Recenzja filmu Dystrykt 9 (2009)
Neill Blomkamp

Śmierdzące krewetki

Stek bzdur dałoby się pewnie przełknąć, gdyby Blomkamp traktował materiał choćby z delikatnym dystansem. Reżyser jest jednak śmiertelnie poważny, jakby kręcił wstrząsający dramat społeczny.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Dystrykt 9 (2009)
Dzieło Neilla Blomkampa ma kilka niewątpliwych zalet. Choć budżet produkcji zamknął się w skromnej kwocie  30 milionów dolarów, twórcom udało się wyczarować na ekranie pierwszorzędne efekty specjalne, których nie powstydziłby się sam Steven Spielberg. Film operuje ciekawym tłem społecznym, zaś główny bohater wydaje się ostatnią osobą, jaką widzielibyśmy na stanowisku herosa kina science-fiction. Mimo to, "Dystrykt 9" nie jest ani kamieniem milowym gatunku, ani  jego gruntownym odświeżeniem, jak chcieliby niektórzy fani i krytycy.

Punkt wyjścia został podwędzony z wymyślonych przez Jamesa Camerona "Obcych przybyszy". W 1980 roku nad Johannesburgiem zawisł olbrzymi statek kosmiczny. Ekspedycja komandosów i naukowców znalazła na jego pokładzie zagłodzonych i chorych galaktycznych uchodźców, którym rząd RPA zgodził się udzielić schronienia. Getto zamieszkiwane w ciągu dwudziestu lat przez "krewetki" jest siedliskiem nędzy, zbrodni i rozpusty (dochodzi nawet do aktów międzygatunkowej prostytucji!), w związku z czym praworządni obywatele żądają jego likwidacji. Analogie są nadto oczywiste: jeden apartheid został zastąpiony w RPA kolejnym. Prześladowani dotąd przez białych czarnoskórzy mieszkańcy biorą odwet na kosmitach. Co z tego wynika? Ano niewiele, bo Blomkampowi po niezłym starcie zaczyna brakować konsekwencji i pary w pociągnięciu historii w nieco ciekawsze rejony niż ociężałe kino akcji.

Zbrojna eksmisja "krewetek", którą dowodzi nierozgarnięty zięć szefa spółki zarządzającej dystryktem, Wikus (Sharlto Copley), kończy się wypadkiem. W jego wyniku zainfekowany obcym DNA mężczyzna musi uciekać przed żołnierzami pragnącymi wykorzystać go do eksperymentów. Wcześniej nietrafionym zabiegom medycznym poddawany był chyba scenariusz, na który składają się dziury fabularne wielkości spodka kosmicznego. Pytania mnożą się szybciej niż populacja "krewetek": dlaczego przedstawiciele pozaziemskiej cywilizacji dysponujący najnowszymi technologiami zachowują się jak neandertalczycy?; dlaczego ciemiężeni przez ludzi kosmici nie wpadli nigdy na pomysł, by użyć do obrony swej supernowoczesnej broni?; dlaczego nikt przez dwadzieścia lat od znalezienia na statku uchodźców nie chciał zbadać jego wnętrz? Te i inne bzdury dałoby się pewnie przełknąć, gdyby Blomkamp traktował materiał choćby z delikatnym dystansem. Reżyser jest jednak śmiertelnie poważny, jakby kręcił wstrząsający dramat społeczny.

"Dystrykt 9" irytuje mnie poza tym z powodu niekonsekwencji formalnej. Film zaczyna się jak telewizyjny reportaż interwencyjny z postaciami wypowiadającymi się wprost do kamery, by potem, ni stąd, ni zowąd, zamienić się w kręcone z ręki łubudu. Na szczęście, ekranowa rozpierducha jest naprawdę krwawa. To dobra wiadomość dla wszystkich, którzy na tytuły z kategorią wiekową PG-13, reagują niczym wampiry na widok wody święconej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 25% uznało tę recenzję za pomocną (456 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie