Sly Cooper: Złodzieje w czasie – już graliśmy!

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Sly+Cooper%3A+Z%C5%82odzieje+w+czasie+%E2%80%93+ju%C5%BC+grali%C5%9Bmy-92815
Po dość długim okresie śpiączki na ekrany konsol w grze "Sly Cooper: Złodzieje w czasie" wraca zawadiacki szop-złodziej. Choć do czwartej części zasiadł inny deweloper, Sanzaru Games, nie jest on twórcą pierwotnych gier. Ludzie, którzy stworzyli Slya, czyli członkowie Sucker Punch, ustąpili miejsca ekipie odpowiedzialnej za przeniesienie niedawnego „The Sly Collection” na PS3. I to właśnie Sanzaru zajmuje się szlifowaniem czwartej części przygód szopa-złodzieja.



Co szczególnie ucieszy fanów serii, akcja rozpoczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym kończy się część pierwsza. Nasz zawadiaka ucieka z objęć swej nemesis, Carmelity Fox, by wyruszyć na wielką przygodę, i to nie tylko w przestrzeni, ale przede wszystkim w czasie. Tenże, co widzimy już w tytule, jest motywem przewodnim całej gry.



Póki co do rozegrania jest prolog oraz misje umiejscowione w Japonii. Rys fabularny sprytnie zresztą maskuje strukturę odkrywania kolejnych światów, a cel odwiedzin w różnych epokach jest równie chlubny co interesujący. Oto bowiem znika treść stronic słynnej księgi „Thievus Raccoonus”. Nasza banda, w skład której wchodzą znani od dawna: Sly, Bentley i Murray, wyrusza na poszukiwania przodków Slya i tym samym rozwiązania zagadki "wybielania" księgi złodziei.



Podobnie jak w poprzednich odsłonach (konkretnie drugiej i trzeciej) nie jesteśmy ograniczeni jedynie do Slya. Grywalna jest cała trójka, z odpowiednimi tego konsekwencjami. Bentley, żółw i mózg tej sympatycznej szajki, porusza się na wózku. Nie jest zbyt silny, ale potrafi razić swoich adwersarzy bombami; przeskoczenie co większych przepaści też nie będzie problemem, gdyż nasz nadworny nerd ma zainstalowany w wózku... silnik odrzutowy. Murray, hipopotam, jak łatwo się domyślić, stanowi tę bardziej muskularną część drużyny. Nie bawi się w komputery ani przemykanie w cieniu. Jego główne zalety to piąchopiryna i miażdżenie wrogów tyłkiem.

Ekipę zamyka główny bohater, czyli sprytny szop Sly. W "Złodziejach w czasie" – właśnie dlatego że minęło sześć lat, od kiedy stanął na balkonie z Carmelitą Fox – jest szybszy, zwinniejszy i co ciekawe, ma znacznie pokaźniejszą garderobę. Jak wiele innych osób, które darzyły tego spryciarza sympatią, obawiałem się, że nowe studio spłaszczy nieco dawne gry. Te niepokoje są jednak niepotrzebne. Podobno Sanzaru często kontaktowało się z Sucker Punch, ale jako członkowie ekipy odpowiedzialnej za przeniesienie trylogii na PS3 wiedzieli, co i jak należy zrobić, żeby fani byli zadowoleni.



Warto – co niecodzienne – powiedzieć coś pozytywnego o polonizacji. Jak wiemy, przekładanie gier na język ojczysty kończy się często dramatem. O ile jeszcze napisy są do zaakceptowania, o tyle dubbing drażni z reguły z upiorną emfazą polskich aktorów. Sly wybija się z tego mało sympatycznego peletonu gier z kiepskimi głosami. Aktorzy, przynajmniej w ogrywanej przeze mnie części, spisali się na medal. Nie mogę powiedzieć ani jednego złego słowa na ten temat. Polskie głosy łyknąłem od razu, choć obawiałem się, jak zabrzmią poszczególne postacie.



Co prawda nie widziałem jeszcze całej gry, ale wizualia w prologu i mapa japońska robią bardzo miłe wrażenie. Zachowany został charakterystyczny styl starych produkcji, wzmocniony tylko nowymi technologiami. Wszystkie postacie, zarówno te ważniejsze, jak i zwykli wrogowie, od razu zapadają w pamięć. Jedyne, co w mapach może leciutko uwierać, to ich wręcz przygniatający rozmiar. Podobnie jak w poprzednich odsłonach mamy do czynienia z otwartym terenem, na którym porozmieszczane są skarby oraz znaczniki misji. W przeciwieństwie do późniejszych części danej trylogii tu pole do zabawy jest naprawdę spore. Na chwilę obecną trudno stwierdzić, czy za duże, choć szukanie znajdziek zabiera znacznie więcej czasu i jest nieco uciążliwe.



"Sly Cooper: Złodzieje w czasie" już czai się za rogiem. Póki co nie jestem zawiedziony pod żadnym względem. Wręcz przeciwnie – początkowe obawy z racji zmiany dewelopera odeszły w niepamięć. Wygląda na to, że Sanzaru Games doskonale czuje klimat starych przygód Slya i spółki. Wystarczy tylko poczekać.