Boliwia zmieszana i wstrząśnięta – sprawdzamy wersję beta "Tom Clancy’s Ghost Recon: Wildlands"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Boliwia+zmieszana+i+wstrz%C4%85%C5%9Bni%C4%99ta+%E2%80%93+sprawdzamy+wersj%C4%99+beta+%22Tom+Clancy%E2%80%99s+Ghost+Recon%3A+Wildlands%22-121978
Dawno nie spotkałem się z tak rozbieżnymi opiniami po weekendzie testowym gry – jedni piali nad nią z zachwytów, inni pomstowali, że to kolejny miałki sandboks. Najgorsze w tym jest to, że w sumie wszyscy mają po trochę racji.


Już od samego początku było widać, że Ubisoft zapożyczył sobie jedynie tytuł z popularnej kiedyś serii taktycznych strzelanek. Następnie ubrał to w wizualne ciuszki znane nam choćby z "The Division". Oczywiście jednocześnie postarał się pokazać odmienność swojej produkcji – poprzez większą skalę, zręcznościowe strzelanie, pojazdy, no i zróżnicowane krajobrazy Boliwii. Smakowicie zapowiada się też otoczka fabularna, gdzie wcielając się w dowódcę/członka grupy Duchów, musimy obrócić w perzynę potężny boliwijski kartel narkotykowy, a przy okazji wesprzeć walczących o swoje prawa partyzantów.

Zakończony niedawno weekend z zamkniętą betą gry był okazją do posmakowania szykowanej dla nas przygody. Dzięki "Tom Clancy’s Ghost Recon: Wildlands" pierwszy raz odwiedziłem Boliwię, i to w towarzystwie kolegów o militarystycznym "skrzywieniu".

Na początku musimy stworzyć sobie bohatera – wybrać fryzurę, kolor skóry, długość zarostu, strój, dodatki… Niczym w "The Sims, co prawdopodobnie wielu graczy doceni. Następnie krótkie filmowe wprowadzenie i już pojawiamy się koło przytulnej chatki gdzieś na odludziu. Razem z nami – towarzysze broni sterowani przez sztuczną inteligencję bądź – jak w moim przypadku – gotowi do działania kumple.


Ładujemy się do samochodu i ruszamy w pierwszą misję. Znajomy zachwyca się możliwością wychylenia się przez okno i prowadzeniem ostrzału, ja walczę z dość bezwładnym modelem sterowania samochodem terenowym. Wrażeń z jazdy na poziomie "Forza Horizon" to ja się nie spodziewałem, ale pojazdy mogłyby jednak lepiej reagować na polecenia. Wąską serpentynę z pomocą hamulca ręcznego udało mi się pokonać w stylu japońskiego mistrza driftu rodem z "Initial D".

Po kilku minutach jazdy przerwanej dwukrotnie wymianą ognia z lokalnymi oprychami docieramy na miejsce. Tutaj już zupełnie poważnie podchodzimy do wykonania zadania. Decydujemy się na ciche podejście. Najpierw wysyłamy drony, które pozwalają nam rozeznać się w otoczeniu oraz oznaczyć potencjalne do eliminacji cele. Następnie, będąc w ciągłym głosowym kontakcie ze sobą, rozpoczęliśmy metodyczne czyszczenie terenu, aby dotrzeć do celu, który to posiadał ważne dla misji informacje.


Choć normalnie całość obserwujemy z perspektywy trzecioosobowej, podczas celowania zmienia się ona na styl FPS. Samo prowadzenie ognia jest bardzo dobrze zrealizowane i daje sporo satysfakcji. Co ważne, nie ma tu syndromu kuloodporności znanego z "The Division", w którym trzeba było opróżnić kilka magazynków, by powalić pierwszego lepszego oprycha. W "Wildlands" wystarczy dobrze wycelować w głowę bądź szybko kilka razy ściągnąć spust z celownikiem ukierunkowanym na korpus.

W międzyczasie pooznaczaliśmy dla ruchu oporu najróżniejsze zapasy, dzięki czemu zdobyliśmy potrzebne "surowce" do rozwoju naszych wojaków, a także natknęliśmy się na skrzynie zawierające moduły (celowniki, lufy, chwyty itd.) do przeróbek broni.

Pierwsze wrażenia? Jak najbardziej pozytywne! W te pędy ruszyliśmy realizować kolejne zadania, które zostały nam udostępnione w wersji beta…

I w tej kwestii nadeszła gorzka refleksja. Na tę chwilę "Ghost Recon: Wildlands" okazuje się bardzo powtarzalne. W większości przypadków akcje sprowadzają się do tego samego schematu: dotrzyj, zrób zwiad, wejdź po cichu bądź na pełnej bombie, przesłuchaj/wyeliminuj cel, pozbieraj "znajdźki". O ile jeszcze w trybie kooperacji ze znajomymi nie przeszkadza to tak bardzo, o tyle przy grze z obcymi ludźmi już tak różowo nie jest, a poleganie na sztucznej inteligencji to proszenie się o kłopoty – zwłaszcza na wyższych poziomach trudności.


Ponurą wizję dopełnia mnóstwo większych i mniejszych błędów związanych z grafiką i fizyką obiektów. Bardzo sugestywna oprawa graficzna niestety choruje na przypadłość znaną jako "brak optymalizacji", przez co na dość mocnym komputerze z procesorem Intel Core i7, GeForcem 970 GTX i 16 GB pamięci RAM gra potrafi nieprzyjemnie chrupnąć i zaliczyć spore spadki w liczbie wyświetlanych klatek na sekundę.

Czy to wszystko oznacza, że na "Ghost Recon: Wildlands" można położyć krzyżyk? Zdecydowanie nie! Po pierwsze, do premiery zostało jeszcze kilka tygodni, tak więc twórcy mają jeszcze szansę popracować nad płynnością działania i wyeliminować nadgorliwość "silnika fizyki". Twierdzą także, że beta bazowała na starszej wersji gry i finalna odsłona będzie się sporo różnić na plus. Osobiście liczę jednak na trochę większe zróżnicowanie misji. Z jednej strony właśnie tym zajmują się operatorzy jednostek specjalnych – szeroko pojęta infiltracją. Z drugiej, nie mamy tu do czynienia z klonem "Arma 3", tak więc trochę filmowości wcale by nie zaszkodziło.


Choć "Ghost Recon: Wildlands" po pierwszym zachwycie ujawnił trochę niepokojących niedoróbek, to osobiście daję mu szansę. W gronie znajomych może się to przerodzić w angażująco-zabawną pozycję do spędzania wolnego czasu nie tylko na poważnym wykonywaniu misji, ale też na sandboksowych wygłupach. Najbardziej trzymam kciuki za podszlifowanie SI. Gra okaże się grywalna, gdy nie będziemy mieli pod ręką żadnego kumpla.
Udostępnij: