Recenzja filmu Joy (2015)
David O. Russell

Życie jest telenowelą

W "Joy" telenowela spotyka się z powieścią. Reżyser wprowadza narratora, swobodnie przeskakuje między płaszczyznami czasowymi, rozwija historię na przestrzeni kilkudziesięciu lat. W historii kina ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Joy (2015)
Zanim David O. Russell zacznie opowieść o tym, jak Joy Mangano stworzyła samowyciskającego się mopa, pokazuje widzom scenę z jakiejś koszmarnej opery mydlanej. Po oczach bije nam ostry makijaż i rozbuchane fryzury postaci, w uszach dźwięczą godne lepszego świata imiona w rodzaju Danica, Clarinda czy Bartholemew, a mózg przegrzewa się od surrealistycznego stężenia kiczu. Sytuacja zaraz się wyjaśni: Danica i reszta ferajny to protagoniści serialu, który z maniakalnym oddaniem, dzień w dzień, ogląda matka głównej bohaterki. W domu rodziny Mangano telewizor wciąż jest włączony, a Danica i Clarinda pełnią rolę szczególnego chóru greckiego. Jednak zamiast komentować koleje losu Joy, serialowe bohaterki stanowią dla nich kontrapunkt. Wyznaczają marzenie o luksusowym życiu, gdzie jedyne problemy to tak zwane "problemy pierwszego świata": kto się z kim przespał i czyim zaginionym bratem się okazał. Ale (zamierzona) ironia filmu polega na tym, że kłopoty Joy – choć dużo bardziej przyziemne – również kumulują się groteskowo, na operowo-mydlaną modłę. Życie jest nowelą, mógłby powtórzyć Russell słowa piosenki.

photo.title

W kilku wywiadach był zresztą blisko. Reżyser mówił przecież ostatnio o tym, że jego scenariusze są coraz bardziej "novelistic". Po angielsku "novel" znaczy "powieść" i faktycznie czuć w "Joy" próbę przepisania książkowego oddechu narracyjnego na język kina. Jak wiadomo, serial telewizyjny to "XXI-wieczny odpowiednik XIX-wiecznej literatury"; nic więc dziwnego, że w "Joy" telenowela spotyka się z powieścią. Reżyser wprowadza narratora, swobodnie przeskakuje między płaszczyznami czasowymi, rozwija historię na przestrzeni kilkudziesięciu lat. W historii kina taki tryb opowiadania to może nic nowego, ale w kinie Russella już tak. Bo gdyby szukać pozafilmowego powinowactwa dla dotychczasowych produkcji reżysera, byłby to raczej teatr niż literatura. Nie przypadkiem Russell ma opinię "reżysera aktorów", który wyciska ze swoich gwiazd siódme poty i niezliczone nominacje do Oscara. Jego siłą jest umiejętność tworzenia silnych postaci i umieszczania ich na kursie kolizyjnym. Jego kino stoi rozbudowanymi scenami konfrontacji między bohaterami: jest "teatralnie" bliskie, naoczne – a nie "literacko" panoramiczne i rozciągnięte w czasie. W "Joy" twórca podejmuje próbę połączenia tych pierwiastków – z mieszanymi rezultatami.

Sednem filmu wciąż jest u Russella postać i jej osobowość. Joy (Jennifer Lawrence) to samotna matka z żyłką wynalazcy, która z trudem wiąże koniec z końcem. Na głowie ma nie tylko dzieci, kredyt, długi i rozpadający się dom, ale przykutą do telewizora matkę (Virginia Madsen) oraz mieszkających w jej piwnicy (!) ojca (Robert De Niro) i byłego męża (Édgar Ramírez). Russell stworzył więc kolejną postać z fascynująco dysfunkcyjną rodziną na karku. Familia Mangano to przecież następna – po Wardach z "Fightera" czy Solitano z "Poradnika pozytywnego myślenia" – gałąź russellowskiego drzewa genealogicznego: trudny ojciec, odklejona matka, neurotyczny mąż/syn, silna córka/żona. Opowiadając o Joy, reżyser bierze jednak większy niż dotychczas rozmach narracyjny. Historię kobiety poznajemy z wszystkowiedzącej perspektywy jej babci, Mimi (Diane Ladd). Fabuła przyjmuje więc potoczysty kształt gawędy; pełno tu mikroscenek, anegdot, dygresji. Russell swobodnie zatrzymuje akcję i wybiega w przyszłość bądź cofa się w przeszłość, pokazuje nam wspomnienia i sny głównej bohaterki, kreśląc kontekst dla jej kolejnych problemów i wyborów.

photo.title   photo.title   photo.title
 
Sęk w tym, że twórca trochę gubi się w tych zawijasach. Serce ma po dobrej stronie, a same jego pomysły są niezgorsze, ale często nie przegryzają się ze sobą nawzajem. Brakuje tu syntezy. Zresztą sama Lawrence – chociaż jest jak zwykle świetna –potrzebuje zaskakująco dużo czasu, żeby "sprzedać" nam swoją bohaterkę. Musi przebić się przez rozbuchany sposób opowiadania, a potem znaleźć świeży pomysł na sportretowanie jeszcze jednej (której to już z kolei?) zwykłej dziewczyny, która bierze sytuację w swoje ręce. Nawet świetna scena pierwszego występu Joy przed kamerami, w której Lawrence musi zagrać "słabe" aktorstwo przepoczwarzające się w autentyczność, ma już swój pierwowzór. Widzieliśmy to przecież w "Igrzyskach śmierci: Kosogłosie. Części 1"

Ironią "Joy" (tym razem niezamierzoną) jest więc to, że film – planowany na portret – "chwyta" dopiero, kiedy nakręcona zostaje sprężyna intrygi. Akcja wygrywa tu ze zniuansowaną charakterystyką. 40-minutowa ekspozycja buduje fundament, ale jest niepotrzebnie rozproszona, meandrująca. "Joy" łapie jednak wiatr w żagle, kiedy zmienia się w opowieść o próbie sprzedaży wynalezionego przez bohaterkę mopa. Od tego momentu zaczynamy śledzić losy Joy z zapartym tchem. Wciąga nas fabularny mechanizm "uda się czy się nie uda", wymuszający empatię dla życiowej loserki. I dopiero w działaniu tytułowa postać nabiera rumieńców. Pod koniec filmu sam Russell wydaje się już rozumieć swoje potknięcie. Kiedy wkłada w usta narratorki zdanie "nie wiedziała wtedy, co ją czeka, a mimo to czuła radość" – to tak, jakby rozpoznawał, gdzie leży jego własna twórcza siła. Nie w biograficznej panoramie, tylko w portretowaniu momentu, w byciu tu i teraz. 

photo.title

W "Joy" udaje się jednak co innego. Jakimś cudem film jest zarazem apologią american dream i przestrogą przed jego zwodniczym urokiem. Upadki bohaterki –nawet te chwilowe – wygrane są w filmie równie mocno, co jej wzloty. Oglądając perypetie Joy, doświadczamy z niezwykłą intensywnością nie tylko radości sukcesu, ale i goryczy porażki. Po seansie czujemy się więc jednocześnie podbudowani i ostrzeżeni. Russell zjada ciastko i ma ciastko – co więcej, nie wypada przy tym fałszywie. Potrafi przezwyciężyć wewnętrzne sprzeczności swojej historii, zrównoważyć groteskę z pragmatyzmem, bajkę z realizmem. Bo "Joy" z jednej strony inspirowana jest prawdziwym życiem, a z drugiej przynosi opowieść o sukcesie rodem z telenoweli. Na takim dziwnym połączeniu zasadza się zresztą wyczyn samej Joy Mangano. Kobieta zaprzęgła do swoich potrzeb operowo-mydlaną konwencję i przemówiła do operowo-mydlanej publiczności, zachowując własny charakter, własny język. Dlatego, choć projekt "kino-noweli" Russella raczej się nie udaje, to "Joy" i tak wychodzi na swoje. To koniec końców ciekawy obraz błędnego koła inspiracji, gdzie telenowela karmi się życiem, które z kolei karmi się telenowelą, która z kolei karmi się życiem – i tak dalej, jedno po drugim, w koło Macieju. Jak pory roku Vivaldiego. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (196 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)