego), jawił się jako idealny projekt gwiazdorski, a ścieżka dźwiękowa napisana po połowie przez Electric Light Orchestra (pięć piosenek) i autora hitowego "Hopelessly Devoted to You" Johna Farrara (drugie pięć, specjalnie dla Newton-John), mogła tylko umocnić sukces.

Niestety, w "Xanadu" zabrakło kreatywnej osobowości, która spięłaby całość i nadała jej jednolity charakter. Wielokrotnie przerabiany scenariusz roi się od kiksów i sucharów, niektórych brzmiących po latach jak wczesne przymiarki do "The Room" (2002) Tommy'ego Wiseau (koleżanki z pracy: – "Miałam poważne kłopoty". – "I co zrobiłaś?" – "Nic". – koniec dialogu). Sceny muzyczne mają rozpiętość od proto-wideoklipowego "Im Alive" w wykonaniu ELO, w którym muzy z muralu z Venice Beach ożywają w neonowych aureolach zwiastujących "TRON" (1982), aż po wzruszająco staroświecki duet Kelly/Newton-John "Whenever Youre Away From Me", wyreżyserowany przez samego Kelly'ego dokładnie wedle receptur z lat pięćdziesiątych w MGM. Misz-masz spod znaku "WTF" zostaje wzmocniony sekwencją animowaną do "Dont Walk Away", w której były disnejowski gigant Don Bluth (pracujący w tym samym czasie nad rewolucyjną "Dzielną panią Brisby", 1981) zmienia bohaterów w antropomorficzne zakochane pary rybek i ptaszków (rzecz warta uwagi: Newton-John nawet w ptasim wcieleniu ma na nóżkach obowiązkowe we wczesnych ejtisach białe podkolanówki, obecne w jej aktorskich scenach). 

Mimo że Robert Greenwald spiął te wszystkie elementy z gracją urzędnika sięgającego po atomowy zszywacz do papieru, nie zadbał o ich choćby nominalną spójność – co było zresztą zadaniem niemożliwym, nawet mimo bardzo dobrych zdjęć operatora Victora J. Kempera, wyczulonego na liryczny potencjał upałów co najmniej od "Pieskiego popołudnia" (1975). Początkujący choreograf Kenny Ortega (którego młodsze pokolenia kinomanów znają jako reżysera trzech części "High School Musical" (2006-08) i koncertowego epitafium dla Michaela Jacksona, "This Is It", 2009) stworzył obłędny koktajl stylów z niemożliwą do wykrycia myślą przewodnią, a kostiumografka Bobbie Mannix splądrowała ciuchowe świątynie kalifornijskiego świata klubowego, dając unikalną syntezę wszelkich noszonych w tamtym czasie dziwactw – z wysokimi na kilka centymetrów poduszkami naramiennymi włącznie. (W dokumencie poświęconym realizacji "Xanadu" dostępnym na amerykańskim jubileuszowym wydaniu Blu-ray, jeden z tancerzy występujących w filmie wyznaje rozbrajająco, że nikomu na planie kostiumy Mannix nie wydawały się dziwaczne: "To wszystko można było zobaczyć w klubach Los Angeles w tamtym czasie!"). 

"Xanadu"

Film Greenwalda bardzo wyraźnie pozycjonuje się jako most między dwiema epokami kultury popularnej – latami czterdziestymi i osiemdziesiątymi.
Michał Oleszczyk
Jeśli dorzucić do tej mieszanki drewnianego do bólu Michaela Becka (który o wiele lepiej poradził sobie w wyprodukowanych przez Gordona rok wcześniej "Wojownikach" (1979) Waltera Hilla) i absolutnie nonsensowną sekwencję finałowej tanecznej ekstazy podczas otwarcia tytułowego przybytku – eksplodującą kiczem, bezradnością, wrotkami i muzycznym melanżem disco, elektroniki, country oraz hard rocka [a nawet ozdobioną parą linoskoczków i wirującą pod sufitem cyrkową akrobatką o pseudonumie Dizzy Heights (Zawrotna Wysokość)], dostaniemy owo unikalne, promieniotwórcze stężenie kiczu, radości i żenady, za które "Xanadu" można wyłącznie kochać.

Oglądany okiem badacza musicalowego gatunku, film Greenwalda bardzo wyraźnie pozycjonuje się jako most między dwiema epokami kultury popularnej – latami czterdziestymi i osiemdziesiątymi. Dzieje się tak już od pierwszych sekund projekcji, kiedy to stare logo wytwórni Universal (w czerni i bieli, z dotykalnymi żłobieniami kontynentalnych brył) zostaje okrążone kolejno przez cztery latające maszyny: od staromodnego śmigłowca po latający spodek. Elementów retro jest później całe mnóstwo: Sonny jeździ samochodem z drewnianymi zdobieniami, rockowa grupa The Tubes pojedynkuje się na rytmy z big bandową orkiestrą w rozbudowanym numerze "Dancin" (kończącym się fuzją obu grup), a liryczna scena w pustym studiu filmowym, z arsenałem efektów specjalnych uruchamianym przez parę kochanków w miarę baletowego flirtu, to oczywiste nawiązanie  do meta-numeru "You Were Meant For Me" z "Deszczowej piosenki". Nawet niektóre sceny dialogowe zostały pomyślane jako (niestety, pozbawiony polotu) pastisz ciętych pojedynków słownych z epoki klasycznego Hollywood (pod tym względem grany przez Freda McCarrena cyniczny grafik Richie jest jawną kalką całego szeregu kryptogejowskich dowcipnisiów, zapamiętanych z tuzinów musicali lat 30. i 40., których wcieleniem doskonałym okazał się Donald OConnor w "Deszczowej piosence").

Kto wie jednak, czy nie najbardziej wzruszającym cytatem retro w "Xanadu" nie jest obsadzenie w roli opuszczonego budynku (przerobionego na raj disco) dawnej hali widowiskowej Pan-Pacific Auditorium: arcydzieła futurystycznego art deco, postawionego w roku 1935, a od 1972 popadającego w ruinę. O ile ostatnią próbę społecznego ratowania budynku Pan-Pacific można zobaczyć w apokaliptycznym klasyku "Cudowna mila" (1988), powstałym na rok przed pożarem, który strawił całość konstrukcji we wrześniu 1989, o tyle "Xanadu" jest ostatnią poważną próbą tchnięcia życia w jego mury – choćby w ramach filmowej fikcji.



Na koniec wypada stwierdzić, że nazywając filmową dyskotekę, twórcy "Xanadu" być może wykazali się większą profetycznością, niż ktokolwiek mógł się spodziewać – w roku, w którym na szczycie amerykańskiego box office'u utrzymywali się tydzień za tygodniem "Bajecznie bogaci Azjaci" (2018), dość łatwo uwierzyć, że koniec końców nad naszą globalną dyskoteką masowej rozrywki widnieć będzie chińskie logo. I mimo że złych musicali w latach osiemdziesiątych z całą pewnością nie brakuje – wystarczy wymienić niechlubną litanię: "The Apple" (1980), "Can't Stop the Music", "Film o piratach" (1982), "Pozostać żywym" (1983) czy pamiętny musical country z Sylvestrem Stallone'em, "Kryształ górski" (1984) – to spośród nich to właśnie "Xanadu" jaśnieje najradośniej i nie chce wyblaknąć, mimo wszelkich swoich wad, stężonych tak intensywnie, że z daleka zaczynają się jawić jak najprawdziwsze zalety.
10