"Hell": Apokalipsa za dolara

https://www.filmweb.pl/news/%22Hell%22%3A+Apokalipsa+za+dolara-85087
Za dolara, choć film europejski? Paradoks tylko z pozoru. Wytwórnia Paramount Pictures postawiła na debiut Tima Fehlbauma. A "Hell" to niezły przykład na to, że sformułowanie "tani horror" wcale nie musi oznaczać kiepskiego obrazu. Wręcz przeciwnie.

Na pierwszy rzut oka niski budżet to dla twórcy filmowego uciążliwość o charakterze obiektywnym. Krótko mówiąc, albo kogoś stać na kosztowne rozwiązania techniczne, dobrych aktorów, etc. albo nie. Na drugi i kolejne rzuty okiem, sprawa nie wygląda już tak prosto. W przypadku kręcenia kameralnego dramatu czy filmu obyczajowego szczupłe finanse często okazują się zaletą. Sprawiają, że ich twórcy wspinają się na wyżyny pomysłowości, jak Robert Rodriguez w "El Mariachi" (zaledwie siedem tysięcy dolarów budżetu!) czy wypracowują swój własny, oszczędny styl, jak Jim Jarmusch (wczesne filmy, zwłaszcza "Inaczej niż w raju"). Gorzej, gdy mamy do czynienia z kinem gatunkowym – zwłaszcza obrazami science-fiction, czy horrorami. Niskobudżetowe dekoracje, charakteryzacje czy kostiumy potrafią nawet najlepiej napisaną historię zmienić w groteskę, a lęk – w gromki śmiech. Jak się jednak okazuje, nawet w przypadku horroru groszowe fundusze potrafią zaowocować frapującym czy wręcz znakomitym rezultatem. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie obrazu "Hell" Tima Fehlbauma. O ile fabuła filmu może budzić spore kontrowersje – jej autorom wypomina się zwłaszcza nadmierne okrucieństwo i stereotypowe rozwiązania scenariuszowe (m.in. nawiązania do "Drogi" Johna Hillcoata) – o tyle warstwa wizualna produkcji imponuje kreatywnością i konsekwencją. Nie będzie wielką przesadą, jeśli powiemy, że "Hell" to jeden z najciekawszych pod względem plastycznym horrorów ostatnich lat.

Wypalony świat

Akcja "Hell" toczy się w 2016 roku. Średnia temperatura na globie podniosła się o 10 stopni Celsjusza, a żar lejący się z nieba doprowadził do katastrofalnych susz i masowego wymierania fauny i flory. Światło słoneczne to największy wróg, przed którym trzeba się chronić, owijając szczelnie ciało, zasłaniając okna i – przede wszystkim! – nosząc non stop ciemne okulary. Nietrudno się domyślić, że stworzenie wymownej i plastycznej wizji takiej rzeczywistości wymagałoby albo kolosalnych wydatków na dekoracje, albo równie kosztownych efektów wygenerowanych komputerowo. Twórcy filmu sięgnęli więc po inne, genialne w swojej prostocie rozwiązanie. Skoro – jak sugeruje scenariusz – światło słoneczne stało się równie zabójcze co promieniowanie radioaktywne, wystarczy jedynie zasugerować jego intensywność i sfilmować wszystkie sceny na otwartej przestrzeni tak, by zdjęcia były niemal prześwietlone. W efekcie reżyser Tim Fehlbaum i autor zdjęć Markus Förderer praktycznie nie musieli się martwić o scenografię, bo w sekwencjach dziennych widoczność nie przekracza kilku metrów. Dalsze plany rozmywają się we wszechogarniającej bieli. Zresztą scen na otwartej przestrzeni nie ma zbyt wiele. Bohaterowie robią wszystko, co w ich mocy, by tylko przemknąć do samochodu lub budynku, natychmiast zamknąć za sobą drzwi, a na świat patrzeć jedynie przez wąskie szczeliny w kartonach, żaluzjach czy innych materiałach izolujących od światła. Prosty chwyt realizacyjny okazał się strzałem w dziesiątkę. Przy minimalnych nakładach finansowych twórcom filmu udało się stworzyć niebywale sugestywną, duszną, "parzącą" wizję rzeczywistości. A widok ludzkich figurek miotających się w oślepiającym słońcu, pozostaje w pamięci na długo.

Gdy zapada zmrok

Nawet najbardziej zabójcze słońce musi jednak w końcu zajść i tu autorzy "Hell" kolejny raz wykazali się podziwu godną wizualną konsekwencją. Skoro słońce "zwiększyło swoją moc", efekty tego, mającego kolosalne znaczenie dla Ziemi zjawiska muszą być zauważalne i odczuwalne także po zmroku. A zatem nie może być mowy o pełnej, głębokiej nocy. Nawet po zachodzie słońca panuje, niebieski, przechodzący w jasny granat półmrok, a otoczenie wygląda mniej więcej tak, jakby oświetlało je kilka księżyców w pełni. I znowu – w efekcie takiego zabiegu artystycznego widz ani przez chwilę nie zapomina, w jakim świecie właśnie się znalazł. Słońce, choć nieobecne, ciągle pozostaje pierwszoplanowym bohaterem wydarzeń, determinującym zachowania bohaterów i rozwój akcji.

Warto wspomnieć o kolorystce filmu, bo ta również składa się na przemyślaną wizję postapokaliptycznej rzeczywistości. Dość oczywisty wydaje się fakt, że z palety barwnej wyeliminowano wszystkie soczyste kolory, zwłaszcza te o chłodnych odcieniach, typu zieleń, błękit, niebieski, turkusowy. Ale już wybór kolorów "wiodących" wcale nie był jednoznaczny. Twórcy filmu mogli "postawić" na różne odcienie szarości, w prosty sposób generujące przygnębiającą, przytłaczającą atmosferę. Taki wybór byłby w pełni zrozumiały, niemniej jednak "zbyt oczywisty". Na szczęście Tim Fehlbaum i Markus Förderer zdecydowali inaczej. Rzeczywistości ekranowej nadali rdzawe, brązowawe odcienie, przypominające kolory torowisk kolejowych. Ten pozornie zaskakujący chwyt – jesienna paleta barw budzi stosunkowo pozytywne skojarzenia – sprawia, że wizja świata w "Hell" staje się kompletna. Ciepłe, optymistyczne, rdzawe odcienie w połączeniu z ponurą fabułą i prześwietlonymi zdjęciami, tylko potęgują poczucie beznadziei i fatalizmu. Rzeczywistość jest martwa, zeschnięta, uciekło z niej życie, a to które jeszcze się trzyma ostatkiem sił, zaraz pokryje się rdzą. Prosty, ale przemyślany i niezwykle konsekwentny dobór środków plastycznych składa się na porażającą wizję, która – nawiasem mówiąc – nie jest niemożliwa. Dość powiedzieć, że film był pokazywany właścicielom i szefom kin, którzy podczas projekcji autentycznie się wystraszyli.  

"Hell" z powodzeniem można pokazywać na zajęciach dla studentów jako przykład nie tylko efektownego, ale i skutecznego pokonania przeszkody, jaką jest niski budżet w horrorze lub thrillerze. Problem w tym, że w naszym kraju trudno będzie z tej wiedzy skorzystać. W Polsce przecież nie powstają ani horrory, ani futurystyczne thrillery, zaś bodaj jedynym, hojnie reprezentowanym gatunkiem filmowym są komedie romantyczne. Ale tam przytłaczający, klaustrofobiczny nastrój jest chyba ostatnią rzeczą, jaką twórcy chcieliby uzyskać.
Informacja sponsorowana